Tag Archive: wybory


Targety

nie śpię bo trzymam kredensCzyli mój niemalże codzienny, zasrany obowiązek. Zazwyczaj nie ma z nimi większego problemu, czasem jednak potrafią zepsuć człowiekowi cały dzień! Jeśli mogę sobie pozwolić na poetyckie porównanie, to powiem, że targety są jak defekacja. Normalna, codzienna procedura, ale jeśli trafi się obstrukcja lub biegunka – Krzyż Pański! Co to takiego ten target? W ponad 150-letniej historii tabloidów nie zmieniły się, i zapewne nigdy nie zmienią, tylko dwie rzeczy: gra na emocjach i apoteoza prostego człowieka. Owa apoteoza jest oczywiście bardzo instrumentalna, a targety są jej najlepszym przykładem. Target to nic innego, jak prosty człowiek z ulicy, wypowiadający się na jakiś temat. Tylko tyle, i aż tyle!

„To jest najbardziej przejebana robota jaka tylko może być i nie ukrywam, że zwalę ją na ciebie” – mówi Szef wręczając mi kartkę z, zapowiadanym od dwóch dni jako Armagedon najwyższego stopnia, zadaniem. „Bierzcie się ze Spiderem do roboty, macie na to dwa dni”. Misja to znalezienie 22 targetów do ogólnonarodowej sondy na temat sympatii politycznych. Oczywiście nie możemy wziąć pierwszych z brzegu dwóch tuzinów ludzi. Dyrektywa z centrali jest bezlitosna. Mamy znaleźć po dwie sztuki: emerytów, nauczycieli, studentów, fryzjerów, księży, policjantów, urzędników, budowlańców, lekarzy, sekretarek i rolników! Reakcję Spidera przytoczę jedynie w matematycznym skrócie: „kurwa mać” x250, „pojebało ich” x120, „popierdolone pomysły zza biurka” x70, „mam to w dupie” x45 i „małe, głupie cweliki” x17 (plus x3 „czemu zawsze pada na mnie?”).

Księży, za aprobatą Szefa, wykreślam z listy od razu. Stawiam kija przeciw gołej dupie, że jednego szukałbym tydzień! Policjantów, nauczycieli i lekarzy odstawiam na jutro. Spróbuję ustawić ich poprzez związki zawodowe. Ruszamy w miasto polować na resztę…

Gdy normalny dziennikarz zbiera materiały do artykułu, bardzo cennymi cegiełkami w tej budowli są ciekawe wypowiedzi zwyczajnych ludzi z którymi rozmawia. Natomiast dziennikarz tabloidu (tylko jako didaskalia odnotuję pytanie, czy dziennikarz tabloidu rzeczywiście jest dziennikarzem?) tak naprawdę ma głęboko w dupie to, co mówią ludzie z ulicy, których indaguje. Dziennikarz tabloidu nie potrzebuje ich wypowiedzi (bo sam je wymyśli). On potrzebuje ich zdjęcia! To, o co naprawdę chodzi w targetach to zdjęcie! Jeżeli interlokutor zgodzi się na fotkę – jesteśmy w domu i reszta jest nie ważna.

W praktyce wygląda to tak. Podbijam do ofiary i próbuję nawiązać rozmowę. Foto trzyma się z tyłu, by nie wystraszyć jej obiektywem. (To dzisiejsze realia. Jeszcze parę lat temu było tak, że foto nie czekał na jakąkolwiek łączność pomiędzy redaktorem, a targetem. Cykał zdjęcie gościowi na chama – bez pytania, zgody i jakiejkolwiek wazeliny. Na szczęście dla ludzkości, a na nieszczęście dla foto, te czasy już minęły.) Najskuteczniejsza gatka zaczepna, to przedstawienie się jako dziennikarz przeprowadzający sondę. Tu pada telegraficzny skrót tematu i pytanie, co pan/pani o tym sadzi. Najczęściej jest tak, że jeśli ktoś nie karze mi spadać w ciągu pierwszych 5 sekund rozmowy, udaje się go naciągnąć na wypowiedź. (Zdjęcie to odrębny rozdział w tej krótkiej historii). Ludzie, jeśli tylko się nie spieszą, chętnie biorą udział w sondach, bo (1) daje im to poczucie ważności; (2) mogą wyładować swoją frustrację na polityków/urzędników/sąsiadów/cały świat; (3) myślą, że pozostają przy tym anonimowi. Opinię targeta pobieżnie notuję sobie w kajeciku. Jeśli nie odpowiada złożonemu przez Szefa zamówieniu, staram się lekko naprowadzić ofiarę na „właściwe” tory. (Kiedyś o tym opowiem ale trzeba ci już teraz wiedzieć, drogi czytelniku, że biorąc się za temat, nie mam przedstawić rzeczywistości, tylko zrealizować ustalone przez Szefa lub centralę założenie. Dlatego zawsze dostaję zamówienie na konkretnego targeta, typu: „wkurwiony na dziury kierowca”, „wkurwiona na urzędników baba z dzieckiem”, „wkurwiony na służbę zdrowia emeryt”). 3/4 targetów musi być na coś wkurwionych. Pozostała 1/4 to hura optymiści, zachwyceni jakimś aspektem. Tak czy siak, muszą pozostawać skrajnie wyraziści. Zakładając, że ofiara zgodziła się na wypowiedź, rozpoczyna się najtrudniejsza część zadania, która składa się z trzech poziomów: zdobycie personaliów targeta, jego wieku i zdjęcia. Najważniejsze jest oczywiście zdjęcia. To sedno sprawy. Zaczynam jednak od nazwiska. Kieruję się taktyką „duży-wielki-malutki krok”. Ludzie mają oczywisty opór przeciwko podaniu swoich personaliów. Gdy ktoś staje okoniem (ale jeszcze nie ucieka) proponuję mu taki deal: „Oczywiście może pan/pani powiedzieć, że się nazywa Jan/Grażyna Kowalski/Kowalska, mi to nie przeszkadza, my robimy tylko sondę…”. To ośmiela targeta, który najczęściej podaje mimo wszystko prawdziwe dane. Teraz przychodzi kolej na „krok wielki”. Do akcji wkracza foto – o ile nie jest to Spider, bo on najczęściej wtrąca się już wcześniej. Akurat w jego przypadku jest to korzystne. Ma on bowiem niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktu z prostymi ludźmi. Dzięki niej umiejętnie rozładowuje napięcie, jakie pojawia się w chwili, gdy w polu widzenia targeta pojawia się celujący weń obiektyw. „To jeszcze kolega zrobi malutkie zdjęcie do dokumentacji” – ni to stwierdzam, ni pytam. Oczywiście większość ludzi protestuję. Czują jednak zobowiązanie konsekwencji, bo ich wypowiedź i nazwisko widnieje już w moim kajeciku. Wszystko musi rozgrywać się szybko, do póki człowiek nie ma czasu przemyśleć sytuacji. Foto zdjęcia robi na biegu, zanim target się rozmyśli. Następnie gremialnie dziękujemy ofierze za pomoc, a ja przechodzę do trzeciego, „malutkiego kroku”. „To jeszcze niech mi tylko pan/pani swój wiek poda…”. Wbrew pozorom ludzie bardzo często na tym etapie zaczynają się wycofywać rakiem. Szczególnie kobiety. Jeśli idzie ciężko, proponuję ten sam deal, co przy personaliach. Tym razem wiele osób idzie na układ…

Jak wiele jest targetów, tak wiele jest „sposobów na targeta”. Ja staram się zawsze brać ludzi na uśmiech, z jednoczesną szczyptą powagi i profesjonalizmu. Zdarza mi się też brać ich na litość. Nie lubię natomiast podejścia Małego Popierdola, który, chcąc mi zapewne pomóc, od razu wali człowiekowi w twarz, że potrzebujemy wypowiedź i zdjęcie. Naturalnie nie chodzi mu o uczciwość wobec targeta, tylko o to, by szybciej skończyć sprawę. Najczęstsze typy targetów to emeryt, młoda matka z wózkiem, kierowca za kółkiem, rodzic z dzieckiem i zwykły facet do 45 roku życia. Oczywiście zdarzają się też bardzo egzotyczne zamówienia typu „niewidomy emeryt bez lewej nogi, który nie może wejść po zepsutych ruchomych schodach z kundlem przewodnikiem i siatą zakupów”. Przy czym decydentów kompletnie nie obchodzi, w jaki szatański sposób wytrzasnę takiego targeta. Ma być, koniec i chuj! Każdorazowo przemowa motywacyjna jest podobna: „Jak to kurwa nie ma?! Tu mieszka 40 mln ludzi, na pewno gdzieś taki jest. Ruszcie dupy i go kurwa znajdźcie!” Dlatego w tej pracy bardzo przydaje się szerokie spektrum znajomych. Tu warto uściślić, znajomych, którzy zgodzą się dać sfotografować, gdy w zleceniu trafi się obstrukcja lub biegunka…

Oczywiście niepytany nigdy nie przyznaję się z jakiej jestem redakcji. Wiele indagowanych osób w ogóle o to nie pyta, co jest mi na rękę. Gdy pytanie padnie, mówię prawdę. Są oczywiście tacy, co to od razu mówią „dowidzenia” i biorą nogi za pas, gdy dowiedzą się kto i zacz jesteśmy. Są jednak i tacy, którzy z radością wrzeszczą „Super gazeta! Będę na zdjęciu, naprawdę?!”. Najczęściej są to pocieszni emeryci, którzy nagle dostają słowotoku… Target powinien dostać od nas do podpisania tzw. zgodę. Jest to dokument uprawniający nas do opublikowania jego wizerunku (i późniejsza podkładka w razie prawnych bulwersów). Najchętniej podtykałbym te zgody każdemu, bo jak cholera obawiam się wezwania z sądu (które w tej robocie są codziennością). Foto jebią mnie jednak każdorazowo, gdy sięgam po zgodę, bo obawiają się, że taregt ze wszystkiego się wycofa. Z tego punktu widzenia mają rację, bo w skali „trzech kroków”, podpisanie czegokolwiek jest dla targeta wyzwaniem równie wielkim co zgoda na zdjęcie.

„I jak poszło?” – pyta Szef, gdy powłócząc nogami wracam na zakład. Jak? Pomijając milion kilometrów po mieście z buciora i drugie tyle zaczepionych ludzi, to całkiem nieźle. Mam wszystkich z wyjątkiem księży, lekarzy, policjantów i nauczycieli. Najgorzej było z budowlańcami i golibrodami. Ci pierwsi spieprzali przed nami na rusztowania, a panie fryzjerki dały się dopaść dopiero w tysiąc siedemset trzydziestym dziewiątym odwiedzonym salonie. „Siadaj i dzwoń do związków zawodowych, a potem spisz mi wszystkich tych chujów w jednym pliku” – zarządza Szef. „Dlaczego nie możemy załatwić lekarzy i policjantów przez kontakty Pięknej?” – pytam już znad klawiatury. „Bo nie mam zamiaru nadużywać ich do tak chujowej roboty. Nie będę psuł sobie z nimi dobrych układów. Po prostu znajdź kogoś innego” – tłumaczy Wielkie Oko stojące za moimi plecami i ćmiąc fajka. „Jeszcze jakieś dobre wiadomości?” – pytam przekornie. „Tak, nie pobiję cię jeśli nie załatwisz wszystkich z listy” – mówi zupełnie poważnie i wychodzi.

Siedzę i wymyślam powody dla których ten czy tamten osobnik sympatyzuje z taką lub sraką opcją polityczną. Rozmawiając z ludźmi nie pytałem „dlaczego?”. Po pierwsze zniechęcało to rozmówców, po drugie, większość ludzi ma problem z racjonalizacją swoich decyzji. Poza tym, nikogo to de facto nie obchodzi! Prawda jest taka, że to co powie target muszę przerobić najpierw ja, potem Szef, a na koniec jeszcze centrala. Jak więc miałoby pozostać cokolwiek z jego oryginalnej wypowiedzi? Zresztą, daje sobie uciąć lewe jajo, że nie tylko w tabloidach tak się robi. Podkoloryzowanie wypowiedzi bohatera to praktyka wszystkich dziennikarzy i  to nie tylko w Grajdole! Piszę to wszystko tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś zaczepił cię na ulicy jakiś gość i zapytał czy weźmiesz udział w szybkiej sądzie…

Aforyzm Szefa na dziś:

Jestem niewyspany, więc jak chcesz mi coś powiedzieć, to używaj wielkich liter, prostych zdań i dużych odstępów.

Ufo mnie oszukałoZanosi się na to, że dziś nie będzie żadnej roboty w terenie. Siedzę na zakładzie już kilka godzin i wykonuję kolejne zlecenia kierownika tego Mordoru. Wielkie Oko, czyli Szef, zasypuje mnie drobnicą na lokal. Ocipieli tam w tej Centrali! Od trzech dni chcą po osiem szortów i pięć kup dziennie. Pisanie idzie mi wolno, bo jak zawsze rozprasza mnie ćwierkające telejajo. Ewidentnie nic się dziś w Grajdole nie dzieje, bo TVN24 od rana wałkuje te same trzy tematy. Kroję kupę z jakichś dramatycznych opóźnień remontowych przebudowywanego ronda i podwyżek na kolei. Sprokurowałem też dwa szorty o trupach. Koleś, oczywiście niechcący, zaciukał swoją kochankę pilnikiem do paznokci, a drugi zwyrol po pijaku poderżnął gardło własnej matce. Tu ważna informacja na marginesie: nie zmyślam tych wszystkich historii, jak zapewne sądzi większość z Was. Tabloidy zasadniczo nie zmyślają sobie tematów. One jedynie je wyolbrzymiają. Opowiem o tym innym razem.

„Weź no zostaw na razie tę drobnice i skończ mi ten materiał o plakatach” – przerywa mi Wielkie Oko. Muszę zatem na biegu skleić 1600 znaków na temat wyborczych ulotek, tablic, plakatów i innych śmieci. Chodzi o dowalenie po równo wszystkim politykom na raz. Całość trzeba oczywiście utrzymać w niezwykle wstrząsającym i skrajnie oburzonym tonie. Jednym słowem, wszystkie dane, fakty i informacje trzeba wyolbrzymić, rozdmuchać i przesadzić. Ot, standardowa praktyka tabloidu. Wkurza mnie jednak to, że każdy tekst zawsze buduje z tych samych 150-200 słów. Szybko, zwięźle i bez sensu. Nie mówię, że chciałbym tworzyć jakąś szarżę intelektualną ale mam już powyżej uszu tej minimalistycznej nowomowy i literackiego kąkolu, który tu produkuję. Może uda mi się jakoś rozruchać ten pancerny schemat…

„Coś ty tu Młody napisał? Co to jest kurwa Jardim Gramacho?!” – zapowietrza się Szef 15 minut później. „Śmietnisko w Brazylii, największe na świecie… nie bardzo?” – pytam, znając tak naprawdę odpowiedź względem mojego przeintelektualizowanego porównania. „Dziewczyny, wytłumaczcie Młodemu gdzie popełnił nietakt” – przewracając oczami sapie na wydechu Szef. „Dobra, dobra, wiem…” – przerywam ten rozpędzający się festiwal ogólno redakcyjnych podśmiechujek z najmłodszego stażem. „Chciałem wprowadzić trochę finezji…” – usprawiedliwiam się mimowolnie, choć doskonale wiem, że nie ma to sensu i tylko pogarsza moją sytuację. „Co chciałeś!?” – Szef wywala gały w rozbawieniu i robi głupią minę – „Powtórz no, bo chyba niedosłyszałem”. „Nie, nic…” – odpycham się nogami i dojeżdżam na krześle prosto do swojego biurka, żałując, że w ogóle otworzyłem japę. „Młody, kurwa, teraz to mnie zabiłeś. Heheheee… Ja cię proszę, ty nie zapominaj gdzie pracujesz” – rechocze za moimi plecami, szczerze ubawione Wielkie Oko.

W sumie to dziwne, że nie ma dziś żadnego wyjazdu w teren. Antena leży w szpitalu, a Małego Popierdola gdzieś wywiało. Przy takim zdziesiątkowaniu składu byłem pewien, że czeka mnie cały dzień na mieście. Tymczasem roboty jest mniej niż zwykle. Wielkie Oko filuje mi zza pleców treść ostatnich szortów i daje zielone światło. Klikam „zapisz”, „wyślij” i w sumie jest po zawodach. Gadamy trochę z Szefem przed moim wyjściem. Jest nas tylko dwóch, bo reszta już zdezerterowała do domów. (W takiej konstelacji rozmawia mi się z nim najlepiej. Gdy jesteśmy sami i nie ma przed kim mi dosrywać, łapiemy bardzo interesujący dla mnie kontakt.) Kierownik nie ukrywa, że chciałby, bym szybko określił się co do mojej przyszłości na zakładzie. Opcje są dwie: krócej (czyli pół roku) lub dłużej (rok). Jeśli szybko spasuję, może jeszcze ściągnąć ponownie Mercedes, zanim ta uwikła się w jakąś inną fuchę. Rozmawiamy też trochę o mojej bezpośredniej poprzedniczce – Patyku. Dowiaduję się dlaczego ostatecznie wypieprzyła stąd z hukiem po niespełna miesiącu. Jak nie trudno się domyślić, w podjęciu tej decyzji pomógł jej Mały Popierdol. „Zwyzywał ją od kurew na materiale i się obraziła” – z rozbrajająco szczerym uśmiechem opowiada Szef. „Sam wiesz, że z nim nie pracuje się łatwo. Ale sorry, nie będę rezygnował z jednego z najlepszych w Polsce fotoreporterów dla redakcyjnej piętnastej wody po trzecim kisielu” – dodaje.

Wychodzę. Pytam Szefa czy mogę wziąć dzisiejszy numer gazety. Chce sprawdzić ile zmienili w moim wczorajszym tekście. Przez cały dzień jakoś nie było kiedy. „A weź sobie tę szmatę. Chociaż nie wiem po co” – macha mi na „do jutra”. Chyba nie spotkałem jeszcze kogoś, kto z równym mu zaangażowaniem oddawałby się swojej robocie, a jednocześnie miał do niej tak zdrowy dystans. Przy całym swym chamstwie, Szef jest niebywale intrygującym człowiek. Więcej niż człowiekiem – osobą! Ja zaś wlokę się ulicą, otulam kapturem przed wiatrem i pogrążam w zadumie. Jak długo tu jeszcze popracuję? Sam nie wiem…