Tag Archive: praca


Pieniądze

zdradził szatana dla pieniędzySłyszę czasem różne dziwne historie o tym, ile to zarabiają redaktorzy tabloidów. Cóż, akurat w tym temacie rzeczywistość zatrudniającego mnie Mordoru nic a nic nie różni się od typowych dla Grajdoła realiów. Jak wszędzie, krawaty ze szczytów zakładowych list przebojów, zarabiają niebotyczne stawki. Natomiast ja, będąc na samym końcu tego finansowego łańcucha pokarmowego, czuję się jak zapasowy chuj na weselu!

Stukam swoje kupy i szorty. Nieśpiesznie, bo dziś nie ma ciśnienia. Leniwy dzień, żadnych akcji terenowych ani większych materiałów. Co jakiś czas, gdy widzę, że Szef pogrąża się w studiach nad annałami swojego Facebooka, zapuszczam żurawia do Interenetu w poszukiwaniu ofert pracy. Nie ukrywam przed nikim, że szukam innej lub drugiej roboty, bo płacą mi tu delikatnie mówiąc wąziutko…

Finansowo jestem tu na absolutnie końcowym końcu listy płac. Zarabiam 1500 zł netto. Wszystko oczywiście na mocy umowy o dzieło, bo jakżeby przecież inaczej? Nie byłaby to dla mnie zła stawka, gdybym dostawał ją 2-3 lata temu. Niestety, wówczas byłem na etapie pedalskich periodyków studenckich, które na rozkładzie powinienem mieć kolejne 2-3 lata wcześniej. To smutna reguła mojego życia – ze wszystkim spóźniam się 2-3 lata. Kurwa… Wracając do płac, trzeba przyznać, że cała działka tzw. dziennikarstwa prasowego staje się coraz bardziej jałową glebą. Tego typu media przeżywają od jakiegoś czasu głęboką zapaść rynkową i mam wrażenie, że jeszcze nie osiągnęły dna, więc może być tylko gorzej.

Jak zarabiają inni na zakładzie? Najlepiej stoi oczywiście Szef. Przytula 6 patyków. Prawda jest jednak taka, że siedzi w tej branży 12 lat i zna się na niej jak Einstein na fizyce! Co więcej, rok temu zdekapitowano mu płace o okrągły tysiak. W tym roku prawdopodobnie będzie tak samo. Why? „Bo pierdolony inwestor traktuje nas jak kolonizowanych murzynów! Gospodarczo firma jest stabilna i nie ma potrzeby obcinania jej budżetu. Ciecia służą temu, by mieć tyle samo z mniej, co jest najlepszym przykładem traktowania nas jak zdobyczne bydło!” – irytuje się Szef, gdy rozmawiamy o finansach. Jego odpowiednik, powiedzmy z Niemiec czy Anglii, zarabia jakieś piec razy tyle, ma służbową gablotę i po 8 godzinach pracy rzuca wszystko w pizu i idzie do domu.

Nieco niższą stawkę niż Szef przytula Antena. Ile dokładnie? Przyznam się że nie wiem, ale zgaduję, że ponad 3 kafelki. W sytuacji równie padaczkowej co ja znajduje się natomiast Piękna. Zarabia 2300 po ładnych kilku latach doświadczenia, z tym że jest dużo starsza ode mnie. Niedawno próbowała pertraktować podsypkę z krawatami ze szczytu. Sprawę postawiła bardzo blisko krawędzi noża. Co usłyszała? „Jeśli musisz odejść, to bardzo nam przykro ale proszę bardzo”. Piękna podobnie jak ja rozgląda się za inną robotą. Ona za wszelką cenę chce jednak pozostać w branży. A ta jest wyjątkowo już wyeksploatowana. „Ukochana gazeta wszystkich polaków” (do niedawna) płaci 2500 redaktorom z 10-letnim stażem! Kierownik największego działu naszego lokalnego konkurenta nie zarabia więcej niż 3 klocki… Najlepsze jest to, że Szef, Antena i Piękna tworzą prawdopodobnie jedną z najlepszych drużyn w tej firmie! Nie dalej jak dwa dni temu Szef przytaczał Pięknej swoją rozmowę z centralą „Rozmowa zakończyła się stwierdzeniem, tu cytuję: Ale masz w pytę zespół!” – przyznał rozbawiony. „Konsekwencje związane z tym stwierdzeniem, nie zaszły” – dodał rechocząc. W niewiele lepszej sytuacji ode mnie była dziewczyna, na której miejsce bezpośrednio wskoczyłem. Zarabiała 1800 kapsli na rękę ale wypełniając weekendowe dyżury, z których ja jestem zwolniony… oficjalnie.

„Siemano!” – wita się ze wszystkimi Mercedes. „Ooo! A niech mnie chuj strzeli!” – cieszy się Szef na jej widok. Mercedes pracowała tu za te same pieniądze co ja, gdy zdezerterowałem na trzy miesiące. Idą z Szefem na petko do kanciapy foto. Właśnie! Foto! To są goście, którzy w tym burdelu zarabiają naprawdę niezłą walutę! Jeśli ktoś, spoza kierownictwa, w tabloidach zarabia dobre pieniądze, to właśnie fotoreporterzy. Wprawdzie płacą im tylko od wykorzystanych zdjęć ale nie jest to zły układ. (W tym względzie też nie mogę narzekać, bo moja wypłata wprawdzie zależy od wierszówki – tego ile napiszę, ale Szef i centrala manipulują nią w taki sposób, że choćbym przez miesiąc nie napisał słowa, zawsze dostanę tyle samo). Jeszcze dwa lata temu foto zarabiali po 7-8 tysiaków! Teraz obcięli im stawki za zdjęcia o ok. 35-40%. Dziś wyciągają po 4-4,5 klocka. Szeleszczą na taką płacę, bo muszą z niej pokryć koszty wyjazdów na materiały, sprzętu i ZUS ale ja nie obraziłbym się na taką wypłatę. Tym bardziej, że siedzą na zakładzie tylko do 12-13, a potem działają ewentualnie na telefon! Kurwa, grzech narzekać na taką pracę! Oni mają jednak inne zdanie na ten temat – zapewne dlatego, że pamiętają czasy, gdy płacono im 300 zł za jedno zdjęcie! Nawet za targeta! Obłędna stawka!

„Trzymaj się i wpadaj do nas często!” – uradowany Szef żegna Mercedes. Siada za biurkiem i po chwili odzywa się do mnie „Młody, pamiętaj, że gdybyś znalazł coś innego, Mercedes bardzo chętnie wskoczy na twoje miejsce”. „Domyślam się” – mruczę tak, by kapnął się, że stawia mnie w dość chujowej sytuacji. „Nie żebym cię namawiał do odejścia” – reflektuje się. „Po prostu chce żebyś wiedział, że nie musisz mieć skrupułów, gdybyś chciał stąd wypierdalać.” Oj chętnie bym stąd wypierdalał i to naprawdę bez najmniejszych skrupułów – myślę sobie, wspominając jednocześnie wczorajszy wieczór. Spotkałem się ze znajomym na browara. Facio jest w moim wieku, skończył licencjat z jakiegoś gówna i zaczął pracować jako kierownik magazynu w firmie informatycznej. Teraz jest w niej informatykiem: garnie 4,5 kafla (drugie tyle dostaje za pracę w delegacjach, gdzie opłacają mu podróż, hotele, żarcie, dostaje służbową furę i jedyne na co wydaje to alkohol) i twierdzi, że to słabo jak na jego możliwości. Słuchając tego po trzecim piwie myślałem, że pójdę do kibla i popełnię samobójstwo waląc głową w klozet!

Siedzimy w milczeniu dłuższy czas. Słychać tylko stukanie w klawiatury. „Wiesz…” – przerywa milczenie Szef – „Powiem ci z perspektywy 12 lat doświadczenia, że takie zajebiste strzały jak ty i Mercedes zdarzają się naprawdę rzadko. I nie chodzi mi tu tylko o tabloidy ale o całą branże”. Kiwam głową w zamyśleniu, z miną jakby mi ktoś wsadził do mordy pół cytryny. Fajnie, tylko co z tego, skoro temu krajowi jesteśmy potrzebni jak ślepemu świerszczyki?

Dzień stachanowca

Czuję się jak maratończyk, któremu ktoś ukradł metę sprzed nosa i kazał biec cały dystans jeszcze raz. Są takie dni, które zwyczajnie nie mają końca. Gdy się już zaczną, nie sposób dobrnąć do finiszu. Usilnie zamykam i otwieram oczy ale ten dzień jest, jest i ciągle nie chce się gnój zakończyć!

Na dobry początek dostaję obsługę w terenie. Trzeba przysłuchać się jakiejś konferencji prasowej, na której urzędnicy chwalą się osiągnięciami. Zanim jednak pojadę szukać dziury w całym, odbieram zjebkę od Małego Popierdola. Nie wysłałem mu mailem opisów do wczorajszych zdjęć. Jakoś nie przypominam sobie, by mi o tym wspominał. Trudno, a bo to pierwszy raz mnie łaja? Ruszamy do magistratu. W samochodzie atmosfera taka jak zazwyczaj, czyli milcząca. Konferencja jest krótka – dla nas, bo Mały Popierdol robi na biegu zdjęcia notabli futrujących ciastka i temat gotowy: „Władza opycha się za nasze pieniądze!”. Notuję kilka zdań zasłyszanych w harmidrze rozmów i zjeżdżamy na zakład. Siadam do kompa i kończę przegląd prasy. Szef siedzi za biurkiem niczym Szeloba w swojej pajęczynie i strzela we mnie kolejnymi zleceniami. Dziś pracujemy tylko we dwóch, więc roboty mam po pachy. „Młody, dwaj jakieś kupy na kraj i cztery szorty na lokal!” Zwijam się jak mogę. „Jeszcze sześć kup na lokal!” Napieprzam w klawiaturę jak opętany. „Przerwij to i pisz mi szybko ten tekst z wczoraj, o tych remontach!” Cieknie ze mnie jak ze starej kurwy, a Szef co i rusz dokłada do pieca. Sprawdź to, znajdź tamto, wydzwoń tamtego! „Dobra zostaw to na razie. Bierz Spidera i jedźcie na miasto, potrzebuję trzy targety”.

Trzy targety zajmują nam półtorej godziny. Bynajmniej nie z powodu ich oporu. Spiderowi siadły zamki w samochodzie i musimy ładować się do środka przez bagażnik! Wygląda to komicznie i tylko czekam, aż ktoś wezwie straż miejską. Po powrocie spisuję zeznania ofiar i wracam do mojej listy zadań. Powinienem dostać tytuł przodownika pracy, bo wyrabiam dziś z 500% normy, a czuję, że to jeszcze nie jest koniec. Gdy tylko skończę jakieś zlecenie, Szeloba oplata mnie kolejną pajęczyną zobowiązań. „Młody, fajnie by było gdybyś mógł dziś posiedzieć dłużej” – bardziej mnie informuje niż pyta Szef. „Musze wyjść, a ktoś musi tu siedzieć, aż centrala skończy rysowanie gazety” – tłumaczy. Kiwam głową, wiedząc, że opór jest bezcelowy. „Powinni skończyć gdzieś pomiędzy 18 a 20. Po prostu siedź tu i filuj na podglądzie wydania czy wszystko gra. Ewentualnie będą dzwonić, za jakąś dodatkową kupą czy szortem”.

Kończę tekst o remontach i od razu spada na mnie następny – z dzisiejszej konferencji. „1600 znaków skandalizującego materiału o nieróbstwie urzędników, Młody. I wyjdźcie jeszcze raz na miasto ze Spiderem zrobić target do tego. Najlepiej wkurwionego dziadka lub babę z dzieckiem” – komenderuje obersturmbannführer Szeloba! Kurwa, zapierdalam dziś jak murzyn na posyłki, a ten tylko siedzi za biurkiem! Spider oczywiście marudzi, bo chce już zawijać się do domu. Tym bardziej, że przed firmą ma samochód, którego nie może zamknąć i do którego mus wsiadać przez bagażnik.  Idziemy ostatecznie zapolować jeszcze raz tego dnia. Na szczęście targeta dojeżdżamy szybko. Ludzie lubią narzekać na władzę i urzędników, bo wiedzą, że cokolwiek wymyślą, trafią w punkt. Urzędnicy to cel wielki jak stodoła, w który nie sposób chybić uwagami. Robimy więc pięknego emeryta grożącego burżujskim nierobom laską.

„Młody, kurwa, myśl trochę! Tysiąc razy powtarzam: robić speakouty pod tekstem! Kurwa!” – Szef wita mnie kolejną dziś zjebką. Mea culpa, w tym natłoku zleceń zapomniałem o speakoucie pod tekstem o remontach. Speakout to wypowiedź, targeta lub urzędnika, którego zdjęcie znajdzie się obok tekstu. Co dzieje się potem? No co? Oczywiście dostaję następny tekst do napisania! Dziś chce mi się już rzygać od pisania… Siadam do wstrząsającego materiału o remontowanym dworcu i zaczynam mrugać oczami, z nadzieją, że uda mi się przyspieszyć koniec tego dnia.

Mały Popierdol wychodzi wyjątkowo późno jak na niego. „W imię ojca, syna i Arka Gdynia!” – warczy na pożegnanie. „Kurwa świnia!” – odkrzykuje mu Szef, który kończy swoją szychtę. A idźcie wszyscy w pizdu! Dostaję pakiet dyrektyw na wszelkie okoliczności i zostaję na zakładzie sam. Wyłączam wszystkie ćwierkające odbiorniki, od których puchnie mi kora mózgowa. Dobranoc TVN24, goodbye RMF24 etc. Robi się cicho, słychać tylko szum wiatraczka w komputerze. Jestem zmęczony i czuję się wymiętolony jak stara ściera. Najchętniej walnąłbym w kimono. Ale zdejmuję tylko buty i spaceruję boso w kółko po redakcji. Od siedzenia za biurkiem plecy jebią mnie jak starego ramola. Co jakiś czas podglądam rysowanie gazety w centrali. Postanawiam sprawdzić, co (prócz ton gazet i papierów) kryją redakcyjne szafach. O kurde! Czego tu nie ma! Sanki, szpachelka murarska, fartuch lekarski, pacynki, kręgle drogowe i dziesiątki innych gratów. Wszystko przywleczone oczywiście na potrzeby zdjęć terenowych. Wszędzie poupychane są też zepsute aparaty telefoniczne. Znalazłem ich chyba z osiem. Wreszcie dzwoni centrala. Pytają czy wszystko na podglądzie wszystko się zgadza. A i owszem, wszystko gra. Czekam jeszcze 15 minut na wszelki wypadek i opuszczam ten Mordor. Jest 19:30. Dziś to ja gaszę światło i zamykam drzwi tego burdelu…

Aforyzm Szefa na dziś:

Czy Beata Kozidrak i zespół Bajm mogliby uczynić mi przysługę i umrzeć, uschnąć, oblać się kwasem lub zwyczajnie ochujeć? Jednym słowem: rozpaść się już w próchno ze starości i wypierdalać ze sceny? Jak długo oni, Perfect, Budka Suflera i reszta tych starych chujów ma zamiar jeszcze istnieć!? To zwyczajnie nie fair… zwyczajnie nie fair!

Targety

nie śpię bo trzymam kredensCzyli mój niemalże codzienny, zasrany obowiązek. Zazwyczaj nie ma z nimi większego problemu, czasem jednak potrafią zepsuć człowiekowi cały dzień! Jeśli mogę sobie pozwolić na poetyckie porównanie, to powiem, że targety są jak defekacja. Normalna, codzienna procedura, ale jeśli trafi się obstrukcja lub biegunka – Krzyż Pański! Co to takiego ten target? W ponad 150-letniej historii tabloidów nie zmieniły się, i zapewne nigdy nie zmienią, tylko dwie rzeczy: gra na emocjach i apoteoza prostego człowieka. Owa apoteoza jest oczywiście bardzo instrumentalna, a targety są jej najlepszym przykładem. Target to nic innego, jak prosty człowiek z ulicy, wypowiadający się na jakiś temat. Tylko tyle, i aż tyle!

„To jest najbardziej przejebana robota jaka tylko może być i nie ukrywam, że zwalę ją na ciebie” – mówi Szef wręczając mi kartkę z, zapowiadanym od dwóch dni jako Armagedon najwyższego stopnia, zadaniem. „Bierzcie się ze Spiderem do roboty, macie na to dwa dni”. Misja to znalezienie 22 targetów do ogólnonarodowej sondy na temat sympatii politycznych. Oczywiście nie możemy wziąć pierwszych z brzegu dwóch tuzinów ludzi. Dyrektywa z centrali jest bezlitosna. Mamy znaleźć po dwie sztuki: emerytów, nauczycieli, studentów, fryzjerów, księży, policjantów, urzędników, budowlańców, lekarzy, sekretarek i rolników! Reakcję Spidera przytoczę jedynie w matematycznym skrócie: „kurwa mać” x250, „pojebało ich” x120, „popierdolone pomysły zza biurka” x70, „mam to w dupie” x45 i „małe, głupie cweliki” x17 (plus x3 „czemu zawsze pada na mnie?”).

Księży, za aprobatą Szefa, wykreślam z listy od razu. Stawiam kija przeciw gołej dupie, że jednego szukałbym tydzień! Policjantów, nauczycieli i lekarzy odstawiam na jutro. Spróbuję ustawić ich poprzez związki zawodowe. Ruszamy w miasto polować na resztę…

Gdy normalny dziennikarz zbiera materiały do artykułu, bardzo cennymi cegiełkami w tej budowli są ciekawe wypowiedzi zwyczajnych ludzi z którymi rozmawia. Natomiast dziennikarz tabloidu (tylko jako didaskalia odnotuję pytanie, czy dziennikarz tabloidu rzeczywiście jest dziennikarzem?) tak naprawdę ma głęboko w dupie to, co mówią ludzie z ulicy, których indaguje. Dziennikarz tabloidu nie potrzebuje ich wypowiedzi (bo sam je wymyśli). On potrzebuje ich zdjęcia! To, o co naprawdę chodzi w targetach to zdjęcie! Jeżeli interlokutor zgodzi się na fotkę – jesteśmy w domu i reszta jest nie ważna.

W praktyce wygląda to tak. Podbijam do ofiary i próbuję nawiązać rozmowę. Foto trzyma się z tyłu, by nie wystraszyć jej obiektywem. (To dzisiejsze realia. Jeszcze parę lat temu było tak, że foto nie czekał na jakąkolwiek łączność pomiędzy redaktorem, a targetem. Cykał zdjęcie gościowi na chama – bez pytania, zgody i jakiejkolwiek wazeliny. Na szczęście dla ludzkości, a na nieszczęście dla foto, te czasy już minęły.) Najskuteczniejsza gatka zaczepna, to przedstawienie się jako dziennikarz przeprowadzający sondę. Tu pada telegraficzny skrót tematu i pytanie, co pan/pani o tym sadzi. Najczęściej jest tak, że jeśli ktoś nie karze mi spadać w ciągu pierwszych 5 sekund rozmowy, udaje się go naciągnąć na wypowiedź. (Zdjęcie to odrębny rozdział w tej krótkiej historii). Ludzie, jeśli tylko się nie spieszą, chętnie biorą udział w sondach, bo (1) daje im to poczucie ważności; (2) mogą wyładować swoją frustrację na polityków/urzędników/sąsiadów/cały świat; (3) myślą, że pozostają przy tym anonimowi. Opinię targeta pobieżnie notuję sobie w kajeciku. Jeśli nie odpowiada złożonemu przez Szefa zamówieniu, staram się lekko naprowadzić ofiarę na „właściwe” tory. (Kiedyś o tym opowiem ale trzeba ci już teraz wiedzieć, drogi czytelniku, że biorąc się za temat, nie mam przedstawić rzeczywistości, tylko zrealizować ustalone przez Szefa lub centralę założenie. Dlatego zawsze dostaję zamówienie na konkretnego targeta, typu: „wkurwiony na dziury kierowca”, „wkurwiona na urzędników baba z dzieckiem”, „wkurwiony na służbę zdrowia emeryt”). 3/4 targetów musi być na coś wkurwionych. Pozostała 1/4 to hura optymiści, zachwyceni jakimś aspektem. Tak czy siak, muszą pozostawać skrajnie wyraziści. Zakładając, że ofiara zgodziła się na wypowiedź, rozpoczyna się najtrudniejsza część zadania, która składa się z trzech poziomów: zdobycie personaliów targeta, jego wieku i zdjęcia. Najważniejsze jest oczywiście zdjęcia. To sedno sprawy. Zaczynam jednak od nazwiska. Kieruję się taktyką „duży-wielki-malutki krok”. Ludzie mają oczywisty opór przeciwko podaniu swoich personaliów. Gdy ktoś staje okoniem (ale jeszcze nie ucieka) proponuję mu taki deal: „Oczywiście może pan/pani powiedzieć, że się nazywa Jan/Grażyna Kowalski/Kowalska, mi to nie przeszkadza, my robimy tylko sondę…”. To ośmiela targeta, który najczęściej podaje mimo wszystko prawdziwe dane. Teraz przychodzi kolej na „krok wielki”. Do akcji wkracza foto – o ile nie jest to Spider, bo on najczęściej wtrąca się już wcześniej. Akurat w jego przypadku jest to korzystne. Ma on bowiem niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktu z prostymi ludźmi. Dzięki niej umiejętnie rozładowuje napięcie, jakie pojawia się w chwili, gdy w polu widzenia targeta pojawia się celujący weń obiektyw. „To jeszcze kolega zrobi malutkie zdjęcie do dokumentacji” – ni to stwierdzam, ni pytam. Oczywiście większość ludzi protestuję. Czują jednak zobowiązanie konsekwencji, bo ich wypowiedź i nazwisko widnieje już w moim kajeciku. Wszystko musi rozgrywać się szybko, do póki człowiek nie ma czasu przemyśleć sytuacji. Foto zdjęcia robi na biegu, zanim target się rozmyśli. Następnie gremialnie dziękujemy ofierze za pomoc, a ja przechodzę do trzeciego, „malutkiego kroku”. „To jeszcze niech mi tylko pan/pani swój wiek poda…”. Wbrew pozorom ludzie bardzo często na tym etapie zaczynają się wycofywać rakiem. Szczególnie kobiety. Jeśli idzie ciężko, proponuję ten sam deal, co przy personaliach. Tym razem wiele osób idzie na układ…

Jak wiele jest targetów, tak wiele jest „sposobów na targeta”. Ja staram się zawsze brać ludzi na uśmiech, z jednoczesną szczyptą powagi i profesjonalizmu. Zdarza mi się też brać ich na litość. Nie lubię natomiast podejścia Małego Popierdola, który, chcąc mi zapewne pomóc, od razu wali człowiekowi w twarz, że potrzebujemy wypowiedź i zdjęcie. Naturalnie nie chodzi mu o uczciwość wobec targeta, tylko o to, by szybciej skończyć sprawę. Najczęstsze typy targetów to emeryt, młoda matka z wózkiem, kierowca za kółkiem, rodzic z dzieckiem i zwykły facet do 45 roku życia. Oczywiście zdarzają się też bardzo egzotyczne zamówienia typu „niewidomy emeryt bez lewej nogi, który nie może wejść po zepsutych ruchomych schodach z kundlem przewodnikiem i siatą zakupów”. Przy czym decydentów kompletnie nie obchodzi, w jaki szatański sposób wytrzasnę takiego targeta. Ma być, koniec i chuj! Każdorazowo przemowa motywacyjna jest podobna: „Jak to kurwa nie ma?! Tu mieszka 40 mln ludzi, na pewno gdzieś taki jest. Ruszcie dupy i go kurwa znajdźcie!” Dlatego w tej pracy bardzo przydaje się szerokie spektrum znajomych. Tu warto uściślić, znajomych, którzy zgodzą się dać sfotografować, gdy w zleceniu trafi się obstrukcja lub biegunka…

Oczywiście niepytany nigdy nie przyznaję się z jakiej jestem redakcji. Wiele indagowanych osób w ogóle o to nie pyta, co jest mi na rękę. Gdy pytanie padnie, mówię prawdę. Są oczywiście tacy, co to od razu mówią „dowidzenia” i biorą nogi za pas, gdy dowiedzą się kto i zacz jesteśmy. Są jednak i tacy, którzy z radością wrzeszczą „Super gazeta! Będę na zdjęciu, naprawdę?!”. Najczęściej są to pocieszni emeryci, którzy nagle dostają słowotoku… Target powinien dostać od nas do podpisania tzw. zgodę. Jest to dokument uprawniający nas do opublikowania jego wizerunku (i późniejsza podkładka w razie prawnych bulwersów). Najchętniej podtykałbym te zgody każdemu, bo jak cholera obawiam się wezwania z sądu (które w tej robocie są codziennością). Foto jebią mnie jednak każdorazowo, gdy sięgam po zgodę, bo obawiają się, że taregt ze wszystkiego się wycofa. Z tego punktu widzenia mają rację, bo w skali „trzech kroków”, podpisanie czegokolwiek jest dla targeta wyzwaniem równie wielkim co zgoda na zdjęcie.

„I jak poszło?” – pyta Szef, gdy powłócząc nogami wracam na zakład. Jak? Pomijając milion kilometrów po mieście z buciora i drugie tyle zaczepionych ludzi, to całkiem nieźle. Mam wszystkich z wyjątkiem księży, lekarzy, policjantów i nauczycieli. Najgorzej było z budowlańcami i golibrodami. Ci pierwsi spieprzali przed nami na rusztowania, a panie fryzjerki dały się dopaść dopiero w tysiąc siedemset trzydziestym dziewiątym odwiedzonym salonie. „Siadaj i dzwoń do związków zawodowych, a potem spisz mi wszystkich tych chujów w jednym pliku” – zarządza Szef. „Dlaczego nie możemy załatwić lekarzy i policjantów przez kontakty Pięknej?” – pytam już znad klawiatury. „Bo nie mam zamiaru nadużywać ich do tak chujowej roboty. Nie będę psuł sobie z nimi dobrych układów. Po prostu znajdź kogoś innego” – tłumaczy Wielkie Oko stojące za moimi plecami i ćmiąc fajka. „Jeszcze jakieś dobre wiadomości?” – pytam przekornie. „Tak, nie pobiję cię jeśli nie załatwisz wszystkich z listy” – mówi zupełnie poważnie i wychodzi.

Siedzę i wymyślam powody dla których ten czy tamten osobnik sympatyzuje z taką lub sraką opcją polityczną. Rozmawiając z ludźmi nie pytałem „dlaczego?”. Po pierwsze zniechęcało to rozmówców, po drugie, większość ludzi ma problem z racjonalizacją swoich decyzji. Poza tym, nikogo to de facto nie obchodzi! Prawda jest taka, że to co powie target muszę przerobić najpierw ja, potem Szef, a na koniec jeszcze centrala. Jak więc miałoby pozostać cokolwiek z jego oryginalnej wypowiedzi? Zresztą, daje sobie uciąć lewe jajo, że nie tylko w tabloidach tak się robi. Podkoloryzowanie wypowiedzi bohatera to praktyka wszystkich dziennikarzy i  to nie tylko w Grajdole! Piszę to wszystko tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś zaczepił cię na ulicy jakiś gość i zapytał czy weźmiesz udział w szybkiej sądzie…

Aforyzm Szefa na dziś:

Jestem niewyspany, więc jak chcesz mi coś powiedzieć, to używaj wielkich liter, prostych zdań i dużych odstępów.

Hillary Clinton adopts alien baby„Tam się pewnie nic kurwa nie dzieje, ale idź sprawdzić” – mruczy do mnie pod nosem Mały Popierdol. Stoimy pod Urzędem Pracy. Szef wymyślił sobie, byśmy przy okazji materiału w terenie sprawdzili, czy w urzędzie są kolejki. (Ludzie w kolejce = gotowy temat!) W wejściu mijam lekko podśmierdziały margines społeczny. Zagłębiam się w obskurne korytarze i już wiem, że oto właśnie staję przed ciężkim dylematem. Ludzi jest oczywiście w pizdu! Ale wiem to tylko ja…

Zasadniczo moim przełożonym jest tylko Szef. W terenie to ja mam decydować co i jak robimy, a foto powinni mnie słuchać. Jako jednak, że są milion razy bardziej doświadczeni (i z racji tego, że mniej lub bardziej mną gardzą), to ja muszę słuchać ich. A ich imperatyw jest jeden: narobić się jak najmniej. Prowadzi to do bardzo chujowej sytuacji, w której znajduję się pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem (via dupą a sedesem)! Czemu? Ponieważ Szefowi zależy na tym, by wydusić temat ze wszystkiego. Nawet jeśli tematu de facto nie ma, trzeba kombinować tak, by powstał z niego materiał (tzw. kreowanie rzeczywistości na potrzeby gazety). Szef siedzi jednak za biurkiem na zakładzie. A w samochodzie w terenie siedzi ze mną foto. On natomiast ma wszystko gdzieś i chce jak najszybciej skończyć robotę. Dochodzi do tego, że foto tną Szefa w chuja przy każdej możliwej okazji i omijają tyle zleceń, ile się tylko da. Zaś zlecenie „sprawdźcie, czy coś się nie dzieje…” jest już najwygodniejszym do olania ze wszystkich! Zawsze można przecież powiedzieć, że nic się nie działo… Notorycznie znajduję się więc w potrzasku pomiędzy lojalnością wobec Szefa i solidarnością z foto (bezpośrednimi współpracownikami). To także potrzask pomiędzy zjebką z jednej lub z drugiej strony, bo jeśli cokolwiek się spierdoli, zawsze będzie to moja wina. Jeśli olejemy temat, a okaże się, że dało się z niego wykręcić materiał – Szefa będzie się pruł dwa dni. Jeśli się uprę i zaciągnę foto na jakieś zadupie, a żadnego materiału nie uda się tam wykręcić – mam przejebane u nich…

To jednak tylko jedna strona medalu. Lub w zasadzie tylko dwie. Jest bowiem jeszcze trzecia: moja własna! Paradoksalnie, mojego interesu nauczył mnie kiedyś Spider, i pośrednio Mały Popierdol (jeżdżąc po mnie jak po burej suce). Jaki jest sens dodawania sobie roboty? Może uda się namierzyć gdzieś przy okazji grubszy temat ale, po pierwsze: jest to mało prawdopodobne, po drugie: co z tego wyniknie? Odpowiedź jest równie prosta co druzgocząca – nic! Jakikolwiek temat wymyślę, muszę przecedzić go przez sito tabloidycznej formy. Efekt? Koniec końców napiszę takie samo gówno jak zawsze. Nie warto się dla niego narażać na ryzyko zjebki od foto, przy wyjątkowo cherlawym prawdopodobieństwie pochwały od Szefa. Prawda jest taka, że na dyskretnie olanym temacie nikt nie jest stratny! Ja nie, bo przecież pracuje w tabloidzie, więc nie czuję, bym przy takiej okazji mógł stracić potencjalne opus magnum działalności dziennikarskiej. Foto nie, bo raz, że i tak mają to wszystko w dupie i najchętniej wrócili by już do redakcji oglądać filmy i klipy na youtube, a dwa, że taki temat dołoży im jedynie roboty. Szef też nie, bo bez problemu wymyśli inny materiał, który zrealizuję przy użyciu googli i telefonu. Jednym słowem: poco dodawać sobie roboty, skoro nikt tego nie doceni, zjebka jest bardzo prawdopodobna, a brakujące 1300 znaków w gazecie bez trudu wypełni się materiałem „zza biurka”?

„Ni chuja, nic się tam nie dzieje” – melduję Małemu Popierdolowi wsiadając do samochodu. „Wiedziałem… bez sensu o tej porze tu przyjeżdżać” – burczy pod nosem foto. Zjeżdżamy z powrotem na zakład…