Tag Archive: zakład pracy


Ufo mnie oszukałoZanosi się na to, że dziś nie będzie żadnej roboty w terenie. Siedzę na zakładzie już kilka godzin i wykonuję kolejne zlecenia kierownika tego Mordoru. Wielkie Oko, czyli Szef, zasypuje mnie drobnicą na lokal. Ocipieli tam w tej Centrali! Od trzech dni chcą po osiem szortów i pięć kup dziennie. Pisanie idzie mi wolno, bo jak zawsze rozprasza mnie ćwierkające telejajo. Ewidentnie nic się dziś w Grajdole nie dzieje, bo TVN24 od rana wałkuje te same trzy tematy. Kroję kupę z jakichś dramatycznych opóźnień remontowych przebudowywanego ronda i podwyżek na kolei. Sprokurowałem też dwa szorty o trupach. Koleś, oczywiście niechcący, zaciukał swoją kochankę pilnikiem do paznokci, a drugi zwyrol po pijaku poderżnął gardło własnej matce. Tu ważna informacja na marginesie: nie zmyślam tych wszystkich historii, jak zapewne sądzi większość z Was. Tabloidy zasadniczo nie zmyślają sobie tematów. One jedynie je wyolbrzymiają. Opowiem o tym innym razem.

„Weź no zostaw na razie tę drobnice i skończ mi ten materiał o plakatach” – przerywa mi Wielkie Oko. Muszę zatem na biegu skleić 1600 znaków na temat wyborczych ulotek, tablic, plakatów i innych śmieci. Chodzi o dowalenie po równo wszystkim politykom na raz. Całość trzeba oczywiście utrzymać w niezwykle wstrząsającym i skrajnie oburzonym tonie. Jednym słowem, wszystkie dane, fakty i informacje trzeba wyolbrzymić, rozdmuchać i przesadzić. Ot, standardowa praktyka tabloidu. Wkurza mnie jednak to, że każdy tekst zawsze buduje z tych samych 150-200 słów. Szybko, zwięźle i bez sensu. Nie mówię, że chciałbym tworzyć jakąś szarżę intelektualną ale mam już powyżej uszu tej minimalistycznej nowomowy i literackiego kąkolu, który tu produkuję. Może uda mi się jakoś rozruchać ten pancerny schemat…

„Coś ty tu Młody napisał? Co to jest kurwa Jardim Gramacho?!” – zapowietrza się Szef 15 minut później. „Śmietnisko w Brazylii, największe na świecie… nie bardzo?” – pytam, znając tak naprawdę odpowiedź względem mojego przeintelektualizowanego porównania. „Dziewczyny, wytłumaczcie Młodemu gdzie popełnił nietakt” – przewracając oczami sapie na wydechu Szef. „Dobra, dobra, wiem…” – przerywam ten rozpędzający się festiwal ogólno redakcyjnych podśmiechujek z najmłodszego stażem. „Chciałem wprowadzić trochę finezji…” – usprawiedliwiam się mimowolnie, choć doskonale wiem, że nie ma to sensu i tylko pogarsza moją sytuację. „Co chciałeś!?” – Szef wywala gały w rozbawieniu i robi głupią minę – „Powtórz no, bo chyba niedosłyszałem”. „Nie, nic…” – odpycham się nogami i dojeżdżam na krześle prosto do swojego biurka, żałując, że w ogóle otworzyłem japę. „Młody, kurwa, teraz to mnie zabiłeś. Heheheee… Ja cię proszę, ty nie zapominaj gdzie pracujesz” – rechocze za moimi plecami, szczerze ubawione Wielkie Oko.

W sumie to dziwne, że nie ma dziś żadnego wyjazdu w teren. Antena leży w szpitalu, a Małego Popierdola gdzieś wywiało. Przy takim zdziesiątkowaniu składu byłem pewien, że czeka mnie cały dzień na mieście. Tymczasem roboty jest mniej niż zwykle. Wielkie Oko filuje mi zza pleców treść ostatnich szortów i daje zielone światło. Klikam „zapisz”, „wyślij” i w sumie jest po zawodach. Gadamy trochę z Szefem przed moim wyjściem. Jest nas tylko dwóch, bo reszta już zdezerterowała do domów. (W takiej konstelacji rozmawia mi się z nim najlepiej. Gdy jesteśmy sami i nie ma przed kim mi dosrywać, łapiemy bardzo interesujący dla mnie kontakt.) Kierownik nie ukrywa, że chciałby, bym szybko określił się co do mojej przyszłości na zakładzie. Opcje są dwie: krócej (czyli pół roku) lub dłużej (rok). Jeśli szybko spasuję, może jeszcze ściągnąć ponownie Mercedes, zanim ta uwikła się w jakąś inną fuchę. Rozmawiamy też trochę o mojej bezpośredniej poprzedniczce – Patyku. Dowiaduję się dlaczego ostatecznie wypieprzyła stąd z hukiem po niespełna miesiącu. Jak nie trudno się domyślić, w podjęciu tej decyzji pomógł jej Mały Popierdol. „Zwyzywał ją od kurew na materiale i się obraziła” – z rozbrajająco szczerym uśmiechem opowiada Szef. „Sam wiesz, że z nim nie pracuje się łatwo. Ale sorry, nie będę rezygnował z jednego z najlepszych w Polsce fotoreporterów dla redakcyjnej piętnastej wody po trzecim kisielu” – dodaje.

Wychodzę. Pytam Szefa czy mogę wziąć dzisiejszy numer gazety. Chce sprawdzić ile zmienili w moim wczorajszym tekście. Przez cały dzień jakoś nie było kiedy. „A weź sobie tę szmatę. Chociaż nie wiem po co” – macha mi na „do jutra”. Chyba nie spotkałem jeszcze kogoś, kto z równym mu zaangażowaniem oddawałby się swojej robocie, a jednocześnie miał do niej tak zdrowy dystans. Przy całym swym chamstwie, Szef jest niebywale intrygującym człowiek. Więcej niż człowiekiem – osobą! Ja zaś wlokę się ulicą, otulam kapturem przed wiatrem i pogrążam w zadumie. Jak długo tu jeszcze popracuję? Sam nie wiem…

Reklamy

Bush on cocaineNie ma zasadniczej różnicy pomiędzy zwykłym dziennikarzem, a dziennikarze tabloidu, jeśli chodzi o rolę, jaką alkohol pełni w ich pracy. Jest ona mniej więcej taka sama, jak w życiu wszystkich obywateli tego Grajdoła! Jednym słowem, rzeczywistość na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Zazwyczaj jednak jakiekolwiek „spożycie” na terenie zakładu, a już szczególnie w godzinach pracy, zakrawa na zbrodnię przeciwko moralności… Wszak nie tu.

Wkraczam dziarsko i z rozpędu na zakład o 9:05. Pierwszą rzeczą jaką widzę, są leżące na biurku zwłoki Szefa, czule obejmujące maślankę truskawkową. Na „cześć” odpowiada mi, pełne bólu, cierpienia i dezorientacji, nieprzytomne spojrzenie zza przekrzywionych oprawek. Oho, ktoś tu jest na kacku gigancie.

Praca z Szefem, gdy jest na kacu, w brew pozorom nie jest uciążliwa. Oczywiście pod warunkiem, że da się mu święty spokój i nie dręczy zbędnymi pytaniami. Cierpi sobie wówczas w cichości, nie wtrącając się w życie redakcji, z rzadka tylko pojękując nad swym losem, przypominając tym samym, że jeszcze dycha. W przypadkach bardziej ekstremalnych, takich jak kacyk gigant, Szef znika na dłuższy czas w kanciapie foto, gdzie zalega na rozkładanej kanapie i normalnie wali w kime! Nie przeszkadza mu wówczas ani słuchany przez Spidera black metal, ani oglądane przez Małego Popierdola filmy, ani nawet „Świat według Kiepskich” męczony w kółko i bez końca przez Bułę. Facet, najzwyczajniej w świecie, śpi na kacu (w godzinach pracy) i ma ten hałas w dupie.

Na terenie zakładu zabrania się spożywania alkoholu przed godziną… ruchomą. Zazwyczaj pierwsze piwko lub kolejka przetoczy się przez redakcję około wczesnego popołudnia. Jej prowodyrem najczęściej jest Antena. Szef aprobuje 9/10 jej suplikacji, a w 8/10 sam aktywnie uczestniczy. Co się tyczy Pięknej, to nie pije ona browarów w ogóle. Zwyczajnie (choć w Grajdole nie jest to zwyczajne) ich nie lubi. Foto również nie piją w robocie ale tylko dlatego, że każdorazowo przyjeżdżają na zakład furami. Ja natomiast staram się uszanować tutejsze zwyczaje i jeśli nie muszę, nie odmawiam.

Wiąże się z tym niezwykle odpowiedzialna rola, jaką pełnię na zakładzie. Jako najmłodszy stażem, jestem „etatowym biegłym” redakcji, to znaczy etatowo biegam po alkohol do sklepu. Zresztą, funkcja ta towarzyszy mi tu od drugiego dnia pobytu, kiedy to po raz pierwszy usłyszałem, wielokroć później powtarzane polecenie służbowe: „Młody, skocz mi po fajki”.

Więc jako biegły, o ile tylko jestem na zakładzie, jestem wysyłany po alkohol. Kitram go zawsze do torby lub plecaka, by ukryć przed oczami biurowych sąsiadów i potencjalnych redakcyjnych petentów. Po powrocie zamykam drzwi na skobelek i tym samym oficjalnie redakcja kończy pracę. Najwcześniej zdarzyło się nam skończyć w ten sposób robotę o 11:30… Zaryglowanie drzwi nie oznacza oczywiście fizycznego końca pracy. Ten następuje dla mnie dopiero po wystukaniu odpowiedniej ilości kup, szortów, zajawek i innych, utrzymanych we wstrząsającym tonie, materiałów. Tu trzeba przyznać, że pierwsze dwa piwa bywają bardzo pomocne, przynosząc wielorakie pomysły na konstelację tych samych 150 słów, których zmuszony jestem używać. Z każdym kolejnym bronksem jest już jednak coraz trudniej. Szef na zakładzie zostaje nawet do 21. Trudno zatem się dziwić, że do roboty zdarza mu się przychodzi na solidnej, wczorajszej bańce.

Alkohol grubszego kalibru zawsze kitramy w biurku Szefa. Tam też (swoją drogą na oczach przełożonego z centrali) trafiła kiedyś wóda, którą przyniosłem żegnając się z tym burdelem. Prawda jest taka, że bardzo wówczas zapulsowałem, zarówno w oczach Szefa, jak i przedstawiciela centrali. Dlaczego? Bo w tym fachu w gaźnik walą wszyscy! Kto nie pije, ten jest podejrzany. Przełożony również! Tym bardziej ja. Dlatego moje (sporadyczne) poranki na kacu w redakcji spotykają się ze zrozumieniem i sympatią – szczególnie ze strony Szefa. I jak praca tu może być „normalną pracą”?

Foto, choć nie piją z nami na co dzień, także walą w mandarynę na zakładowych imprezach. Te jednak zdarzają się tylko od czasu do czasu. (Codzienna konsumpcja nie zalicza się w ich poczet…). Dlaczego? Ponieważ pomiędzy foto, a nami – redaktorami, przebiega pewna zasadnicza różnica. To jednak zbyt antropologiczno-ontologiczna kwestia, by wspominać o niej przy tak plebejskim temacie jak alkohol. (Prawda jest bowiem taka, że nie ma żadnej filozofii picia. Jest tylko technika picia).

 

CapoAforyzm Szefa na dziś:

Największą tajemnicą jest dla mnie, jak ja się w tym stanie dałem radę kurwa umyć i ogolić sobie mordę!?