Antoś, przepraszam, że cie uprałamSytuacja jest napięta jak plandeka od żuka. Dziś ogólnopolski dzień kundelków – święto które kompletnie wali wszystkich normalnych ludzi. Czyli nie naszą centrale. Żeby było lepiej, te ciule najwyraźniej o dniu burka zapomniały, bo na gwałt zlecają przygotowanie materiału. Szef, wkurwiony jak sto pięćdziesiąt, bo roboty na zakładzie nie brakuje, wysyła mnie i Spidera na miasto. Mamy czym prędzej znaleźli babę z kundlem do zdjęcia. Jest 11:30 i to tu właśnie, za przeproszeniem, leż pies pogrzebany.

„Gdzie my o tej porze, do kurwy nędzy, znajdziemy kobite z kundlem?” – Spider zastanawia się na głos z miną kogoś, kto ogląda gówno w które właśnie wdepnął. W naszym zadaniu istnieje zasadnicza trudność, która polega na tym, że właścicielka psa musi być młoda i ładna. O tej porze wszystkie młode laski, bez względu na to czy są ładne czy brzydkie, siedzą w pracy albo na zajęciach. Jeśli ktokolwiek spaceruje z psem po mieście w samo południe, to musi być emerytem, inwalidą, ewentualnie bezdomnym lumpem. Patrolujemy pierwszy z brzegu park, dwa deptaki i kilka skwerów. Nie jest nawet tak źle, bo spotykamy jakieś psy. Niestety, żaden z nich nie jest kundlem, a właścicielom zgolenie wąsów też by nie pomogło w udawaniu kobiety. Co dopiero młodej, o ładnej nie wspominając! Jedziemy do największego parku w mieście. Absurd tego zlecenia sprawia, że czuję się jak ciota. Spaceruję alejkami parku z drugą, tak samo jak ja bezradną cipą, i aferujemy się wypatrzonymi psami! Dlaczego nikt nie mógł wpaść na ten przezajebisty pomysł dzień wcześniej? Przecież wszyscy (których to kurwa interesuje) wiedzą, kiedy jest dzień kundelka! Ustawiłoby się kogoś znajomego z psem i pozamiatane. Spider ciska się tym bardziej, że sam zna się co nieco na tych łażących pchlich koloniach i ma sporo znajomych z czworonożnymi pasożytami. Teraz te znajomości zdadzą się psu na budę. A zegar tyka, tik-tak, tik-tak…

Robimy drugie kółko, a Szef dzwoni trzeci raz z ponagleniem. „Macie tego psa?” – pyta. „Chuja mamy a nie psa! Jest środek dnia i, wyobraź sobie, wszyscy tu chodzą z psami. Całe kurwa miasto psów!” – wyzłośliwia się Spider. Niema innego wyjścia, musimy oddzielnie znaleźć burka i dziewczynę. Najgorsze jest to, że nigdzie nie widać nawet porządnego kundla. Same rasowe bydlęta spacerujące ze swoimi podstarzałymi karmicielami. „Dup jest sporo, psów też trochę, ale ani jednej dupy z psem” – filozoficznie zauważa Spider. Wreszcie nadarza się coś, co z przymrużeniem oka można by nazwać kundlem. Jest mały, ma kolor parówki i szwenda się w okolicy mamroczącego do siebie dziadygi. Jest pies, teraz trzeba znaleźć dziewczynę, która zgodzi się wziąć na ręce tego wypożyczonego od mamrota pimpka i udawać, że bardzo go kocha. Wleczemy się kilka metrów za dziaduniem, który co i rusz sięga po skitranego w reklamówce browarka i nagabujemy mijane dziewczyny na zdjęcie z pokracznym pikusiem. Jestem zszokowany, że żadna nie ma ochoty…

„Patrz! Jest dziewczyna z kundlem!” – Spider aż podskakuje z wrażenia. Bierzemy ją na litość. Już pal licho z wypowiedzią, byle dała się sfotografować z tym swoim łażącym dywanem, którego prowadza na smyczy. Babka daje się naciągnąć na zdjęcie ale pojawi się little problem: pies, choć ciapek, nie jest kundlem, a ona, obejrzana z bliska, wcale nie wydaje się młoda. Trudno, darowanym zębom się w konia nie patrzy! Zawijamy na zakład, a Spider po drodze dzwoni do redaktora wydania, popisując się mistrzostwem dyplomacji i marketingu. Udaje mu się przepchnąć tę 43 letnią babkę z borderem collie!

„Zajebiście” – kwituje moją opowieść Szef. „A teraz siadaj i pisz na biegu litery do tych psów” – dodaje. O nie! Tego się właśnie obawiałem. To jeszcze nie koniec męczarni z jebanym kundlem w tle! Nie dość, że czasu mało, to jeszcze 1800 znaków – czyli duży materiał. Ja pierdzielę… 1800 znaków to niewiele, ale nie jeśli trzeba utrzymać całość w określonej, „silnej” stylistyce, a tym bardziej nie wtedy, gdy się nie ma bladego pojęcia o temacie. Więc siadam i pisze. Sprawdzam co piszą o kundlach w necie, dzwonię do jakiegoś schroniska w poszukiwaniu inspiracji, próbuję przypomnieć sobie jakieś biologiczne ciekawostki ze szkolnych czasów. Szef co jakiś czas szturcha mnie poganiaczami w stylu „Już?”, „Jak ci idzie?”, „Ile masz?”. To się nazywa gówniana robota pod silną presją czasu.

Wpadają jakieś dwie babki z tortem i śpiewają Szefowi sto lat. Kurwa, co jest grane? Aaa! To z okazji urodzin jakiegoś tam centrum handlowego. Zawsze przynoszą mu wtedy słodycze, bo mają nadzieję, że napiszemy o nich coś z tej okazji. Szef bierze „łapówki” poczym nie piszemy o sprawie ani słowa. Standard ale słodycze przynoszą nam dalej. „Częstujcie się” – mówi do nas, gdy dziewuszki wychodzą. „Ty nie chcesz?” – pyta Piękna. „W życiu! To gówno ma z milion kalorii” – oburza się Szef.

Antena i Piękna zawinęły się już na chatę. Ja siedzę nad drobnicą. Cały dzień zmarnowany na święto jebanych burków, ciapków, murzynów albo innych azorów, czy jak tam te stare krowy wołają na te swoje kundle, nie zwalnia mnie z mojego zawszonego obowiązku wystukania odpowiedniej ilości kup i szortów. Szef, siedzący za moimi plecami trajkocze przez telefon z kumplami z centrali. Ostatnio mieli jakieś grube balety i widzę, że Szef nie pamięta całej imprezy. Sonduje teren, by sprawdzić czy nie narobił jakiejś poruty. „Nie, to zajebiście, wszystko OK. Tak mi się wydawało, bo wiesz, jakbym narobił bydła, to bym sobie po dwóch dniach przypomniał. Tak już mam”. Jego rekonstruowanie imprezy za pomocą znajomych jest tak samo zabawne co żałosne. „To pamiętam. Pamiętam też że spałem na barze. No… A! Te akcję też pamiętam. Spoko, bałem się, ze zrobiłem coś gorszego” – rechocze tym swoim, rozbrajającym mnie, skrzekiem starej ropuchy. Uwielbiam tego gościa! Bez kitu! „Tylko nie mogę dojść, kiedy sobie te spodnie tak upierdoliłem sokiem porzeczkowym czy czymś takim. No mówię ci stary mam takie plamy na gaciach jakbym się kurwa tarzał gdzieś pod stołem” – mało nie parskam śmiechem na te słowa.

Kończę robotę. Zbieram się do wyjścia i ugaduję z zarządcą tego Mordoru jutrzejszą wachtę. Chce przyjść nieco później. Muszę odstawić trochę pańszczyzny na uczelni. „Aaaa!” – reflektuje się Szef. „Mam tu esa do ciebie: Przekaż Młodemu podziękowania od chujów z centrali. Bardzo dobry tekst”. „Dzięki. Umierałem przy tym tekście o burkach” – przyznaję. „Hehehee… Czekają cię jeszcze gorsze. Ale serio, bardzo dobry teks. Ten ostatni też”. Przybijamy pionę i wychodzę.

Aforyzm Szefa na dziś:

Co za życie. Czas umierać. Chyba się napiję dla odmiany.