Tag Archive: wyrzuty sumienia


Gaddafi erschossen!Wjeżdżam na zakład po 11. Rano odrabiałem pańszczyznę na uczelni. Szef jest dziś w dobrym nastroju i jakoś tak wyjątkowo ciepło mnie wita. „Słuchaj, jest taki zajebisty temat, gdzie można zrobić w pytę zdjęcia – katakumby pod kościołem. Czaszki, kości, trumny i te sprawy” – opowiada przysiadając na moim biurku. Po raz kolejny mam wrażenie, że nieobecność wszystkich innych wyzwala w nim jakąś nić sympatii do mnie. Zaraz pojawia się jednak Antena i czar męskiej przyjaźni pryska. Starszyzna wychodzi na śniadanie do knajpy, a ja zostaję deportowany na miasto. Naturalnie w asyście Małego Popierdola.

Truposze muszą jednak poczekać. Najpierw idziemy na pobliski parking znaleźć targeta samochodowego, którego odpuściliśmy wczoraj z braku szczęścia do kierowców. Potem atakujemy pierwszą z brzegu przychodnię, bo potrzebne jest zdjęcie kolejki. Na szczęście znajduje się kilka starych, pomarszczonych śliwek, które zlazły się tu celem wspólnego narzekania na łamanie w kościach. Dzięki Bogu targeta do dramatu w służbie zdrowia już mamy. Przyoszczędziliśmy z zeszłotygodniowego materiału. Jesienią szpitalom tradycyjnie kończą się kontrakty z NFZ i nie mają za co leczyć ludzi. Tabloidy mają z tego niezłą pożywkę. Temat można podejść z kilku stron, więc co tydzień robi się nową aferę.

Jedziemy do kościoła. Naturalnie Mały Popierdol nie zaszczyca mnie żadnym zbędnym słowem. W jego oczach chyba już zawsze będę jedynie balastem. Świątynia z zewnątrz nie wygląda nadzwyczajnie. Wewnątrz też nie widzę niczego specjalnego. Jazda zaczyna się gdy schodzimy wąskimi schodkami do krypty pod nawą główną. Długi, wąski korytarz w kształcie pętelki, od którego odchodzą zejścia do niewielkich niecek. A w każdej z nich trupy! Z 50 umarlaków! Ale czad! Szeptem zaczepiam stojącego w rogu zakonnika. „Jasne, róbcie zdjęcia, nie ma sprawy!” – klepie mnie jowialnie po ramieniu mnich i drze się na całe katakumby. Krypta ma specyficzny mikroklimat, który w naturalny sposób konserwuje złożone tu zwłoki. Dlatego oficjalnie można ją zwiedzać tylko trzy razy w roku. Część z tych mumii ma blisko 300 lat! Najlepsze jest to, że tylko niektóre są przykryte szkłem. Do większości można podejść i podać truposzowi rękę na powitanie! Łażę po podziemiach i zaglądam w każdy oczodół. Niektóre mumie są naprawdę przerażające. Najlepiej wyglądają jednak szkielety odziane w habity! Kurwa, „Opowieści z krypty” to przy tym komiks z gumy balonowej! Obejrzawszy wszystko idę pogadać z jedynym żywym w tych katakumbach mnichem. Rozdarty zakonnik chętnie opowiada o wszystkich historiach związanych z cmentarzyskiem. Okazuje się, że to doktor historii. Przewija mi też kilka legend na temat krypty – coś, na czym Szef chce zbudować opowieść o tej nekropoli.

Na zakładzie Wielkie Oko przepytuje mnie z wszystkich legend. Opowiadam jedną po drugiej, sondując jego niedogoloną gębę i próbując zgadnąć, którą wybierze. Durze szanse ma ta, o rozbitym przez hitlerowców grobie jakiegoś księcia. „To ta czaszka pokonała Niemców” – Szef unosi palec wskazujący i rzuca propozycję tytułu. Parskam śmiechem. „Nie śmiej się, takie tematy kiedyś się puszczało” – odpowiada poważnie. Ostatecznie staje na tym, że rdzeniem historii o krypcie będzie legenda o pannie młodej otrutej w dniu ślubu. Zanim jednak wezmę się za mrożącą krew w żyłach opowieść o miłości, rozkładającym się ciele i ślubnym welonie, muszę szybko wystukać trochę drobnicy. Na kraj puszczam kupę o cwaniaku, który podszywał się pod dziennikarzy znanych stacji radiowych lub telewizyjnych i nocował za freeko w hotelach. Pasożyt siedział tydzień w jednym i przenosił się do następnego! Z ciekawszych szortów na lokal przewijam wyrok 50-letniej baby, która pociachała swojemu mężowi gardło na tasiemki. O ja pierdolę! Mieszkali w bloku obok mnie!

„Młody, jest problem” – Szef wyrywa mnie z kontemplacji nad bliskością śmierci i woła do kanciapy foto. Okazuje się, że zdjęcia gnijącej panny młodej są strasznie słabe i jeśli taki towar pójdzie do centrali, nikt nie klepnie tego tematu. „Lepszych fotek zrobić się nie da, bo ona jest pod szkłem” – cmoka pod nosem Mały Popierdol. Ha! Chociaż raz to nie ja coś spierdoliłem i ktoś inny musi się tłumaczyć! „Możemy zrobić inaczej” – mówi Szef z powagą niemieckiego filozofa. „Dajmy zdjęcie innego trupa, co to za różnica” – dodaje, pokazując mi inne zdjęcie. „No nie wiem. Ta tu to 12-latka utopiona w mule” – oponuję. „Bardziej przypomina pannę młodą, niż ta prawdziwa!” – tu Mały Popierdol ma akurat rację. „Podmieńmy tego trupa, nikt się nie kapnie” – decyduje Szef. „A jak się kapnie, to powiemy, że się pomyliliśmy” – dodaje beztrosko i odpala petko.

Skrobię większy materiał na kraj o sposobach dymania emerytów. Taki katalog trików, opatrzony tekstem w stylu „Uwaga emeryci! Bezczelni złodzieje żerują na naiwności”. Opisuję właśnie metodę „na kurtkę” i „na czujnik czadu”. Szefowi natomiast przez tę „klątwę książęcej czaszki, która pokonała nazistów” zebrało się na wspominki i zaczyna opowiadać o tym, jakie materiały kiedyś chodziły w tabloidach. Lubię te jego opowieści, bo czasem przewija naprawdę grube historie. „Ech, teraz już takie tematy nie przejdą” – wzdycha.

Z wyjątkiem Pięknej i mnie wszyscy tu wpisują się w tendencję wzdychania do dziejów minionych. Wspominanie o tym „jakie to rzeczy kiedyś się robiło” to chyba jedyny temat, przy którym Mały Popierdol, niezmuszany koniecznością, zaszczyca mnie rozmową podczas jazdy samochodem. „Teraz to tylko chujnia w stylu: które parówki lepsze albo jaką czapkę kupić na zimę. Gówno. Kiedyś się robiło morderstwa, trupy, porwania, prowokacje, właziło się do cudzych mieszkań, co trzy dni lądowało na policji… A teraz samo gówno…” – zwykł rozczula się Mały Popierdol.

„Kiedyś robiliśmy setny raz materiał o remoncie na rynku” – Szef rozgadał się na dobre, a ja mu nie przerywam. „Wlekli się tam strasznie z robotą, więc mieliśmy na tym pożywkę. Ale chcieliśmy ugryźć sprawę jakoś inaczej niż zwykle. I napisaliśmy, że remont się przeciąga, bo pod rynkiem prawdopodobnie są skarby!” – rechot Szefa sprawia, że nie umiem powstrzymać wyrastającego na twarzy uśmiechu. „Kurwa! Co tam się działo! Na drugi dzień po budowie biegało z 50 gości z łopatami! Myślałem, że budowlańcy nas zajebią!”

Zastanawiam się czasem, czy to dobrze czy źle, że te czasy już minęły. Te czasy, czyli kompletna, ograniczona tylko fantazją redaktorów, niepohamowana samowolność tabloidów w kreowaniu rzeczywistości. Naturalnie z punktu widzenia normalnego człowieka – Bogu niech będą dzięki, że ukrócił to baśniopisarstwo! Ale z punktu widzenia redaktora tabloidu, to musiały być niesamowite czasy… Szukam w sobie odpowiedzi na pytanie, czy w tamtych – pełnych adrenaliny, wybijania szyb w cudzych domach, uciekania przed policją i podkładania fałszywych zwłok w szpitalach – czasach też zdecydowałbym się na tę pracę… Sumienie musiałbym wówczas schować do słoika. Ale przecież przygody to coś, co zawsze najbardziej ceniłem…

Aforyzm Szefa na dziś:

Szybciej zacznę publikować eseje o religii i etyce w „Tygodniku Powszechnym”, niż moja żona zrobi mi kurwa sernik!

Reklamy

Złodzieju, oddaj nam najświętrzą panienkę„Młody, jest jakaś afera z kościołem i pogrzebami. Siądź no do neta i zobacz o co tam chodzi”. Chodzi o to co zawsze, czyli o irytującą tendencję do auto kompromitacji Polskiego Episkopatu z powodu braku jego jednomyślności. Części biskupów nie podoba się, że kremacja staje się coraz popularniejszym sposobem pochówku. Ci mniej konserwowi łagodzą „anty pogańskie perory” tych pierwszych. Efektem jest list episkopatu do wiernych (numer 10638211 w tym roku) na temat godnego pochówku ciała.

„Czyli co, kościół jest przeciwko kremacji?” – upraszcza wszystko Szef. „Z tego co ja wiem, to nie jest i nigdy nie był” – wzruszam ramionami. „Masz tu numer do przyjaznego nam klechy. Zapytaj go, a potem zadzwoń jeszcze do kurii”. Znajomy zakonnik potwierdza moją opinię. „Nie wiem co będzie w tym liście, bo będzie odczytany dopiero za dwa tygodnie, panie redaktorze” – mówi typowo kościelnym, lekko wykastrowanym głosem. Odczuwam lekki niesmak, gdy ktoś zwraca się do mnie per „redaktorze” w tej robocie. Ma to dla mnie podejrzanie sardoniczny zapach. „W każdym razie rozmawiałem niedawno z kolegą, rzecznikiem episkopatu, i zapewnił mnie, że ten list będzie bardzo pozytywny i wychodzący naprzeciw oczekiwaniom wiernych” – dodaje kastracyjnie zakonnik. Ściągam z niego numer do kolegi rzecznika. Coś tu nie gra, bo Internet aż huczy od domysłów na temat pogromu neo pogaństwa, jakim ma ociekać list. Gęsto cytuje się tam niektórych biskupów. Dzwonie do kurii ale tam jak zawsze grają na zwłokę, bo nic nie wiedzą. Rzecznik episkopatu zasłania się natomiast jakimiś tajemnicami kościelnymi i udaje mi się z niego wydusić tylko jedno, enigmatyczne zdanie oficjalnego komentarza. Panienko Przenajświętsza! Szybciej człowiek ocipieje, niż się czegoś dowie od tych naszych zdewociałych księżuniów!

Postanawiam jeszcze raz spróbować z zakonnikiem od którego zacząłem tą wędrówkę po labiryncie kościelnych stanowisk. Może od tej strony uda się zajrzeć biskupom w kieszeń. Kastrat pęka. „W tym liście nie będzie niczego nowego” – przyznaje. „Kościół po prostu przypomni swoje stanowisko: nie ma problemu z kremacją, jeśli tylko wcześniej odbędzie się nabożeństwo nad zwłokami, choć na to też zazwyczaj przymyka się oko”. Zatem nie ma tematu. Kościelni reakcjoniści się zbulwili, moderniści ich stonują i efekt będzie tradycyjny: przypomnienie nauki kościoła. Tym razem jednak zacietrzewione konserwy wyrwały się przed szereg i ofiarowały dziennikarzom tłusty kąsek w postaci emfatycznych zapowiedzi pogromu pogrzebowych urn. Stąd ta afera w sieci. Zagadka sfinksa rozwiązana. Streszczam wszystko Szefowi. „To chujowo” – podsumowuje. „Centrala uparła się na ten materiał”.

Szef tłumaczy przez telefon szefom wszystkich szefów istotę sprawy. Patrzę na jego minę i już wiem, że jest źle. „Acha. Więc tak chcecie to ująć… Nie, tylko nie bardzo mamy amunicję, by bronić takiej filozy. Dobra, spoko. Nie takie rzeczy się robiło” – odkłada słuchawkę. „Młody, siadaj i pisz” – poprawia pingle i zamyśla się na jakieś 0,02 sekundy. „Tytuł: Kościół zakaże kremacji! Podtytuł: Czy to dlatego, że będzie taniej?” – dyktuje mi niczym duce swoim wyznawcom. „Przecież to bzdury i nieprawda” – parskam śmiechem. „Chuj mnie obchodzi. Ty to wiesz, ja to wiem i oni to wiedzą” – mówi wskazując na telefon. „Ale to niczego kurwa nie zmienia. Siadaj i pisz 1800 znaków” – kończy orędzie łypiąc na mnie zza tych swoich wielkich bryli. Na razie ciągle jeszcze bawi mnie kuriozalność tej sytuacji. „Przecież to będzie apokryficzna bzdura” – protestuję. „Cały ten świat jest apokryficzny! Siadaj i pisz” – mach ręką, jakby odpędzał muchę. „Stawiaj w tekście dużo znaków zapytania, cytuj bezosobowo i udawaj, że robisz z tego kwestię problemową” – podpowiada, gdy już przestaję się śmiać. Dociera do mnie jawne kłamstwo, które muszę wypuścić spod palców.

Kluczę. Brodzę w domysłach i sieję gęsto znaki zapytania, by złagodzić nuklearną siłę rażenia skandalizującej konfabulacji w tytule. Kurwa, czuję się jakbym mylił trop uciekając z miejsca zbrodni! Kłamstwo miedzy zębami prześlizguje mi się z gracją spłoszonej świni szarżującej przez skład świątecznych bombek. Na piśmie jest tylko ciut lepiej. Staram się traktować tę tragikomedię jako ćwiczenie intelektualne. Zabawę w „jak postawić tezę w tytule, a potem niezobowiązująco uciec od niej w tekście”. Podskórnie jednak drażni mnie, że te wszystkie bohomazy i farmazony ukażą się po raz kolejny pod moim nazwiskiem. „Jak tam idzie?” – Szef z petem w gębie i talerzem parówek wynurza się z kanciapy foto. „Boli!” – odpowiadam kiwając głową. „Cierp Młody, cierp” – rechocze. „Gorsze rzeczy musiałem pisać, gdy byłem na twoim miejscu”. Wyobrażam sobie.

Skończyłem. Wyszedł mi wcale zgrabny, gówno warty, od początku do końca fałszywy tekst. Najgorsze jest to, że to materiał priorytetowy. W centrali już na niego czekają. Wysyłam więc mojego nowego moralnego czerniaka Szefowi. Dla poprawy nastroju zajmę się uczciwymi szortami na lokal. Zresztą, nawet wysmarowanie się galaretką i bieganie na golasa po mieście z transparentem „Lubię chleb ze smalcem” byłoby uczciwsze od tego tekstu.

Zbieram się do wyjścia. Szef przewala mój idiotyczny elaborat do centrali. „Zajebisty tekst Młody” – mówi żegnając się ze mną. „Nie zmieniłem ani słowa, naprawdę dobry” – dodaje. Jakoś kurwa nie umiem się ucieszyć z tej pochwały.

Aforyzm Szefa na dziś:

Seks z żywą kobietą pociąga jednak za sobą pewne konsekwencje.

Kręci mi się w głowie, czuję niemoc w nogach i permanentne mdłości. Drażnią mnie jaskrawe kolory, ostre światło i wszelki hałas głośniejszy niż moje własne okaleczone strzępki myśli. Czuję, jakby w mojej głowie panicznie trzepotał się ptak, który nie może się wydostać. Uparta białą mewa pustoszy mój mózg tupiąc niezwykle głośno i boleśnie. Do tego odkąd wstałem z wyra ciągle chce mi się rzygać. Obrazu żałości dopełniają wory pod oczami i bardzo powolne, posuwiste ruchy. „Co ci?” – pyta Szef zza zawalonego gazetami biurka. Wyjaśniam minimalną możliwą ilością słów, bo mam wrażenie, że zaraz pęknie mi dekiel i na wieki wieków amen zgaśnie światło. „Heheheeee! Ale zajebiście!” – cieszy się w odpowiedzi tym swoim rechotem, który zawsze budzi we mnie pozytywne emocje. „Ja też wczoraj pochlałem na mieście ale widzę, że ty ambitniej podszedłeś do tematu heheheee… Siadaj i zrób jakąś kupę na kraj, jak dasz radę”.

Nie daję rady. Siedzę, czytam te małe, uciekające mi spod palców literki i próbuję wstukać w klawiaturę jedno zdanie bez robienia przerwy na zebranie myśli. Co jakiś czas opatulam głowę ramionami i wyobrażam sobie, że to leczniczy dotyk Kaszpirowskiego lub innego Harry’ego z Tybetu. „Co ci jest?” – pyta Piękna wchodząc na zakład. W odpowiedzi podnoszę swe bolesne oblicze z blatu biurka. Moja gęba musi teraz wyglądać jak „Chrystus cierpiący” w wersji Witkacego, poprawiona przez Bosha i Daliego, bo Piękna tylko kiwa głową z politowaniem. „Obudź się już Młody, bo jest robota” – klepie mnie po ramieniu Szef.

Robota jest przejebana ale nie z tej strony, której się obawiałem. Jedziemy ze Spiderem do szpitala dziecięcego. Jakiś mały kajtek wpadł kilka miesięcy temu pod tira czy autobus. W szpitalu poskładali go do kupy jakąś ultra innowacyjną metodą. To ponoć czwarta taka operacja na świecie. Musimy zrobić zdjęcia, pogadać z lekarzem i rodzicami dzieciaka. Na szczęście ma to być materiał pozytywny, w stylu „Lekarze ocalili mi dziecko”. Trzeba jednak uważać, bo ten format bardzo łatwo niechcący zmienić na „Jak pilnowaliście dziecka, zwyrodnialcy!?”. Przynajmniej w mojej robocie, bo normalny dziennikarz nie brałby tego nawet pod uwagę. W każdym razie, z rodzicami zawsze trzeba ostrożnie… „Masz” – mówi Szef dając mi gumę do żucia. „Żebyś nie ział alkoholem biednemu dziecku w twarz heheheee”.

Pomijając cierpienie na kacu, byłem szczęśliwy jadąc na ten materiał. Moja radość wynikała z faktu, że nie muszę przy tej okazji pasożytować na czyjejś tragedii. Nie będzie płaczu matki, okaleczonego dziecka i bezradnie rozkładającego ręce lekarza. Będą uśmiechy, życzenia i ogólna radość istnienia. Radość trwała do momentu znalezienia się na oddziale…

„Ja pierdolę, kurwa mać”. Ten prostacki acz szczery akt strzelisty nie opuszczał moich myśli przez cały czas pobytu w szpitalu. Pomijam już podziwu godną plątaninę korytarzy, przejść i zakrętów którymi prowadziła nas rzeczniczka tego przybytku. (Po 45 sekundach marszu nie byłbym w stanie trafić do wyjścia i wcale nie byłaby to wina kaca!) To co zobaczyłem na oddziale totalnie mnie sparaliżowało. Dziesiątki dzieciaków, kroplówki, wózki, kule, pluszaki, kolorowanki i dziecięce rysunki na ścianach. Nagle znalazłem się w globalnym centrum niezawinionego cierpienia! Sanktuarium dziecięcego bólu przytłoczyło mnie kontrastem uśmiechniętych brzdąców i przejeżdżających korytarzem wózków i łóżek, wracających z pourazówki. Dziecięca bezbronność, radość i niewinność przeplatały się w tym miejscu z kalectwem, cierpieniem i śmiercią.

Mały Michałek nie był specjalnie zainteresowany naszymi odwiedzinami. Młodziuteńka mama natomiast chętnie z nami pogadała, choć widać było, że nie ma bladego pojęcia o tym co się wydarzyło. Ot, prosta dziewczyna z jakiejś wioski zapomnianej przez świat, ludzi i Boga. Pan doktor za to bardzo obficie raczył nas szczegółami arcyunikalnej operacji. Dokładniej mówiąc raczył nimi Spidera. Ja zajęty byłem notowaniem. Poza tym, co zauważyłem już wcześniej, pracując ze Spiderem w zasadzie tylko się mu przeszkadza. Doskonale dogaduje się z ludźmi i nigdy nie zapomina poruszyć żadnej z koniecznych kwestii. Gdyby tylko chciało mu się wszystko potem spisywać, spokojnie mógłby być samowystarczalny foto-redaktorem…

Siadam do spisywania tematu. W głowie ciągle mam obraz dziecięcego oddziału i dziewczynki z kulą, która podeszła do nas, gdy czekaliśmy na kogoś, kto wyprowadzi nas z tego szpitalnego labiryntu. „Przepraszam, a kiedy ukarze się ten artykuł o Michałku?”. Ja pierdolę! Odpędzam te myśli. Muszę się teraz skupić na odtworzeniu opowieści lekarza. Do tego co przeżyłem wewnątrz siebie wrócę wieczorem. „Młody, pojedziecie ze Spiderem w teren. Jest dziś jeszcze jedna obsługa” – komunikuje mi w międzyczasie Szef.

Choć już popołudnie, nadal mam kaca. Napierdala mnie bania i ciągle chce mi się rzygać. W tym stanie muszę znaleźć pięcioro targetów. Czworo to nie problem, piaty jest prawdopodobnie najbardziej przejebanym targetem jaki dotychczas przyszło mi robić! Mamy zrobić mini sondę dla centrali. Potrzebują dwóch targetów do kwestii „ile powinien zarabiać premier” i dwóch analogicznych do tematu, „ile powinni zarabiać posłowie”. Zaczynamy jednak od targeta do prowokacji wymyślonej przez Szefa i Antenę. Akcja polega na tym, by udowodnić, że nie sposób umówić się na spotkanie z posłami, którzy to rzekomo robią wszystko dla swoich wyborców. Zadanie z pozoru jest banalne. Trzeba znaleźć biuro poselskie określonego darmozjad i zrobić zdjęcia, jak bogu ducha winny człowiek próbuje sforsować zamknięte na trzy spusty drzwi. Problem pojawi się po dotarciu na miejsce. Biuro leży w dość odludnym miejscu na jakimś zadupiu. Do tego znajduje się w hotelu i to na pierwszym piętrze. Mało tego. Okazuje się, że jego drzwi stoją otwarte na oścież. Posła wprawdzie rzeczywiście nie ma ale upierdliwa sekretareczka pilnie odbiera wszelkich interesantów. Kurwa! Dzwonię do Szefa i pytam co dalej. „Chuj mnie to obchodzi, że jest otwarte. Zróbcie tak, by było zamknięte!” – koniec dyrektyw. Zmiana biura poselskiego naturalnie nie wchodzi w rachubę.

Kurwa, kurrrwa, kurrrrwaaaa! Stoimy przed hotelem w opustoszałej okolicy. „Nie wiem jak to zrobisz ale znajdź kogoś. I to szybko, bo nie mam zamiaru marnować tu czasu i tkwić jak jakiś chuj, by realizować czyjś zjebany pomysł” – ciska się Spider. I co teraz? Kurwa, muszę znaleźć łosia, który da się wciągnąć obcemu facetowi do hotelu, na pierwsze piętro i zgodzi się przypozwać z głupią miną do zdjęcia przy „zamkniętych” drzwiach, które de facto są otwarte! Ja pierdolę, jestem udupiony! Nie ma na świecie idioty, który by się na to zgodził… Nie pozostaje mi jednak nic innego jak ruszać na łowy.

Podbijam do pierwszego typa na przystanku. Na oko 25-letni robol z lekkim wąsikiem. Gatka standard i pytanie czy weźmie udział w sądzie na temat posłów. Od czegoś muszę przecież zacząć. Nie powiem mu od razu, że potrzebuje jelenia do fikcyjnego zdjęcia. Koleś się zgadza. Idę krok dalej. Pytam czy zgodzi się na zdjęcie. O dziwo koleżka przytakuję. Pytam wreszcie czy zdjęcie moglibyśmy zrobić w pobliskim hotelu. Facio traci zapał i wygląda jakby chciał uciekać ale po chwili namysłu mówi, że jeśli tylko nie spóźni się na autobus, to ok. Kurwa, nie wierzę! W uniżonych słowach i przymilnej gadce prowadzę go pośpiesznie do hotelu. Spider zrywa się na nasz widok i skręca obiektywy. Koleś może nam zwiać w każdej chwili. Wchodząc po schodach na piętro pytam gościa czy zdjęcie moglibyśmy zrobić przy tamtych drzwiach. Facet wzrusza ramionami i mówi „dobra”. Wszedł już za głęboko w układ, by się teraz wycofać. Spider tłumaczy mu jak i co ma udawać przed drzwiami. Koleżka domyśla się już chyba, że coś tu nie gra, ale doszedł z nami aż tu, więc głupio mu się wycofać. Pstryk-pstryk i mamy co chcieliśmy! Dziękuję gościowi i odprowadzam go na przystanek. Staram się tłumaczyć na okrętkę czemu przy drzwiach i co 15 sekund dziękuję mu, że zgodził się nam pomóc.

Ja pierdolę! Załatwiłem tego targeta pierwszym strzałem! Sam w to kurwa nie wierzę! Co za fart, że trafiłem na tego gościa. Normalnie tkwilibyśmy tu do usranej w pizdu śmierci! Entuzjazm szybko ustępuje jednak miejsca, wbijającemu się w serce jak gwóźdź, wyrzutowi sumienia. Oszukałem faceta… Zrobiłem go w jajo półprawdami, by ułatwić sobie zadanie… Ja pierdolę, czuję się jak społeczny judasz i moralna szmata bez zasad. Oszukałem bogu ducha winną chłopinę. To są właśnie chwile, w których szczerze nienawidzę tej roboty. By zaspokoić idiotyczne i apodyktyczne „pomysły zza biurka” jakiegoś barana, muszę uciekać się do matactw, kłamstw i oszustw wobec niewinnych i niczego nie świadomych osób. To zawsze sprawia, że czuję się fałszywym chujem o skorodowanym sumieniu tabloidycznej hieny! Facet myślał, że bierze udział w ulicznej sądzie. Za dwa dni zobaczy swoje zdjęcie w gazecie, jako głównego bohatera materiału na zupełnie inny temat. Moralny upadek i notowań nagły spadek, jak śpiewa Peja. Duma z poradzenia sobie z zadaniem miesza się we mnie z poczuciem kompletnej porażki. „Jak sobie Szef wymyśla takie materiały, to niech potem odbiera telefony od wkurwionych ludzi” – komentuje Spider wsiadając do gabloty. Boże, spieprzajmy już stąd. Jest mi niedobrze. Prócz standardowego kaca, męczy mnie kac moralny i wspomnienia cierpiących dzieciaków ze szpital. Niech ten dzień się już kurwa skończy…