Tag Archive: tematy zza biurka


Dzień pieprzonego kundla

Antoś, przepraszam, że cie uprałamSytuacja jest napięta jak plandeka od żuka. Dziś ogólnopolski dzień kundelków – święto które kompletnie wali wszystkich normalnych ludzi. Czyli nie naszą centrale. Żeby było lepiej, te ciule najwyraźniej o dniu burka zapomniały, bo na gwałt zlecają przygotowanie materiału. Szef, wkurwiony jak sto pięćdziesiąt, bo roboty na zakładzie nie brakuje, wysyła mnie i Spidera na miasto. Mamy czym prędzej znaleźli babę z kundlem do zdjęcia. Jest 11:30 i to tu właśnie, za przeproszeniem, leż pies pogrzebany.

„Gdzie my o tej porze, do kurwy nędzy, znajdziemy kobite z kundlem?” – Spider zastanawia się na głos z miną kogoś, kto ogląda gówno w które właśnie wdepnął. W naszym zadaniu istnieje zasadnicza trudność, która polega na tym, że właścicielka psa musi być młoda i ładna. O tej porze wszystkie młode laski, bez względu na to czy są ładne czy brzydkie, siedzą w pracy albo na zajęciach. Jeśli ktokolwiek spaceruje z psem po mieście w samo południe, to musi być emerytem, inwalidą, ewentualnie bezdomnym lumpem. Patrolujemy pierwszy z brzegu park, dwa deptaki i kilka skwerów. Nie jest nawet tak źle, bo spotykamy jakieś psy. Niestety, żaden z nich nie jest kundlem, a właścicielom zgolenie wąsów też by nie pomogło w udawaniu kobiety. Co dopiero młodej, o ładnej nie wspominając! Jedziemy do największego parku w mieście. Absurd tego zlecenia sprawia, że czuję się jak ciota. Spaceruję alejkami parku z drugą, tak samo jak ja bezradną cipą, i aferujemy się wypatrzonymi psami! Dlaczego nikt nie mógł wpaść na ten przezajebisty pomysł dzień wcześniej? Przecież wszyscy (których to kurwa interesuje) wiedzą, kiedy jest dzień kundelka! Ustawiłoby się kogoś znajomego z psem i pozamiatane. Spider ciska się tym bardziej, że sam zna się co nieco na tych łażących pchlich koloniach i ma sporo znajomych z czworonożnymi pasożytami. Teraz te znajomości zdadzą się psu na budę. A zegar tyka, tik-tak, tik-tak…

Robimy drugie kółko, a Szef dzwoni trzeci raz z ponagleniem. „Macie tego psa?” – pyta. „Chuja mamy a nie psa! Jest środek dnia i, wyobraź sobie, wszyscy tu chodzą z psami. Całe kurwa miasto psów!” – wyzłośliwia się Spider. Niema innego wyjścia, musimy oddzielnie znaleźć burka i dziewczynę. Najgorsze jest to, że nigdzie nie widać nawet porządnego kundla. Same rasowe bydlęta spacerujące ze swoimi podstarzałymi karmicielami. „Dup jest sporo, psów też trochę, ale ani jednej dupy z psem” – filozoficznie zauważa Spider. Wreszcie nadarza się coś, co z przymrużeniem oka można by nazwać kundlem. Jest mały, ma kolor parówki i szwenda się w okolicy mamroczącego do siebie dziadygi. Jest pies, teraz trzeba znaleźć dziewczynę, która zgodzi się wziąć na ręce tego wypożyczonego od mamrota pimpka i udawać, że bardzo go kocha. Wleczemy się kilka metrów za dziaduniem, który co i rusz sięga po skitranego w reklamówce browarka i nagabujemy mijane dziewczyny na zdjęcie z pokracznym pikusiem. Jestem zszokowany, że żadna nie ma ochoty…

„Patrz! Jest dziewczyna z kundlem!” – Spider aż podskakuje z wrażenia. Bierzemy ją na litość. Już pal licho z wypowiedzią, byle dała się sfotografować z tym swoim łażącym dywanem, którego prowadza na smyczy. Babka daje się naciągnąć na zdjęcie ale pojawi się little problem: pies, choć ciapek, nie jest kundlem, a ona, obejrzana z bliska, wcale nie wydaje się młoda. Trudno, darowanym zębom się w konia nie patrzy! Zawijamy na zakład, a Spider po drodze dzwoni do redaktora wydania, popisując się mistrzostwem dyplomacji i marketingu. Udaje mu się przepchnąć tę 43 letnią babkę z borderem collie!

„Zajebiście” – kwituje moją opowieść Szef. „A teraz siadaj i pisz na biegu litery do tych psów” – dodaje. O nie! Tego się właśnie obawiałem. To jeszcze nie koniec męczarni z jebanym kundlem w tle! Nie dość, że czasu mało, to jeszcze 1800 znaków – czyli duży materiał. Ja pierdzielę… 1800 znaków to niewiele, ale nie jeśli trzeba utrzymać całość w określonej, „silnej” stylistyce, a tym bardziej nie wtedy, gdy się nie ma bladego pojęcia o temacie. Więc siadam i pisze. Sprawdzam co piszą o kundlach w necie, dzwonię do jakiegoś schroniska w poszukiwaniu inspiracji, próbuję przypomnieć sobie jakieś biologiczne ciekawostki ze szkolnych czasów. Szef co jakiś czas szturcha mnie poganiaczami w stylu „Już?”, „Jak ci idzie?”, „Ile masz?”. To się nazywa gówniana robota pod silną presją czasu.

Wpadają jakieś dwie babki z tortem i śpiewają Szefowi sto lat. Kurwa, co jest grane? Aaa! To z okazji urodzin jakiegoś tam centrum handlowego. Zawsze przynoszą mu wtedy słodycze, bo mają nadzieję, że napiszemy o nich coś z tej okazji. Szef bierze „łapówki” poczym nie piszemy o sprawie ani słowa. Standard ale słodycze przynoszą nam dalej. „Częstujcie się” – mówi do nas, gdy dziewuszki wychodzą. „Ty nie chcesz?” – pyta Piękna. „W życiu! To gówno ma z milion kalorii” – oburza się Szef.

Antena i Piękna zawinęły się już na chatę. Ja siedzę nad drobnicą. Cały dzień zmarnowany na święto jebanych burków, ciapków, murzynów albo innych azorów, czy jak tam te stare krowy wołają na te swoje kundle, nie zwalnia mnie z mojego zawszonego obowiązku wystukania odpowiedniej ilości kup i szortów. Szef, siedzący za moimi plecami trajkocze przez telefon z kumplami z centrali. Ostatnio mieli jakieś grube balety i widzę, że Szef nie pamięta całej imprezy. Sonduje teren, by sprawdzić czy nie narobił jakiejś poruty. „Nie, to zajebiście, wszystko OK. Tak mi się wydawało, bo wiesz, jakbym narobił bydła, to bym sobie po dwóch dniach przypomniał. Tak już mam”. Jego rekonstruowanie imprezy za pomocą znajomych jest tak samo zabawne co żałosne. „To pamiętam. Pamiętam też że spałem na barze. No… A! Te akcję też pamiętam. Spoko, bałem się, ze zrobiłem coś gorszego” – rechocze tym swoim, rozbrajającym mnie, skrzekiem starej ropuchy. Uwielbiam tego gościa! Bez kitu! „Tylko nie mogę dojść, kiedy sobie te spodnie tak upierdoliłem sokiem porzeczkowym czy czymś takim. No mówię ci stary mam takie plamy na gaciach jakbym się kurwa tarzał gdzieś pod stołem” – mało nie parskam śmiechem na te słowa.

Kończę robotę. Zbieram się do wyjścia i ugaduję z zarządcą tego Mordoru jutrzejszą wachtę. Chce przyjść nieco później. Muszę odstawić trochę pańszczyzny na uczelni. „Aaaa!” – reflektuje się Szef. „Mam tu esa do ciebie: Przekaż Młodemu podziękowania od chujów z centrali. Bardzo dobry tekst”. „Dzięki. Umierałem przy tym tekście o burkach” – przyznaję. „Hehehee… Czekają cię jeszcze gorsze. Ale serio, bardzo dobry teks. Ten ostatni też”. Przybijamy pionę i wychodzę.

Aforyzm Szefa na dziś:

Co za życie. Czas umierać. Chyba się napiję dla odmiany.

Reklamy

Targety

nie śpię bo trzymam kredensCzyli mój niemalże codzienny, zasrany obowiązek. Zazwyczaj nie ma z nimi większego problemu, czasem jednak potrafią zepsuć człowiekowi cały dzień! Jeśli mogę sobie pozwolić na poetyckie porównanie, to powiem, że targety są jak defekacja. Normalna, codzienna procedura, ale jeśli trafi się obstrukcja lub biegunka – Krzyż Pański! Co to takiego ten target? W ponad 150-letniej historii tabloidów nie zmieniły się, i zapewne nigdy nie zmienią, tylko dwie rzeczy: gra na emocjach i apoteoza prostego człowieka. Owa apoteoza jest oczywiście bardzo instrumentalna, a targety są jej najlepszym przykładem. Target to nic innego, jak prosty człowiek z ulicy, wypowiadający się na jakiś temat. Tylko tyle, i aż tyle!

„To jest najbardziej przejebana robota jaka tylko może być i nie ukrywam, że zwalę ją na ciebie” – mówi Szef wręczając mi kartkę z, zapowiadanym od dwóch dni jako Armagedon najwyższego stopnia, zadaniem. „Bierzcie się ze Spiderem do roboty, macie na to dwa dni”. Misja to znalezienie 22 targetów do ogólnonarodowej sondy na temat sympatii politycznych. Oczywiście nie możemy wziąć pierwszych z brzegu dwóch tuzinów ludzi. Dyrektywa z centrali jest bezlitosna. Mamy znaleźć po dwie sztuki: emerytów, nauczycieli, studentów, fryzjerów, księży, policjantów, urzędników, budowlańców, lekarzy, sekretarek i rolników! Reakcję Spidera przytoczę jedynie w matematycznym skrócie: „kurwa mać” x250, „pojebało ich” x120, „popierdolone pomysły zza biurka” x70, „mam to w dupie” x45 i „małe, głupie cweliki” x17 (plus x3 „czemu zawsze pada na mnie?”).

Księży, za aprobatą Szefa, wykreślam z listy od razu. Stawiam kija przeciw gołej dupie, że jednego szukałbym tydzień! Policjantów, nauczycieli i lekarzy odstawiam na jutro. Spróbuję ustawić ich poprzez związki zawodowe. Ruszamy w miasto polować na resztę…

Gdy normalny dziennikarz zbiera materiały do artykułu, bardzo cennymi cegiełkami w tej budowli są ciekawe wypowiedzi zwyczajnych ludzi z którymi rozmawia. Natomiast dziennikarz tabloidu (tylko jako didaskalia odnotuję pytanie, czy dziennikarz tabloidu rzeczywiście jest dziennikarzem?) tak naprawdę ma głęboko w dupie to, co mówią ludzie z ulicy, których indaguje. Dziennikarz tabloidu nie potrzebuje ich wypowiedzi (bo sam je wymyśli). On potrzebuje ich zdjęcia! To, o co naprawdę chodzi w targetach to zdjęcie! Jeżeli interlokutor zgodzi się na fotkę – jesteśmy w domu i reszta jest nie ważna.

W praktyce wygląda to tak. Podbijam do ofiary i próbuję nawiązać rozmowę. Foto trzyma się z tyłu, by nie wystraszyć jej obiektywem. (To dzisiejsze realia. Jeszcze parę lat temu było tak, że foto nie czekał na jakąkolwiek łączność pomiędzy redaktorem, a targetem. Cykał zdjęcie gościowi na chama – bez pytania, zgody i jakiejkolwiek wazeliny. Na szczęście dla ludzkości, a na nieszczęście dla foto, te czasy już minęły.) Najskuteczniejsza gatka zaczepna, to przedstawienie się jako dziennikarz przeprowadzający sondę. Tu pada telegraficzny skrót tematu i pytanie, co pan/pani o tym sadzi. Najczęściej jest tak, że jeśli ktoś nie karze mi spadać w ciągu pierwszych 5 sekund rozmowy, udaje się go naciągnąć na wypowiedź. (Zdjęcie to odrębny rozdział w tej krótkiej historii). Ludzie, jeśli tylko się nie spieszą, chętnie biorą udział w sondach, bo (1) daje im to poczucie ważności; (2) mogą wyładować swoją frustrację na polityków/urzędników/sąsiadów/cały świat; (3) myślą, że pozostają przy tym anonimowi. Opinię targeta pobieżnie notuję sobie w kajeciku. Jeśli nie odpowiada złożonemu przez Szefa zamówieniu, staram się lekko naprowadzić ofiarę na „właściwe” tory. (Kiedyś o tym opowiem ale trzeba ci już teraz wiedzieć, drogi czytelniku, że biorąc się za temat, nie mam przedstawić rzeczywistości, tylko zrealizować ustalone przez Szefa lub centralę założenie. Dlatego zawsze dostaję zamówienie na konkretnego targeta, typu: „wkurwiony na dziury kierowca”, „wkurwiona na urzędników baba z dzieckiem”, „wkurwiony na służbę zdrowia emeryt”). 3/4 targetów musi być na coś wkurwionych. Pozostała 1/4 to hura optymiści, zachwyceni jakimś aspektem. Tak czy siak, muszą pozostawać skrajnie wyraziści. Zakładając, że ofiara zgodziła się na wypowiedź, rozpoczyna się najtrudniejsza część zadania, która składa się z trzech poziomów: zdobycie personaliów targeta, jego wieku i zdjęcia. Najważniejsze jest oczywiście zdjęcia. To sedno sprawy. Zaczynam jednak od nazwiska. Kieruję się taktyką „duży-wielki-malutki krok”. Ludzie mają oczywisty opór przeciwko podaniu swoich personaliów. Gdy ktoś staje okoniem (ale jeszcze nie ucieka) proponuję mu taki deal: „Oczywiście może pan/pani powiedzieć, że się nazywa Jan/Grażyna Kowalski/Kowalska, mi to nie przeszkadza, my robimy tylko sondę…”. To ośmiela targeta, który najczęściej podaje mimo wszystko prawdziwe dane. Teraz przychodzi kolej na „krok wielki”. Do akcji wkracza foto – o ile nie jest to Spider, bo on najczęściej wtrąca się już wcześniej. Akurat w jego przypadku jest to korzystne. Ma on bowiem niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktu z prostymi ludźmi. Dzięki niej umiejętnie rozładowuje napięcie, jakie pojawia się w chwili, gdy w polu widzenia targeta pojawia się celujący weń obiektyw. „To jeszcze kolega zrobi malutkie zdjęcie do dokumentacji” – ni to stwierdzam, ni pytam. Oczywiście większość ludzi protestuję. Czują jednak zobowiązanie konsekwencji, bo ich wypowiedź i nazwisko widnieje już w moim kajeciku. Wszystko musi rozgrywać się szybko, do póki człowiek nie ma czasu przemyśleć sytuacji. Foto zdjęcia robi na biegu, zanim target się rozmyśli. Następnie gremialnie dziękujemy ofierze za pomoc, a ja przechodzę do trzeciego, „malutkiego kroku”. „To jeszcze niech mi tylko pan/pani swój wiek poda…”. Wbrew pozorom ludzie bardzo często na tym etapie zaczynają się wycofywać rakiem. Szczególnie kobiety. Jeśli idzie ciężko, proponuję ten sam deal, co przy personaliach. Tym razem wiele osób idzie na układ…

Jak wiele jest targetów, tak wiele jest „sposobów na targeta”. Ja staram się zawsze brać ludzi na uśmiech, z jednoczesną szczyptą powagi i profesjonalizmu. Zdarza mi się też brać ich na litość. Nie lubię natomiast podejścia Małego Popierdola, który, chcąc mi zapewne pomóc, od razu wali człowiekowi w twarz, że potrzebujemy wypowiedź i zdjęcie. Naturalnie nie chodzi mu o uczciwość wobec targeta, tylko o to, by szybciej skończyć sprawę. Najczęstsze typy targetów to emeryt, młoda matka z wózkiem, kierowca za kółkiem, rodzic z dzieckiem i zwykły facet do 45 roku życia. Oczywiście zdarzają się też bardzo egzotyczne zamówienia typu „niewidomy emeryt bez lewej nogi, który nie może wejść po zepsutych ruchomych schodach z kundlem przewodnikiem i siatą zakupów”. Przy czym decydentów kompletnie nie obchodzi, w jaki szatański sposób wytrzasnę takiego targeta. Ma być, koniec i chuj! Każdorazowo przemowa motywacyjna jest podobna: „Jak to kurwa nie ma?! Tu mieszka 40 mln ludzi, na pewno gdzieś taki jest. Ruszcie dupy i go kurwa znajdźcie!” Dlatego w tej pracy bardzo przydaje się szerokie spektrum znajomych. Tu warto uściślić, znajomych, którzy zgodzą się dać sfotografować, gdy w zleceniu trafi się obstrukcja lub biegunka…

Oczywiście niepytany nigdy nie przyznaję się z jakiej jestem redakcji. Wiele indagowanych osób w ogóle o to nie pyta, co jest mi na rękę. Gdy pytanie padnie, mówię prawdę. Są oczywiście tacy, co to od razu mówią „dowidzenia” i biorą nogi za pas, gdy dowiedzą się kto i zacz jesteśmy. Są jednak i tacy, którzy z radością wrzeszczą „Super gazeta! Będę na zdjęciu, naprawdę?!”. Najczęściej są to pocieszni emeryci, którzy nagle dostają słowotoku… Target powinien dostać od nas do podpisania tzw. zgodę. Jest to dokument uprawniający nas do opublikowania jego wizerunku (i późniejsza podkładka w razie prawnych bulwersów). Najchętniej podtykałbym te zgody każdemu, bo jak cholera obawiam się wezwania z sądu (które w tej robocie są codziennością). Foto jebią mnie jednak każdorazowo, gdy sięgam po zgodę, bo obawiają się, że taregt ze wszystkiego się wycofa. Z tego punktu widzenia mają rację, bo w skali „trzech kroków”, podpisanie czegokolwiek jest dla targeta wyzwaniem równie wielkim co zgoda na zdjęcie.

„I jak poszło?” – pyta Szef, gdy powłócząc nogami wracam na zakład. Jak? Pomijając milion kilometrów po mieście z buciora i drugie tyle zaczepionych ludzi, to całkiem nieźle. Mam wszystkich z wyjątkiem księży, lekarzy, policjantów i nauczycieli. Najgorzej było z budowlańcami i golibrodami. Ci pierwsi spieprzali przed nami na rusztowania, a panie fryzjerki dały się dopaść dopiero w tysiąc siedemset trzydziestym dziewiątym odwiedzonym salonie. „Siadaj i dzwoń do związków zawodowych, a potem spisz mi wszystkich tych chujów w jednym pliku” – zarządza Szef. „Dlaczego nie możemy załatwić lekarzy i policjantów przez kontakty Pięknej?” – pytam już znad klawiatury. „Bo nie mam zamiaru nadużywać ich do tak chujowej roboty. Nie będę psuł sobie z nimi dobrych układów. Po prostu znajdź kogoś innego” – tłumaczy Wielkie Oko stojące za moimi plecami i ćmiąc fajka. „Jeszcze jakieś dobre wiadomości?” – pytam przekornie. „Tak, nie pobiję cię jeśli nie załatwisz wszystkich z listy” – mówi zupełnie poważnie i wychodzi.

Siedzę i wymyślam powody dla których ten czy tamten osobnik sympatyzuje z taką lub sraką opcją polityczną. Rozmawiając z ludźmi nie pytałem „dlaczego?”. Po pierwsze zniechęcało to rozmówców, po drugie, większość ludzi ma problem z racjonalizacją swoich decyzji. Poza tym, nikogo to de facto nie obchodzi! Prawda jest taka, że to co powie target muszę przerobić najpierw ja, potem Szef, a na koniec jeszcze centrala. Jak więc miałoby pozostać cokolwiek z jego oryginalnej wypowiedzi? Zresztą, daje sobie uciąć lewe jajo, że nie tylko w tabloidach tak się robi. Podkoloryzowanie wypowiedzi bohatera to praktyka wszystkich dziennikarzy i  to nie tylko w Grajdole! Piszę to wszystko tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś zaczepił cię na ulicy jakiś gość i zapytał czy weźmiesz udział w szybkiej sądzie…

Aforyzm Szefa na dziś:

Jestem niewyspany, więc jak chcesz mi coś powiedzieć, to używaj wielkich liter, prostych zdań i dużych odstępów.

Kręci mi się w głowie, czuję niemoc w nogach i permanentne mdłości. Drażnią mnie jaskrawe kolory, ostre światło i wszelki hałas głośniejszy niż moje własne okaleczone strzępki myśli. Czuję, jakby w mojej głowie panicznie trzepotał się ptak, który nie może się wydostać. Uparta białą mewa pustoszy mój mózg tupiąc niezwykle głośno i boleśnie. Do tego odkąd wstałem z wyra ciągle chce mi się rzygać. Obrazu żałości dopełniają wory pod oczami i bardzo powolne, posuwiste ruchy. „Co ci?” – pyta Szef zza zawalonego gazetami biurka. Wyjaśniam minimalną możliwą ilością słów, bo mam wrażenie, że zaraz pęknie mi dekiel i na wieki wieków amen zgaśnie światło. „Heheheeee! Ale zajebiście!” – cieszy się w odpowiedzi tym swoim rechotem, który zawsze budzi we mnie pozytywne emocje. „Ja też wczoraj pochlałem na mieście ale widzę, że ty ambitniej podszedłeś do tematu heheheee… Siadaj i zrób jakąś kupę na kraj, jak dasz radę”.

Nie daję rady. Siedzę, czytam te małe, uciekające mi spod palców literki i próbuję wstukać w klawiaturę jedno zdanie bez robienia przerwy na zebranie myśli. Co jakiś czas opatulam głowę ramionami i wyobrażam sobie, że to leczniczy dotyk Kaszpirowskiego lub innego Harry’ego z Tybetu. „Co ci jest?” – pyta Piękna wchodząc na zakład. W odpowiedzi podnoszę swe bolesne oblicze z blatu biurka. Moja gęba musi teraz wyglądać jak „Chrystus cierpiący” w wersji Witkacego, poprawiona przez Bosha i Daliego, bo Piękna tylko kiwa głową z politowaniem. „Obudź się już Młody, bo jest robota” – klepie mnie po ramieniu Szef.

Robota jest przejebana ale nie z tej strony, której się obawiałem. Jedziemy ze Spiderem do szpitala dziecięcego. Jakiś mały kajtek wpadł kilka miesięcy temu pod tira czy autobus. W szpitalu poskładali go do kupy jakąś ultra innowacyjną metodą. To ponoć czwarta taka operacja na świecie. Musimy zrobić zdjęcia, pogadać z lekarzem i rodzicami dzieciaka. Na szczęście ma to być materiał pozytywny, w stylu „Lekarze ocalili mi dziecko”. Trzeba jednak uważać, bo ten format bardzo łatwo niechcący zmienić na „Jak pilnowaliście dziecka, zwyrodnialcy!?”. Przynajmniej w mojej robocie, bo normalny dziennikarz nie brałby tego nawet pod uwagę. W każdym razie, z rodzicami zawsze trzeba ostrożnie… „Masz” – mówi Szef dając mi gumę do żucia. „Żebyś nie ział alkoholem biednemu dziecku w twarz heheheee”.

Pomijając cierpienie na kacu, byłem szczęśliwy jadąc na ten materiał. Moja radość wynikała z faktu, że nie muszę przy tej okazji pasożytować na czyjejś tragedii. Nie będzie płaczu matki, okaleczonego dziecka i bezradnie rozkładającego ręce lekarza. Będą uśmiechy, życzenia i ogólna radość istnienia. Radość trwała do momentu znalezienia się na oddziale…

„Ja pierdolę, kurwa mać”. Ten prostacki acz szczery akt strzelisty nie opuszczał moich myśli przez cały czas pobytu w szpitalu. Pomijam już podziwu godną plątaninę korytarzy, przejść i zakrętów którymi prowadziła nas rzeczniczka tego przybytku. (Po 45 sekundach marszu nie byłbym w stanie trafić do wyjścia i wcale nie byłaby to wina kaca!) To co zobaczyłem na oddziale totalnie mnie sparaliżowało. Dziesiątki dzieciaków, kroplówki, wózki, kule, pluszaki, kolorowanki i dziecięce rysunki na ścianach. Nagle znalazłem się w globalnym centrum niezawinionego cierpienia! Sanktuarium dziecięcego bólu przytłoczyło mnie kontrastem uśmiechniętych brzdąców i przejeżdżających korytarzem wózków i łóżek, wracających z pourazówki. Dziecięca bezbronność, radość i niewinność przeplatały się w tym miejscu z kalectwem, cierpieniem i śmiercią.

Mały Michałek nie był specjalnie zainteresowany naszymi odwiedzinami. Młodziuteńka mama natomiast chętnie z nami pogadała, choć widać było, że nie ma bladego pojęcia o tym co się wydarzyło. Ot, prosta dziewczyna z jakiejś wioski zapomnianej przez świat, ludzi i Boga. Pan doktor za to bardzo obficie raczył nas szczegółami arcyunikalnej operacji. Dokładniej mówiąc raczył nimi Spidera. Ja zajęty byłem notowaniem. Poza tym, co zauważyłem już wcześniej, pracując ze Spiderem w zasadzie tylko się mu przeszkadza. Doskonale dogaduje się z ludźmi i nigdy nie zapomina poruszyć żadnej z koniecznych kwestii. Gdyby tylko chciało mu się wszystko potem spisywać, spokojnie mógłby być samowystarczalny foto-redaktorem…

Siadam do spisywania tematu. W głowie ciągle mam obraz dziecięcego oddziału i dziewczynki z kulą, która podeszła do nas, gdy czekaliśmy na kogoś, kto wyprowadzi nas z tego szpitalnego labiryntu. „Przepraszam, a kiedy ukarze się ten artykuł o Michałku?”. Ja pierdolę! Odpędzam te myśli. Muszę się teraz skupić na odtworzeniu opowieści lekarza. Do tego co przeżyłem wewnątrz siebie wrócę wieczorem. „Młody, pojedziecie ze Spiderem w teren. Jest dziś jeszcze jedna obsługa” – komunikuje mi w międzyczasie Szef.

Choć już popołudnie, nadal mam kaca. Napierdala mnie bania i ciągle chce mi się rzygać. W tym stanie muszę znaleźć pięcioro targetów. Czworo to nie problem, piaty jest prawdopodobnie najbardziej przejebanym targetem jaki dotychczas przyszło mi robić! Mamy zrobić mini sondę dla centrali. Potrzebują dwóch targetów do kwestii „ile powinien zarabiać premier” i dwóch analogicznych do tematu, „ile powinni zarabiać posłowie”. Zaczynamy jednak od targeta do prowokacji wymyślonej przez Szefa i Antenę. Akcja polega na tym, by udowodnić, że nie sposób umówić się na spotkanie z posłami, którzy to rzekomo robią wszystko dla swoich wyborców. Zadanie z pozoru jest banalne. Trzeba znaleźć biuro poselskie określonego darmozjad i zrobić zdjęcia, jak bogu ducha winny człowiek próbuje sforsować zamknięte na trzy spusty drzwi. Problem pojawi się po dotarciu na miejsce. Biuro leży w dość odludnym miejscu na jakimś zadupiu. Do tego znajduje się w hotelu i to na pierwszym piętrze. Mało tego. Okazuje się, że jego drzwi stoją otwarte na oścież. Posła wprawdzie rzeczywiście nie ma ale upierdliwa sekretareczka pilnie odbiera wszelkich interesantów. Kurwa! Dzwonię do Szefa i pytam co dalej. „Chuj mnie to obchodzi, że jest otwarte. Zróbcie tak, by było zamknięte!” – koniec dyrektyw. Zmiana biura poselskiego naturalnie nie wchodzi w rachubę.

Kurwa, kurrrwa, kurrrrwaaaa! Stoimy przed hotelem w opustoszałej okolicy. „Nie wiem jak to zrobisz ale znajdź kogoś. I to szybko, bo nie mam zamiaru marnować tu czasu i tkwić jak jakiś chuj, by realizować czyjś zjebany pomysł” – ciska się Spider. I co teraz? Kurwa, muszę znaleźć łosia, który da się wciągnąć obcemu facetowi do hotelu, na pierwsze piętro i zgodzi się przypozwać z głupią miną do zdjęcia przy „zamkniętych” drzwiach, które de facto są otwarte! Ja pierdolę, jestem udupiony! Nie ma na świecie idioty, który by się na to zgodził… Nie pozostaje mi jednak nic innego jak ruszać na łowy.

Podbijam do pierwszego typa na przystanku. Na oko 25-letni robol z lekkim wąsikiem. Gatka standard i pytanie czy weźmie udział w sądzie na temat posłów. Od czegoś muszę przecież zacząć. Nie powiem mu od razu, że potrzebuje jelenia do fikcyjnego zdjęcia. Koleś się zgadza. Idę krok dalej. Pytam czy zgodzi się na zdjęcie. O dziwo koleżka przytakuję. Pytam wreszcie czy zdjęcie moglibyśmy zrobić w pobliskim hotelu. Facio traci zapał i wygląda jakby chciał uciekać ale po chwili namysłu mówi, że jeśli tylko nie spóźni się na autobus, to ok. Kurwa, nie wierzę! W uniżonych słowach i przymilnej gadce prowadzę go pośpiesznie do hotelu. Spider zrywa się na nasz widok i skręca obiektywy. Koleś może nam zwiać w każdej chwili. Wchodząc po schodach na piętro pytam gościa czy zdjęcie moglibyśmy zrobić przy tamtych drzwiach. Facet wzrusza ramionami i mówi „dobra”. Wszedł już za głęboko w układ, by się teraz wycofać. Spider tłumaczy mu jak i co ma udawać przed drzwiami. Koleżka domyśla się już chyba, że coś tu nie gra, ale doszedł z nami aż tu, więc głupio mu się wycofać. Pstryk-pstryk i mamy co chcieliśmy! Dziękuję gościowi i odprowadzam go na przystanek. Staram się tłumaczyć na okrętkę czemu przy drzwiach i co 15 sekund dziękuję mu, że zgodził się nam pomóc.

Ja pierdolę! Załatwiłem tego targeta pierwszym strzałem! Sam w to kurwa nie wierzę! Co za fart, że trafiłem na tego gościa. Normalnie tkwilibyśmy tu do usranej w pizdu śmierci! Entuzjazm szybko ustępuje jednak miejsca, wbijającemu się w serce jak gwóźdź, wyrzutowi sumienia. Oszukałem faceta… Zrobiłem go w jajo półprawdami, by ułatwić sobie zadanie… Ja pierdolę, czuję się jak społeczny judasz i moralna szmata bez zasad. Oszukałem bogu ducha winną chłopinę. To są właśnie chwile, w których szczerze nienawidzę tej roboty. By zaspokoić idiotyczne i apodyktyczne „pomysły zza biurka” jakiegoś barana, muszę uciekać się do matactw, kłamstw i oszustw wobec niewinnych i niczego nie świadomych osób. To zawsze sprawia, że czuję się fałszywym chujem o skorodowanym sumieniu tabloidycznej hieny! Facet myślał, że bierze udział w ulicznej sądzie. Za dwa dni zobaczy swoje zdjęcie w gazecie, jako głównego bohatera materiału na zupełnie inny temat. Moralny upadek i notowań nagły spadek, jak śpiewa Peja. Duma z poradzenia sobie z zadaniem miesza się we mnie z poczuciem kompletnej porażki. „Jak sobie Szef wymyśla takie materiały, to niech potem odbiera telefony od wkurwionych ludzi” – komentuje Spider wsiadając do gabloty. Boże, spieprzajmy już stąd. Jest mi niedobrze. Prócz standardowego kaca, męczy mnie kac moralny i wspomnienia cierpiących dzieciaków ze szpital. Niech ten dzień się już kurwa skończy…

Ufo mnie oszukałoZanosi się na to, że dziś nie będzie żadnej roboty w terenie. Siedzę na zakładzie już kilka godzin i wykonuję kolejne zlecenia kierownika tego Mordoru. Wielkie Oko, czyli Szef, zasypuje mnie drobnicą na lokal. Ocipieli tam w tej Centrali! Od trzech dni chcą po osiem szortów i pięć kup dziennie. Pisanie idzie mi wolno, bo jak zawsze rozprasza mnie ćwierkające telejajo. Ewidentnie nic się dziś w Grajdole nie dzieje, bo TVN24 od rana wałkuje te same trzy tematy. Kroję kupę z jakichś dramatycznych opóźnień remontowych przebudowywanego ronda i podwyżek na kolei. Sprokurowałem też dwa szorty o trupach. Koleś, oczywiście niechcący, zaciukał swoją kochankę pilnikiem do paznokci, a drugi zwyrol po pijaku poderżnął gardło własnej matce. Tu ważna informacja na marginesie: nie zmyślam tych wszystkich historii, jak zapewne sądzi większość z Was. Tabloidy zasadniczo nie zmyślają sobie tematów. One jedynie je wyolbrzymiają. Opowiem o tym innym razem.

„Weź no zostaw na razie tę drobnice i skończ mi ten materiał o plakatach” – przerywa mi Wielkie Oko. Muszę zatem na biegu skleić 1600 znaków na temat wyborczych ulotek, tablic, plakatów i innych śmieci. Chodzi o dowalenie po równo wszystkim politykom na raz. Całość trzeba oczywiście utrzymać w niezwykle wstrząsającym i skrajnie oburzonym tonie. Jednym słowem, wszystkie dane, fakty i informacje trzeba wyolbrzymić, rozdmuchać i przesadzić. Ot, standardowa praktyka tabloidu. Wkurza mnie jednak to, że każdy tekst zawsze buduje z tych samych 150-200 słów. Szybko, zwięźle i bez sensu. Nie mówię, że chciałbym tworzyć jakąś szarżę intelektualną ale mam już powyżej uszu tej minimalistycznej nowomowy i literackiego kąkolu, który tu produkuję. Może uda mi się jakoś rozruchać ten pancerny schemat…

„Coś ty tu Młody napisał? Co to jest kurwa Jardim Gramacho?!” – zapowietrza się Szef 15 minut później. „Śmietnisko w Brazylii, największe na świecie… nie bardzo?” – pytam, znając tak naprawdę odpowiedź względem mojego przeintelektualizowanego porównania. „Dziewczyny, wytłumaczcie Młodemu gdzie popełnił nietakt” – przewracając oczami sapie na wydechu Szef. „Dobra, dobra, wiem…” – przerywam ten rozpędzający się festiwal ogólno redakcyjnych podśmiechujek z najmłodszego stażem. „Chciałem wprowadzić trochę finezji…” – usprawiedliwiam się mimowolnie, choć doskonale wiem, że nie ma to sensu i tylko pogarsza moją sytuację. „Co chciałeś!?” – Szef wywala gały w rozbawieniu i robi głupią minę – „Powtórz no, bo chyba niedosłyszałem”. „Nie, nic…” – odpycham się nogami i dojeżdżam na krześle prosto do swojego biurka, żałując, że w ogóle otworzyłem japę. „Młody, kurwa, teraz to mnie zabiłeś. Heheheee… Ja cię proszę, ty nie zapominaj gdzie pracujesz” – rechocze za moimi plecami, szczerze ubawione Wielkie Oko.

W sumie to dziwne, że nie ma dziś żadnego wyjazdu w teren. Antena leży w szpitalu, a Małego Popierdola gdzieś wywiało. Przy takim zdziesiątkowaniu składu byłem pewien, że czeka mnie cały dzień na mieście. Tymczasem roboty jest mniej niż zwykle. Wielkie Oko filuje mi zza pleców treść ostatnich szortów i daje zielone światło. Klikam „zapisz”, „wyślij” i w sumie jest po zawodach. Gadamy trochę z Szefem przed moim wyjściem. Jest nas tylko dwóch, bo reszta już zdezerterowała do domów. (W takiej konstelacji rozmawia mi się z nim najlepiej. Gdy jesteśmy sami i nie ma przed kim mi dosrywać, łapiemy bardzo interesujący dla mnie kontakt.) Kierownik nie ukrywa, że chciałby, bym szybko określił się co do mojej przyszłości na zakładzie. Opcje są dwie: krócej (czyli pół roku) lub dłużej (rok). Jeśli szybko spasuję, może jeszcze ściągnąć ponownie Mercedes, zanim ta uwikła się w jakąś inną fuchę. Rozmawiamy też trochę o mojej bezpośredniej poprzedniczce – Patyku. Dowiaduję się dlaczego ostatecznie wypieprzyła stąd z hukiem po niespełna miesiącu. Jak nie trudno się domyślić, w podjęciu tej decyzji pomógł jej Mały Popierdol. „Zwyzywał ją od kurew na materiale i się obraziła” – z rozbrajająco szczerym uśmiechem opowiada Szef. „Sam wiesz, że z nim nie pracuje się łatwo. Ale sorry, nie będę rezygnował z jednego z najlepszych w Polsce fotoreporterów dla redakcyjnej piętnastej wody po trzecim kisielu” – dodaje.

Wychodzę. Pytam Szefa czy mogę wziąć dzisiejszy numer gazety. Chce sprawdzić ile zmienili w moim wczorajszym tekście. Przez cały dzień jakoś nie było kiedy. „A weź sobie tę szmatę. Chociaż nie wiem po co” – macha mi na „do jutra”. Chyba nie spotkałem jeszcze kogoś, kto z równym mu zaangażowaniem oddawałby się swojej robocie, a jednocześnie miał do niej tak zdrowy dystans. Przy całym swym chamstwie, Szef jest niebywale intrygującym człowiek. Więcej niż człowiekiem – osobą! Ja zaś wlokę się ulicą, otulam kapturem przed wiatrem i pogrążam w zadumie. Jak długo tu jeszcze popracuję? Sam nie wiem…

Hillary Clinton adopts alien baby„Tam się pewnie nic kurwa nie dzieje, ale idź sprawdzić” – mruczy do mnie pod nosem Mały Popierdol. Stoimy pod Urzędem Pracy. Szef wymyślił sobie, byśmy przy okazji materiału w terenie sprawdzili, czy w urzędzie są kolejki. (Ludzie w kolejce = gotowy temat!) W wejściu mijam lekko podśmierdziały margines społeczny. Zagłębiam się w obskurne korytarze i już wiem, że oto właśnie staję przed ciężkim dylematem. Ludzi jest oczywiście w pizdu! Ale wiem to tylko ja…

Zasadniczo moim przełożonym jest tylko Szef. W terenie to ja mam decydować co i jak robimy, a foto powinni mnie słuchać. Jako jednak, że są milion razy bardziej doświadczeni (i z racji tego, że mniej lub bardziej mną gardzą), to ja muszę słuchać ich. A ich imperatyw jest jeden: narobić się jak najmniej. Prowadzi to do bardzo chujowej sytuacji, w której znajduję się pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem (via dupą a sedesem)! Czemu? Ponieważ Szefowi zależy na tym, by wydusić temat ze wszystkiego. Nawet jeśli tematu de facto nie ma, trzeba kombinować tak, by powstał z niego materiał (tzw. kreowanie rzeczywistości na potrzeby gazety). Szef siedzi jednak za biurkiem na zakładzie. A w samochodzie w terenie siedzi ze mną foto. On natomiast ma wszystko gdzieś i chce jak najszybciej skończyć robotę. Dochodzi do tego, że foto tną Szefa w chuja przy każdej możliwej okazji i omijają tyle zleceń, ile się tylko da. Zaś zlecenie „sprawdźcie, czy coś się nie dzieje…” jest już najwygodniejszym do olania ze wszystkich! Zawsze można przecież powiedzieć, że nic się nie działo… Notorycznie znajduję się więc w potrzasku pomiędzy lojalnością wobec Szefa i solidarnością z foto (bezpośrednimi współpracownikami). To także potrzask pomiędzy zjebką z jednej lub z drugiej strony, bo jeśli cokolwiek się spierdoli, zawsze będzie to moja wina. Jeśli olejemy temat, a okaże się, że dało się z niego wykręcić materiał – Szefa będzie się pruł dwa dni. Jeśli się uprę i zaciągnę foto na jakieś zadupie, a żadnego materiału nie uda się tam wykręcić – mam przejebane u nich…

To jednak tylko jedna strona medalu. Lub w zasadzie tylko dwie. Jest bowiem jeszcze trzecia: moja własna! Paradoksalnie, mojego interesu nauczył mnie kiedyś Spider, i pośrednio Mały Popierdol (jeżdżąc po mnie jak po burej suce). Jaki jest sens dodawania sobie roboty? Może uda się namierzyć gdzieś przy okazji grubszy temat ale, po pierwsze: jest to mało prawdopodobne, po drugie: co z tego wyniknie? Odpowiedź jest równie prosta co druzgocząca – nic! Jakikolwiek temat wymyślę, muszę przecedzić go przez sito tabloidycznej formy. Efekt? Koniec końców napiszę takie samo gówno jak zawsze. Nie warto się dla niego narażać na ryzyko zjebki od foto, przy wyjątkowo cherlawym prawdopodobieństwie pochwały od Szefa. Prawda jest taka, że na dyskretnie olanym temacie nikt nie jest stratny! Ja nie, bo przecież pracuje w tabloidzie, więc nie czuję, bym przy takiej okazji mógł stracić potencjalne opus magnum działalności dziennikarskiej. Foto nie, bo raz, że i tak mają to wszystko w dupie i najchętniej wrócili by już do redakcji oglądać filmy i klipy na youtube, a dwa, że taki temat dołoży im jedynie roboty. Szef też nie, bo bez problemu wymyśli inny materiał, który zrealizuję przy użyciu googli i telefonu. Jednym słowem: poco dodawać sobie roboty, skoro nikt tego nie doceni, zjebka jest bardzo prawdopodobna, a brakujące 1300 znaków w gazecie bez trudu wypełni się materiałem „zza biurka”?

„Ni chuja, nic się tam nie dzieje” – melduję Małemu Popierdolowi wsiadając do samochodu. „Wiedziałem… bez sensu o tej porze tu przyjeżdżać” – burczy pod nosem foto. Zjeżdżamy z powrotem na zakład…