Tag Archive: Mały Popierdol


Gaddafi erschossen!Wjeżdżam na zakład po 11. Rano odrabiałem pańszczyznę na uczelni. Szef jest dziś w dobrym nastroju i jakoś tak wyjątkowo ciepło mnie wita. „Słuchaj, jest taki zajebisty temat, gdzie można zrobić w pytę zdjęcia – katakumby pod kościołem. Czaszki, kości, trumny i te sprawy” – opowiada przysiadając na moim biurku. Po raz kolejny mam wrażenie, że nieobecność wszystkich innych wyzwala w nim jakąś nić sympatii do mnie. Zaraz pojawia się jednak Antena i czar męskiej przyjaźni pryska. Starszyzna wychodzi na śniadanie do knajpy, a ja zostaję deportowany na miasto. Naturalnie w asyście Małego Popierdola.

Truposze muszą jednak poczekać. Najpierw idziemy na pobliski parking znaleźć targeta samochodowego, którego odpuściliśmy wczoraj z braku szczęścia do kierowców. Potem atakujemy pierwszą z brzegu przychodnię, bo potrzebne jest zdjęcie kolejki. Na szczęście znajduje się kilka starych, pomarszczonych śliwek, które zlazły się tu celem wspólnego narzekania na łamanie w kościach. Dzięki Bogu targeta do dramatu w służbie zdrowia już mamy. Przyoszczędziliśmy z zeszłotygodniowego materiału. Jesienią szpitalom tradycyjnie kończą się kontrakty z NFZ i nie mają za co leczyć ludzi. Tabloidy mają z tego niezłą pożywkę. Temat można podejść z kilku stron, więc co tydzień robi się nową aferę.

Jedziemy do kościoła. Naturalnie Mały Popierdol nie zaszczyca mnie żadnym zbędnym słowem. W jego oczach chyba już zawsze będę jedynie balastem. Świątynia z zewnątrz nie wygląda nadzwyczajnie. Wewnątrz też nie widzę niczego specjalnego. Jazda zaczyna się gdy schodzimy wąskimi schodkami do krypty pod nawą główną. Długi, wąski korytarz w kształcie pętelki, od którego odchodzą zejścia do niewielkich niecek. A w każdej z nich trupy! Z 50 umarlaków! Ale czad! Szeptem zaczepiam stojącego w rogu zakonnika. „Jasne, róbcie zdjęcia, nie ma sprawy!” – klepie mnie jowialnie po ramieniu mnich i drze się na całe katakumby. Krypta ma specyficzny mikroklimat, który w naturalny sposób konserwuje złożone tu zwłoki. Dlatego oficjalnie można ją zwiedzać tylko trzy razy w roku. Część z tych mumii ma blisko 300 lat! Najlepsze jest to, że tylko niektóre są przykryte szkłem. Do większości można podejść i podać truposzowi rękę na powitanie! Łażę po podziemiach i zaglądam w każdy oczodół. Niektóre mumie są naprawdę przerażające. Najlepiej wyglądają jednak szkielety odziane w habity! Kurwa, „Opowieści z krypty” to przy tym komiks z gumy balonowej! Obejrzawszy wszystko idę pogadać z jedynym żywym w tych katakumbach mnichem. Rozdarty zakonnik chętnie opowiada o wszystkich historiach związanych z cmentarzyskiem. Okazuje się, że to doktor historii. Przewija mi też kilka legend na temat krypty – coś, na czym Szef chce zbudować opowieść o tej nekropoli.

Na zakładzie Wielkie Oko przepytuje mnie z wszystkich legend. Opowiadam jedną po drugiej, sondując jego niedogoloną gębę i próbując zgadnąć, którą wybierze. Durze szanse ma ta, o rozbitym przez hitlerowców grobie jakiegoś księcia. „To ta czaszka pokonała Niemców” – Szef unosi palec wskazujący i rzuca propozycję tytułu. Parskam śmiechem. „Nie śmiej się, takie tematy kiedyś się puszczało” – odpowiada poważnie. Ostatecznie staje na tym, że rdzeniem historii o krypcie będzie legenda o pannie młodej otrutej w dniu ślubu. Zanim jednak wezmę się za mrożącą krew w żyłach opowieść o miłości, rozkładającym się ciele i ślubnym welonie, muszę szybko wystukać trochę drobnicy. Na kraj puszczam kupę o cwaniaku, który podszywał się pod dziennikarzy znanych stacji radiowych lub telewizyjnych i nocował za freeko w hotelach. Pasożyt siedział tydzień w jednym i przenosił się do następnego! Z ciekawszych szortów na lokal przewijam wyrok 50-letniej baby, która pociachała swojemu mężowi gardło na tasiemki. O ja pierdolę! Mieszkali w bloku obok mnie!

„Młody, jest problem” – Szef wyrywa mnie z kontemplacji nad bliskością śmierci i woła do kanciapy foto. Okazuje się, że zdjęcia gnijącej panny młodej są strasznie słabe i jeśli taki towar pójdzie do centrali, nikt nie klepnie tego tematu. „Lepszych fotek zrobić się nie da, bo ona jest pod szkłem” – cmoka pod nosem Mały Popierdol. Ha! Chociaż raz to nie ja coś spierdoliłem i ktoś inny musi się tłumaczyć! „Możemy zrobić inaczej” – mówi Szef z powagą niemieckiego filozofa. „Dajmy zdjęcie innego trupa, co to za różnica” – dodaje, pokazując mi inne zdjęcie. „No nie wiem. Ta tu to 12-latka utopiona w mule” – oponuję. „Bardziej przypomina pannę młodą, niż ta prawdziwa!” – tu Mały Popierdol ma akurat rację. „Podmieńmy tego trupa, nikt się nie kapnie” – decyduje Szef. „A jak się kapnie, to powiemy, że się pomyliliśmy” – dodaje beztrosko i odpala petko.

Skrobię większy materiał na kraj o sposobach dymania emerytów. Taki katalog trików, opatrzony tekstem w stylu „Uwaga emeryci! Bezczelni złodzieje żerują na naiwności”. Opisuję właśnie metodę „na kurtkę” i „na czujnik czadu”. Szefowi natomiast przez tę „klątwę książęcej czaszki, która pokonała nazistów” zebrało się na wspominki i zaczyna opowiadać o tym, jakie materiały kiedyś chodziły w tabloidach. Lubię te jego opowieści, bo czasem przewija naprawdę grube historie. „Ech, teraz już takie tematy nie przejdą” – wzdycha.

Z wyjątkiem Pięknej i mnie wszyscy tu wpisują się w tendencję wzdychania do dziejów minionych. Wspominanie o tym „jakie to rzeczy kiedyś się robiło” to chyba jedyny temat, przy którym Mały Popierdol, niezmuszany koniecznością, zaszczyca mnie rozmową podczas jazdy samochodem. „Teraz to tylko chujnia w stylu: które parówki lepsze albo jaką czapkę kupić na zimę. Gówno. Kiedyś się robiło morderstwa, trupy, porwania, prowokacje, właziło się do cudzych mieszkań, co trzy dni lądowało na policji… A teraz samo gówno…” – zwykł rozczula się Mały Popierdol.

„Kiedyś robiliśmy setny raz materiał o remoncie na rynku” – Szef rozgadał się na dobre, a ja mu nie przerywam. „Wlekli się tam strasznie z robotą, więc mieliśmy na tym pożywkę. Ale chcieliśmy ugryźć sprawę jakoś inaczej niż zwykle. I napisaliśmy, że remont się przeciąga, bo pod rynkiem prawdopodobnie są skarby!” – rechot Szefa sprawia, że nie umiem powstrzymać wyrastającego na twarzy uśmiechu. „Kurwa! Co tam się działo! Na drugi dzień po budowie biegało z 50 gości z łopatami! Myślałem, że budowlańcy nas zajebią!”

Zastanawiam się czasem, czy to dobrze czy źle, że te czasy już minęły. Te czasy, czyli kompletna, ograniczona tylko fantazją redaktorów, niepohamowana samowolność tabloidów w kreowaniu rzeczywistości. Naturalnie z punktu widzenia normalnego człowieka – Bogu niech będą dzięki, że ukrócił to baśniopisarstwo! Ale z punktu widzenia redaktora tabloidu, to musiały być niesamowite czasy… Szukam w sobie odpowiedzi na pytanie, czy w tamtych – pełnych adrenaliny, wybijania szyb w cudzych domach, uciekania przed policją i podkładania fałszywych zwłok w szpitalach – czasach też zdecydowałbym się na tę pracę… Sumienie musiałbym wówczas schować do słoika. Ale przecież przygody to coś, co zawsze najbardziej ceniłem…

Aforyzm Szefa na dziś:

Szybciej zacznę publikować eseje o religii i etyce w „Tygodniku Powszechnym”, niż moja żona zrobi mi kurwa sernik!

Obama sex scandal explodesDziś znów zaczynam dzień od konferencji prasowej w magistracie. Prezydent prezentuje nowego urzędnika wyższej rangi – swojego zastępcę do spraw edukacji. Sytuacja ciekawa, bo babik, który bierze tę fuchę, całe życie robił w prywatnym szkolnictwie. Szef zaleca mi ostrzeliwanie nowego zastępcy właśnie z tej amunicji. „Słuchaj co będzie mówić. Jak nie wspomni o przedszkolach, żłobkach i zmianach w szkolnictwie, to zapytaj jaki ma na to pomysł” – Szef, gdy zleca mi takie zadania wygląda jak wypisz wymaluj Wielkie Oko – niepodzielny, autorytarny i despotyczny władca Mordoru! „Niestety w tym mieście pełnym dziennikarzy może się zdarzyć, że żaden baran nie wpadnie na pomysł by o to zapytać” – dodaje. Pozostaje mi tylko zasalutować i wymaszerować z koszar.

Rzeczywiście wydaje mi się niebywale logicznym zapytać o to, jaki pomysł na szkolnictwo publiczne ma ktoś, kto całe życie robił w sektorze prywatnym. Stojąc naprzeciw nowego zastępcy prezydenta i słuchając pytań innych dziennikarzy, zauważam, że nikt nie porusza niewygodnych kwestii. Wygląda to jak taniec godowy, w którym władza i opinia publiczna ciumkają, gruchają, kadzą i nawzajem się kokietują, usilnie dbając, by przypadkiem nikt nikomu nie przydepnął frędzla przy sukienusi! Co jest do chuja? Przecież z dossier tej raszpli jasno wynika, że baba w życiu nie pracowała w instytucji publicznej! Nikt nie ma zamiaru o to zapytać? Wygląda na to, że nie, bo słyszę tylko: „Jakie będą pani pierwsze decyzje?”, „Jak się pani czuje na nowym stanowisku?”, „Co myśli pani o dorobku poprzednika?”… Kurwa, co za kiła! Będę musiał sam zadać to pytanie i rozwikłać tę tajemnicę poliszynela. Miałem wielką nadzieję, że ktoś mnie wyręczy i nie będę musiał się wychylać. Ustawiam się zatem w kolejce za głupkowatą pizdą z Radia Złamany Chuj i czuję, że łapie mnie silna trema. To będzie moje pierwsze starcie z urzędnikiem na solo. Może nie być łatwo, bo baba wygląda na hardą sukę, a ja nie znam dobrze tematu, by wdawać się w przepychanki.

Podchodzi do mnie pachołek, który prowadzi konfe i pyta skąd jestem, bo mnie nie kojarzy. Grzecznie się przedstawiam. Przychodzi moja kolej, ale zanim otwieram gębę, pachołek bierze na słówko nową urzędniczkę. Ha! Gołym okiem widać, że ostrzega ją przede mną lub raczej (by sobie nie schlebiać) przed moim pracodawcą. Raszpla patrzy na mnie z chłodem równym morenie czołowej lodowca i czeka na pytanie. Więc jadę. Ale idzie mi słabo, bo się stresuję. Trochę opisowo i na okrętkę – zdecydowanie kurwa za długo i zbyt rozwlekle. Uprzedzona przez pachołka, że pytania na pewno będą niewygodne, baba broni się kontr pytaniem. Dobrze trafia, bo de facto nie mam bladego o branży, o którą ją pytam. Ale bronię się na tyle dzielnie, że zmuszam ją do odpowiedzi. Naturalnie rozpyla ogólniki i pustosłowia. Chwytam pierwszy z brzegu frazes i próbuję przycisnąć babika do muru. Ale robię to kurde za delikatnie i pluskwa wymyka mi się luźnymi uwagami. Zbija mnie tym nieco z tropu, co lodowata morena czołowa od razu zauważa i atakuje. Kurwa, teraz to ja jestem w opałach i obydwoje o tym wiemy. Przyjmuję kontr pytanie na klatę – boli. Jest jeden do jednego. Staram się odgryźć pytaniem na inny temat. Raszpla odpuszcza klincz i odpowiada jeszcze kilkoma ogólnikowymi pierdami. Wychodzimy na remis i nie mam ochoty szarżować na nią w końcówce meczu. Nie naciskam, bo widzę, że pachołek już od jakiegoś czasu czai się, by wyprowadzić mnie z sali za kołnierz. Kurtuazja, podziękowania, pożegnania i wypierdalamy.

Mały Popierdol uśmiecha się chytrze, gdy wychodzimy. Chyba był świadkiem mojej nieudolności i jak znam życie, zaraz wybebeszy mnie szyderstwem. „O coś ją kurwa pytał?” – rzuca ze swoim firmowym uśmiechem osiedlowego gangstera. Odpowiadam wymijająco. „Myślałem, że pachołek zaraz cię wyjebie z sali heheee. Zadawałeś złe pytania heheee”. Nie wiem czy to pochwałą czy żart sytuacyjny. Ważne, że chyba jednak nie słyszał mojej zamotki na polu walki. Na zakładzie przewija Szefowi całą akcję. Ten patrzy na mnie z zadowoleniem i mówi tonem ojca-wikinga gratulującego synowi pierwszej wymordowanej wsi: „Dobrze Młody, dobrze…”.

Zapewne powiedziałby coś więcej, ale zajmuje go teraz przysłany donos. Ktoś przysłał jakieś rozmazane zdjęcia i upiera się, że jest na nich Angelina Jolie zwiedzająca miejskie muzeum. „Chuja tu widać ale kto wie…” – Szef wpatruje się w nie z miną tybetańskiego mistrza medytacji. „Eeee, to w ogóle możliwe, by pojawiła się w Polsce incognito?” – pyta Antena. „Wszystko jest kurwa możliwe!” – odpowiada porywczo Szef. „Kilka lat temu namierzyli tu Mela Gibsona, jak w bluzie z kapturem modlił się w którymś z kościołów” – dodaje spacerując po redakcji jak Napoleon. „Serio?” – dziwi się Antena podgryzając jakiegoś wafla. „No mówię ci. Widzieli go normalni ludzie” – rzuca poważnie Szef. „Nie tylko nasi czytelnicy” – dodaje, wybuchając swoim szyderczo-żabim rechotem. Racja, nasi czytelnicy to żaden argument, bo przecież to nie są normalni ludzie.

To było ciekawe doświadczenie, ta dzisiejsza konferencja. Osobiście uważam, że odniosłem porażkę w starciu z urzędnikiem. Głównie z powodu niepewności, której konsekwencją stała się chaotyczność. Na zakładzie, paradoksalnie dzięki Małemu Popierdolowi, uważają natomiast zupełnie inaczej. Ciekawe co o tym sądzi nowy zastępca prezydenta? Nie wiem czy pachołek chciał mnie wykopać z konfy za nieudolność, czy za niewygodne pytania. Zakładając, że z tego drugiego powodu – odniosłem sukces jako dziennikarz (i to nie tylko tabloidu!). Jeśli to wynik pierwszego – jebnąłem kompromitujący postrzał we własne kolano. Jednak bez względu na wszystko, na własnej skórze odczułem dziś, że władza się nas boi!

Aforyzm Szefa na dziś:

To może być każdy. Nawet moja żona w peruce. Ale i tak moja ma lepsze cycki. Bo własne!

Dzień stachanowca

Czuję się jak maratończyk, któremu ktoś ukradł metę sprzed nosa i kazał biec cały dystans jeszcze raz. Są takie dni, które zwyczajnie nie mają końca. Gdy się już zaczną, nie sposób dobrnąć do finiszu. Usilnie zamykam i otwieram oczy ale ten dzień jest, jest i ciągle nie chce się gnój zakończyć!

Na dobry początek dostaję obsługę w terenie. Trzeba przysłuchać się jakiejś konferencji prasowej, na której urzędnicy chwalą się osiągnięciami. Zanim jednak pojadę szukać dziury w całym, odbieram zjebkę od Małego Popierdola. Nie wysłałem mu mailem opisów do wczorajszych zdjęć. Jakoś nie przypominam sobie, by mi o tym wspominał. Trudno, a bo to pierwszy raz mnie łaja? Ruszamy do magistratu. W samochodzie atmosfera taka jak zazwyczaj, czyli milcząca. Konferencja jest krótka – dla nas, bo Mały Popierdol robi na biegu zdjęcia notabli futrujących ciastka i temat gotowy: „Władza opycha się za nasze pieniądze!”. Notuję kilka zdań zasłyszanych w harmidrze rozmów i zjeżdżamy na zakład. Siadam do kompa i kończę przegląd prasy. Szef siedzi za biurkiem niczym Szeloba w swojej pajęczynie i strzela we mnie kolejnymi zleceniami. Dziś pracujemy tylko we dwóch, więc roboty mam po pachy. „Młody, dwaj jakieś kupy na kraj i cztery szorty na lokal!” Zwijam się jak mogę. „Jeszcze sześć kup na lokal!” Napieprzam w klawiaturę jak opętany. „Przerwij to i pisz mi szybko ten tekst z wczoraj, o tych remontach!” Cieknie ze mnie jak ze starej kurwy, a Szef co i rusz dokłada do pieca. Sprawdź to, znajdź tamto, wydzwoń tamtego! „Dobra zostaw to na razie. Bierz Spidera i jedźcie na miasto, potrzebuję trzy targety”.

Trzy targety zajmują nam półtorej godziny. Bynajmniej nie z powodu ich oporu. Spiderowi siadły zamki w samochodzie i musimy ładować się do środka przez bagażnik! Wygląda to komicznie i tylko czekam, aż ktoś wezwie straż miejską. Po powrocie spisuję zeznania ofiar i wracam do mojej listy zadań. Powinienem dostać tytuł przodownika pracy, bo wyrabiam dziś z 500% normy, a czuję, że to jeszcze nie jest koniec. Gdy tylko skończę jakieś zlecenie, Szeloba oplata mnie kolejną pajęczyną zobowiązań. „Młody, fajnie by było gdybyś mógł dziś posiedzieć dłużej” – bardziej mnie informuje niż pyta Szef. „Musze wyjść, a ktoś musi tu siedzieć, aż centrala skończy rysowanie gazety” – tłumaczy. Kiwam głową, wiedząc, że opór jest bezcelowy. „Powinni skończyć gdzieś pomiędzy 18 a 20. Po prostu siedź tu i filuj na podglądzie wydania czy wszystko gra. Ewentualnie będą dzwonić, za jakąś dodatkową kupą czy szortem”.

Kończę tekst o remontach i od razu spada na mnie następny – z dzisiejszej konferencji. „1600 znaków skandalizującego materiału o nieróbstwie urzędników, Młody. I wyjdźcie jeszcze raz na miasto ze Spiderem zrobić target do tego. Najlepiej wkurwionego dziadka lub babę z dzieckiem” – komenderuje obersturmbannführer Szeloba! Kurwa, zapierdalam dziś jak murzyn na posyłki, a ten tylko siedzi za biurkiem! Spider oczywiście marudzi, bo chce już zawijać się do domu. Tym bardziej, że przed firmą ma samochód, którego nie może zamknąć i do którego mus wsiadać przez bagażnik.  Idziemy ostatecznie zapolować jeszcze raz tego dnia. Na szczęście targeta dojeżdżamy szybko. Ludzie lubią narzekać na władzę i urzędników, bo wiedzą, że cokolwiek wymyślą, trafią w punkt. Urzędnicy to cel wielki jak stodoła, w który nie sposób chybić uwagami. Robimy więc pięknego emeryta grożącego burżujskim nierobom laską.

„Młody, kurwa, myśl trochę! Tysiąc razy powtarzam: robić speakouty pod tekstem! Kurwa!” – Szef wita mnie kolejną dziś zjebką. Mea culpa, w tym natłoku zleceń zapomniałem o speakoucie pod tekstem o remontach. Speakout to wypowiedź, targeta lub urzędnika, którego zdjęcie znajdzie się obok tekstu. Co dzieje się potem? No co? Oczywiście dostaję następny tekst do napisania! Dziś chce mi się już rzygać od pisania… Siadam do wstrząsającego materiału o remontowanym dworcu i zaczynam mrugać oczami, z nadzieją, że uda mi się przyspieszyć koniec tego dnia.

Mały Popierdol wychodzi wyjątkowo późno jak na niego. „W imię ojca, syna i Arka Gdynia!” – warczy na pożegnanie. „Kurwa świnia!” – odkrzykuje mu Szef, który kończy swoją szychtę. A idźcie wszyscy w pizdu! Dostaję pakiet dyrektyw na wszelkie okoliczności i zostaję na zakładzie sam. Wyłączam wszystkie ćwierkające odbiorniki, od których puchnie mi kora mózgowa. Dobranoc TVN24, goodbye RMF24 etc. Robi się cicho, słychać tylko szum wiatraczka w komputerze. Jestem zmęczony i czuję się wymiętolony jak stara ściera. Najchętniej walnąłbym w kimono. Ale zdejmuję tylko buty i spaceruję boso w kółko po redakcji. Od siedzenia za biurkiem plecy jebią mnie jak starego ramola. Co jakiś czas podglądam rysowanie gazety w centrali. Postanawiam sprawdzić, co (prócz ton gazet i papierów) kryją redakcyjne szafach. O kurde! Czego tu nie ma! Sanki, szpachelka murarska, fartuch lekarski, pacynki, kręgle drogowe i dziesiątki innych gratów. Wszystko przywleczone oczywiście na potrzeby zdjęć terenowych. Wszędzie poupychane są też zepsute aparaty telefoniczne. Znalazłem ich chyba z osiem. Wreszcie dzwoni centrala. Pytają czy wszystko na podglądzie wszystko się zgadza. A i owszem, wszystko gra. Czekam jeszcze 15 minut na wszelki wypadek i opuszczam ten Mordor. Jest 19:30. Dziś to ja gaszę światło i zamykam drzwi tego burdelu…

Aforyzm Szefa na dziś:

Czy Beata Kozidrak i zespół Bajm mogliby uczynić mi przysługę i umrzeć, uschnąć, oblać się kwasem lub zwyczajnie ochujeć? Jednym słowem: rozpaść się już w próchno ze starości i wypierdalać ze sceny? Jak długo oni, Perfect, Budka Suflera i reszta tych starych chujów ma zamiar jeszcze istnieć!? To zwyczajnie nie fair… zwyczajnie nie fair!