Tag Archive: kac


the evile has landedDzień zaczyna się źle, bo strasznie wcześnie. Szef ściąga mnie na zakład już przed 8. Niby bez tragedii ale któraś noc z rzędu skończona o 2 a dzień rozpoczęty o 7, sprawiają, że moja żwawość notuje ujemne wartości. Nawet nie zdążam ściągnąć kurtki, a już trzeba wychodzić w teren. Jedziemy z Małym Popierdolem, który jest w ewidentnie złym humorze, do jakiegoś dziadka prowadzącego prasowalnie. Bidulowi podnieśli czynsz o 400%! Po drodze Mały Popierdol dostaje ataku kichania. Po jakimś 45 „apsik-nięciu” nie wytrzymuję. „Na zdrowie!” – mówię rozbawiony. „Jebane choróbsko…” – na mój akt empatii odpowiada mruknięcie czystego destylatu anty optymizmu i esencja mizantropi. Wniosek jest zatem prosty. W samochodzie siedzi nas trzech: ja, Mały popierdol i jego kac…

Historia starego prasowacza to klasyka: prosty człowiek uciskany przez bezduszny system i urzędników-krwiopijców! Siadam spisywać dreszczowiec z wyraźnymi elementami społecznego dramatu na 1600 znaków. Na zakładzie wszyscy dziś źli jak bezrobotne kurwy! Antena słabuje na zdrowiu, a Piękna jest chyba w samym środku ciężkiej ciotki. Szef natomiast ma ewidentny syndrom odstawienia alkoholu. Nie dość, że ściągnął mnie do roboty przed 8, a sam przywlókł się po 11, to jeszcze gardzi każdym moim zaczepnym słowem. Nieoczekiwanie mam dziś bardzo dobry humor. Mam wrażenie, że napędza mnie niekorzystna aura w około. Szef konstruuje jakąś ramkę do materiału o komunikacji miejskiej. Gówniana, drobiazgowa robota. Słyszę tylko jak mruczy po nosem mantrę złożoną z „japierdolów i kurwawaszamaci”. Te jego akty strzeliste są tak zabawne, że niemal dusze się w sobie ze śmiechu. Wielkie Oko chlało przez ostatnie cztery dni, a teraz wreszcie ogorzelizna zeszła mu z mordy, a alkohol wyparował z organizmu. Efektem jest kac, neuroza i syndromy choroby depresyjnej.

Kończę epopeję o starym człowieku i morzu urzędników i biorę się za jakieś kupy na lokal. Nudy: darmowe badania prostaty dla emerytów, przegląd samochodów przed zimą, utrudnienia drogowe na wylocie z miasta… „Jest robota” – oznajmia Szef. „Pojedziecie do kamienicy, gdzie gościowi wczoraj przy remoncie parkiet wyjebał w powietrze. Pogadajcie z nim, jak się zgodzi, a jak nie to z sąsiadami. Chce mieć z tego zabawny format w stylu ‘O Jezu! Mój parkiet rozpierdolił pół kamienicy’”. Wolne żarty! Kto normalny się na coś takiego zgodzi? Jedziemy ze Spiderem na miejsce, z silnym postanowieniem nie przykładania się za specjalnie do zlecenia. Po drodze robimy jeszcze trzy targety dla kutafonów z centrali. Na chybił trafił naciskam guzik w domofonie. Wchodzimy i okazuje się, że trafiłem idealnie do mieszkania, gdzie „parkiet wyjebał w powietrze”. Naturalnie gość nie chce z nami gadać, wiec wracamy na zakład z raportem, że stanęliśmy na głowie ale to nie pomogło w namówieniu faceta na zdjęcia. Sąsiadów zaś obskoczyliśmy wszystkich ale solidarnie kazali nam się bujać. „Ok.” – mówi zawiedziony Szef. „Czasem tak bywa…”

Zabawny format to nam się udało zrobić jakieś pół roku temu. Przerażona baba wezwała straż miejską, bo na jej trawniku przed blokiem siedział krokodyl! Strażnicy trochę się zdziwili tym wezwaniem, ale przyjechali ratować biedulkę przez groźnym Fourfeeterem. Na skwerze przed blokiem rzeczywiście zastali krokodyla – tyle że dmuchanego! Plażowa zabawka spadła z któregoś z balkonów, a kobicie wstającej na 6 do pracy musiał się odbić czkawką wieczór spędzony przy Animal Planet! Mniej zabawne było szukanie targeta do tej historii, który zgodziłby się pokazać palcem kawałek trawnika i powiedzieć „Tu siedziało to bydle!”. Po 45 minutach łażenia po tym dość wyludniałym osiedlu z nieba spadła mi jakaś głupia lala studiująca dziennikarstwo na prywatnej uczelni. Nawiązaliśmy „zawodową łączność” i dała się nam sfotografować na trawniku. Byłem głupiej paździerzy wdzięczny jak własnej matce!

„Co to jest?” – Mały Popierdol zagląda przez ramię Szefowi rozpakowującemu dwie przesyłki. Nikt nie ma pojęcia od kogo są te pudła. Wielkie Oko szamocze się z kartonem i wreszcie wyciąga na światło dzienne konsternującą zawartość pierwszego z nich. To atrapa bomby, skonstruowana z czterech marchewek i papierowego zegara. Hmm, to chyba jakaś awangardowa akcja marketingowa. Szef bierze się za drugie pudło. A tam, elegancki kufel z logiem pewnego popularnego piwa i butelka nowej jego wersji! „O kurwa! Kto to przysłał?” – dziwi się Szef jednocześnie kurczowo ściskając butelczynę. „Ale zajebisty kufel” – zachwyca się Antena. Rzeczywiście jest fajny, stylizowany na gliniany garniec. „Ty sobie lepiej przypomnij komu ostatnio robiłeś lewiznę” – rzuca z cwaniaczkowatym uśmiechem gwiazdy playboya dla gejów Mały Popierdol.

Kleję mozolnie tekst o utrudnieniach drogowych w mieście. Idzie długi weekend. Kierowco sprawdź jak ominąć korki. Dzwoni telefon. Odbiera Wielkie Oko i z początku myślę, że to nic specjalnego. Katem oka widzę jednak, że Szef nic nie mówi, tylko sztywnieje z wyrazem twarzy, który mówi, że w życiu tak go nie obrażono. „Co pani mówi? Jak to możliwe? Musiało nastąpić jakieś gigantyczne nieporozumienie!” – jest wyjątkowo poważny i w ogóle nie wydaje się, że pasożytuje na nim kac. Z każdą kolejną chwilą podsłuchiwanej rozmowy czuję się coraz bardziej niepewnie. „Nie, to niemożliwe! Naprawdę to nie pani wypowiedź?” – domyślam się, że dzwoni jakiś zbulwersowany target, któremu ja, Szef lub centrala włożyliśmy w usta coś, czego wcale nie powiedział. „To oburzające! Naprawdę dziennikarz nie konsultował z panią telefonicznie tej wypowiedzi?” – Hola, hola! Jaki dziennikarz i jakie telefonicznie!? Po pierwsze, baba musi być moim targetem, bo Piękna była ostatnio na urlopie, a Antena znów w szpitalu i tylko ja tu biegałem za ludźmi po mieście! Po drugie, pierwsze słyszę, by ktoś tu w podobnej sytuacji kiedykolwiek i cokolwiek z kimkolwiek konsultował telefonicznie! Sprawa wygląda jednak nieciekawie. Słyszę, że baba jest zdrowo wkurwiona, a Szef nie przebiera w słowach i zapowiada zrobienie prawdziwego necro holocaustu. „Mogę panią zapewnić, że wyciągnę pełne zawodowe konsekwencje wobec dziennikarza, który dopuścił się tego uchybienia” – deklaruje Szef, a ja czuję suchość w ustach. Ej! Kurwa, co to za nowości! Siedząc plecami do niego i próbuję udawać, że skupiam się na pracy. Jednocześnie mam wrażenie, że zaraz na moja głowę zwali się Auschwitz, Dachau i Treblinka w jednej postaci! „Jeszcze raz panią przepraszam i obiecuję ukaranie winnego dziennikarza” – Szef kończy wreszcie 15-minutową rozmowę. Czekam na cios w plecy ale nic się kurwa nie dzieje. Czekam jeszcze chwilę i wreszcie nie wytrzymuję. „Co tam?” – zagajam niezobowiązująco, podczas gdy w uszach ciągle mam zapowiedź wyciągnięcia wszystkich zawodowych konsekwencji. „Eeee, nic. Jakaś głupia cipa mi tu wydzwania i zawraca głowę od dwóch dni” – mruczy Szef.

Reklamy

Kręci mi się w głowie, czuję niemoc w nogach i permanentne mdłości. Drażnią mnie jaskrawe kolory, ostre światło i wszelki hałas głośniejszy niż moje własne okaleczone strzępki myśli. Czuję, jakby w mojej głowie panicznie trzepotał się ptak, który nie może się wydostać. Uparta białą mewa pustoszy mój mózg tupiąc niezwykle głośno i boleśnie. Do tego odkąd wstałem z wyra ciągle chce mi się rzygać. Obrazu żałości dopełniają wory pod oczami i bardzo powolne, posuwiste ruchy. „Co ci?” – pyta Szef zza zawalonego gazetami biurka. Wyjaśniam minimalną możliwą ilością słów, bo mam wrażenie, że zaraz pęknie mi dekiel i na wieki wieków amen zgaśnie światło. „Heheheeee! Ale zajebiście!” – cieszy się w odpowiedzi tym swoim rechotem, który zawsze budzi we mnie pozytywne emocje. „Ja też wczoraj pochlałem na mieście ale widzę, że ty ambitniej podszedłeś do tematu heheheee… Siadaj i zrób jakąś kupę na kraj, jak dasz radę”.

Nie daję rady. Siedzę, czytam te małe, uciekające mi spod palców literki i próbuję wstukać w klawiaturę jedno zdanie bez robienia przerwy na zebranie myśli. Co jakiś czas opatulam głowę ramionami i wyobrażam sobie, że to leczniczy dotyk Kaszpirowskiego lub innego Harry’ego z Tybetu. „Co ci jest?” – pyta Piękna wchodząc na zakład. W odpowiedzi podnoszę swe bolesne oblicze z blatu biurka. Moja gęba musi teraz wyglądać jak „Chrystus cierpiący” w wersji Witkacego, poprawiona przez Bosha i Daliego, bo Piękna tylko kiwa głową z politowaniem. „Obudź się już Młody, bo jest robota” – klepie mnie po ramieniu Szef.

Robota jest przejebana ale nie z tej strony, której się obawiałem. Jedziemy ze Spiderem do szpitala dziecięcego. Jakiś mały kajtek wpadł kilka miesięcy temu pod tira czy autobus. W szpitalu poskładali go do kupy jakąś ultra innowacyjną metodą. To ponoć czwarta taka operacja na świecie. Musimy zrobić zdjęcia, pogadać z lekarzem i rodzicami dzieciaka. Na szczęście ma to być materiał pozytywny, w stylu „Lekarze ocalili mi dziecko”. Trzeba jednak uważać, bo ten format bardzo łatwo niechcący zmienić na „Jak pilnowaliście dziecka, zwyrodnialcy!?”. Przynajmniej w mojej robocie, bo normalny dziennikarz nie brałby tego nawet pod uwagę. W każdym razie, z rodzicami zawsze trzeba ostrożnie… „Masz” – mówi Szef dając mi gumę do żucia. „Żebyś nie ział alkoholem biednemu dziecku w twarz heheheee”.

Pomijając cierpienie na kacu, byłem szczęśliwy jadąc na ten materiał. Moja radość wynikała z faktu, że nie muszę przy tej okazji pasożytować na czyjejś tragedii. Nie będzie płaczu matki, okaleczonego dziecka i bezradnie rozkładającego ręce lekarza. Będą uśmiechy, życzenia i ogólna radość istnienia. Radość trwała do momentu znalezienia się na oddziale…

„Ja pierdolę, kurwa mać”. Ten prostacki acz szczery akt strzelisty nie opuszczał moich myśli przez cały czas pobytu w szpitalu. Pomijam już podziwu godną plątaninę korytarzy, przejść i zakrętów którymi prowadziła nas rzeczniczka tego przybytku. (Po 45 sekundach marszu nie byłbym w stanie trafić do wyjścia i wcale nie byłaby to wina kaca!) To co zobaczyłem na oddziale totalnie mnie sparaliżowało. Dziesiątki dzieciaków, kroplówki, wózki, kule, pluszaki, kolorowanki i dziecięce rysunki na ścianach. Nagle znalazłem się w globalnym centrum niezawinionego cierpienia! Sanktuarium dziecięcego bólu przytłoczyło mnie kontrastem uśmiechniętych brzdąców i przejeżdżających korytarzem wózków i łóżek, wracających z pourazówki. Dziecięca bezbronność, radość i niewinność przeplatały się w tym miejscu z kalectwem, cierpieniem i śmiercią.

Mały Michałek nie był specjalnie zainteresowany naszymi odwiedzinami. Młodziuteńka mama natomiast chętnie z nami pogadała, choć widać było, że nie ma bladego pojęcia o tym co się wydarzyło. Ot, prosta dziewczyna z jakiejś wioski zapomnianej przez świat, ludzi i Boga. Pan doktor za to bardzo obficie raczył nas szczegółami arcyunikalnej operacji. Dokładniej mówiąc raczył nimi Spidera. Ja zajęty byłem notowaniem. Poza tym, co zauważyłem już wcześniej, pracując ze Spiderem w zasadzie tylko się mu przeszkadza. Doskonale dogaduje się z ludźmi i nigdy nie zapomina poruszyć żadnej z koniecznych kwestii. Gdyby tylko chciało mu się wszystko potem spisywać, spokojnie mógłby być samowystarczalny foto-redaktorem…

Siadam do spisywania tematu. W głowie ciągle mam obraz dziecięcego oddziału i dziewczynki z kulą, która podeszła do nas, gdy czekaliśmy na kogoś, kto wyprowadzi nas z tego szpitalnego labiryntu. „Przepraszam, a kiedy ukarze się ten artykuł o Michałku?”. Ja pierdolę! Odpędzam te myśli. Muszę się teraz skupić na odtworzeniu opowieści lekarza. Do tego co przeżyłem wewnątrz siebie wrócę wieczorem. „Młody, pojedziecie ze Spiderem w teren. Jest dziś jeszcze jedna obsługa” – komunikuje mi w międzyczasie Szef.

Choć już popołudnie, nadal mam kaca. Napierdala mnie bania i ciągle chce mi się rzygać. W tym stanie muszę znaleźć pięcioro targetów. Czworo to nie problem, piaty jest prawdopodobnie najbardziej przejebanym targetem jaki dotychczas przyszło mi robić! Mamy zrobić mini sondę dla centrali. Potrzebują dwóch targetów do kwestii „ile powinien zarabiać premier” i dwóch analogicznych do tematu, „ile powinni zarabiać posłowie”. Zaczynamy jednak od targeta do prowokacji wymyślonej przez Szefa i Antenę. Akcja polega na tym, by udowodnić, że nie sposób umówić się na spotkanie z posłami, którzy to rzekomo robią wszystko dla swoich wyborców. Zadanie z pozoru jest banalne. Trzeba znaleźć biuro poselskie określonego darmozjad i zrobić zdjęcia, jak bogu ducha winny człowiek próbuje sforsować zamknięte na trzy spusty drzwi. Problem pojawi się po dotarciu na miejsce. Biuro leży w dość odludnym miejscu na jakimś zadupiu. Do tego znajduje się w hotelu i to na pierwszym piętrze. Mało tego. Okazuje się, że jego drzwi stoją otwarte na oścież. Posła wprawdzie rzeczywiście nie ma ale upierdliwa sekretareczka pilnie odbiera wszelkich interesantów. Kurwa! Dzwonię do Szefa i pytam co dalej. „Chuj mnie to obchodzi, że jest otwarte. Zróbcie tak, by było zamknięte!” – koniec dyrektyw. Zmiana biura poselskiego naturalnie nie wchodzi w rachubę.

Kurwa, kurrrwa, kurrrrwaaaa! Stoimy przed hotelem w opustoszałej okolicy. „Nie wiem jak to zrobisz ale znajdź kogoś. I to szybko, bo nie mam zamiaru marnować tu czasu i tkwić jak jakiś chuj, by realizować czyjś zjebany pomysł” – ciska się Spider. I co teraz? Kurwa, muszę znaleźć łosia, który da się wciągnąć obcemu facetowi do hotelu, na pierwsze piętro i zgodzi się przypozwać z głupią miną do zdjęcia przy „zamkniętych” drzwiach, które de facto są otwarte! Ja pierdolę, jestem udupiony! Nie ma na świecie idioty, który by się na to zgodził… Nie pozostaje mi jednak nic innego jak ruszać na łowy.

Podbijam do pierwszego typa na przystanku. Na oko 25-letni robol z lekkim wąsikiem. Gatka standard i pytanie czy weźmie udział w sądzie na temat posłów. Od czegoś muszę przecież zacząć. Nie powiem mu od razu, że potrzebuje jelenia do fikcyjnego zdjęcia. Koleś się zgadza. Idę krok dalej. Pytam czy zgodzi się na zdjęcie. O dziwo koleżka przytakuję. Pytam wreszcie czy zdjęcie moglibyśmy zrobić w pobliskim hotelu. Facio traci zapał i wygląda jakby chciał uciekać ale po chwili namysłu mówi, że jeśli tylko nie spóźni się na autobus, to ok. Kurwa, nie wierzę! W uniżonych słowach i przymilnej gadce prowadzę go pośpiesznie do hotelu. Spider zrywa się na nasz widok i skręca obiektywy. Koleś może nam zwiać w każdej chwili. Wchodząc po schodach na piętro pytam gościa czy zdjęcie moglibyśmy zrobić przy tamtych drzwiach. Facet wzrusza ramionami i mówi „dobra”. Wszedł już za głęboko w układ, by się teraz wycofać. Spider tłumaczy mu jak i co ma udawać przed drzwiami. Koleżka domyśla się już chyba, że coś tu nie gra, ale doszedł z nami aż tu, więc głupio mu się wycofać. Pstryk-pstryk i mamy co chcieliśmy! Dziękuję gościowi i odprowadzam go na przystanek. Staram się tłumaczyć na okrętkę czemu przy drzwiach i co 15 sekund dziękuję mu, że zgodził się nam pomóc.

Ja pierdolę! Załatwiłem tego targeta pierwszym strzałem! Sam w to kurwa nie wierzę! Co za fart, że trafiłem na tego gościa. Normalnie tkwilibyśmy tu do usranej w pizdu śmierci! Entuzjazm szybko ustępuje jednak miejsca, wbijającemu się w serce jak gwóźdź, wyrzutowi sumienia. Oszukałem faceta… Zrobiłem go w jajo półprawdami, by ułatwić sobie zadanie… Ja pierdolę, czuję się jak społeczny judasz i moralna szmata bez zasad. Oszukałem bogu ducha winną chłopinę. To są właśnie chwile, w których szczerze nienawidzę tej roboty. By zaspokoić idiotyczne i apodyktyczne „pomysły zza biurka” jakiegoś barana, muszę uciekać się do matactw, kłamstw i oszustw wobec niewinnych i niczego nie świadomych osób. To zawsze sprawia, że czuję się fałszywym chujem o skorodowanym sumieniu tabloidycznej hieny! Facet myślał, że bierze udział w ulicznej sądzie. Za dwa dni zobaczy swoje zdjęcie w gazecie, jako głównego bohatera materiału na zupełnie inny temat. Moralny upadek i notowań nagły spadek, jak śpiewa Peja. Duma z poradzenia sobie z zadaniem miesza się we mnie z poczuciem kompletnej porażki. „Jak sobie Szef wymyśla takie materiały, to niech potem odbiera telefony od wkurwionych ludzi” – komentuje Spider wsiadając do gabloty. Boże, spieprzajmy już stąd. Jest mi niedobrze. Prócz standardowego kaca, męczy mnie kac moralny i wspomnienia cierpiących dzieciaków ze szpital. Niech ten dzień się już kurwa skończy…

Bush on cocaineNie ma zasadniczej różnicy pomiędzy zwykłym dziennikarzem, a dziennikarze tabloidu, jeśli chodzi o rolę, jaką alkohol pełni w ich pracy. Jest ona mniej więcej taka sama, jak w życiu wszystkich obywateli tego Grajdoła! Jednym słowem, rzeczywistość na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Zazwyczaj jednak jakiekolwiek „spożycie” na terenie zakładu, a już szczególnie w godzinach pracy, zakrawa na zbrodnię przeciwko moralności… Wszak nie tu.

Wkraczam dziarsko i z rozpędu na zakład o 9:05. Pierwszą rzeczą jaką widzę, są leżące na biurku zwłoki Szefa, czule obejmujące maślankę truskawkową. Na „cześć” odpowiada mi, pełne bólu, cierpienia i dezorientacji, nieprzytomne spojrzenie zza przekrzywionych oprawek. Oho, ktoś tu jest na kacku gigancie.

Praca z Szefem, gdy jest na kacu, w brew pozorom nie jest uciążliwa. Oczywiście pod warunkiem, że da się mu święty spokój i nie dręczy zbędnymi pytaniami. Cierpi sobie wówczas w cichości, nie wtrącając się w życie redakcji, z rzadka tylko pojękując nad swym losem, przypominając tym samym, że jeszcze dycha. W przypadkach bardziej ekstremalnych, takich jak kacyk gigant, Szef znika na dłuższy czas w kanciapie foto, gdzie zalega na rozkładanej kanapie i normalnie wali w kime! Nie przeszkadza mu wówczas ani słuchany przez Spidera black metal, ani oglądane przez Małego Popierdola filmy, ani nawet „Świat według Kiepskich” męczony w kółko i bez końca przez Bułę. Facet, najzwyczajniej w świecie, śpi na kacu (w godzinach pracy) i ma ten hałas w dupie.

Na terenie zakładu zabrania się spożywania alkoholu przed godziną… ruchomą. Zazwyczaj pierwsze piwko lub kolejka przetoczy się przez redakcję około wczesnego popołudnia. Jej prowodyrem najczęściej jest Antena. Szef aprobuje 9/10 jej suplikacji, a w 8/10 sam aktywnie uczestniczy. Co się tyczy Pięknej, to nie pije ona browarów w ogóle. Zwyczajnie (choć w Grajdole nie jest to zwyczajne) ich nie lubi. Foto również nie piją w robocie ale tylko dlatego, że każdorazowo przyjeżdżają na zakład furami. Ja natomiast staram się uszanować tutejsze zwyczaje i jeśli nie muszę, nie odmawiam.

Wiąże się z tym niezwykle odpowiedzialna rola, jaką pełnię na zakładzie. Jako najmłodszy stażem, jestem „etatowym biegłym” redakcji, to znaczy etatowo biegam po alkohol do sklepu. Zresztą, funkcja ta towarzyszy mi tu od drugiego dnia pobytu, kiedy to po raz pierwszy usłyszałem, wielokroć później powtarzane polecenie służbowe: „Młody, skocz mi po fajki”.

Więc jako biegły, o ile tylko jestem na zakładzie, jestem wysyłany po alkohol. Kitram go zawsze do torby lub plecaka, by ukryć przed oczami biurowych sąsiadów i potencjalnych redakcyjnych petentów. Po powrocie zamykam drzwi na skobelek i tym samym oficjalnie redakcja kończy pracę. Najwcześniej zdarzyło się nam skończyć w ten sposób robotę o 11:30… Zaryglowanie drzwi nie oznacza oczywiście fizycznego końca pracy. Ten następuje dla mnie dopiero po wystukaniu odpowiedniej ilości kup, szortów, zajawek i innych, utrzymanych we wstrząsającym tonie, materiałów. Tu trzeba przyznać, że pierwsze dwa piwa bywają bardzo pomocne, przynosząc wielorakie pomysły na konstelację tych samych 150 słów, których zmuszony jestem używać. Z każdym kolejnym bronksem jest już jednak coraz trudniej. Szef na zakładzie zostaje nawet do 21. Trudno zatem się dziwić, że do roboty zdarza mu się przychodzi na solidnej, wczorajszej bańce.

Alkohol grubszego kalibru zawsze kitramy w biurku Szefa. Tam też (swoją drogą na oczach przełożonego z centrali) trafiła kiedyś wóda, którą przyniosłem żegnając się z tym burdelem. Prawda jest taka, że bardzo wówczas zapulsowałem, zarówno w oczach Szefa, jak i przedstawiciela centrali. Dlaczego? Bo w tym fachu w gaźnik walą wszyscy! Kto nie pije, ten jest podejrzany. Przełożony również! Tym bardziej ja. Dlatego moje (sporadyczne) poranki na kacu w redakcji spotykają się ze zrozumieniem i sympatią – szczególnie ze strony Szefa. I jak praca tu może być „normalną pracą”?

Foto, choć nie piją z nami na co dzień, także walą w mandarynę na zakładowych imprezach. Te jednak zdarzają się tylko od czasu do czasu. (Codzienna konsumpcja nie zalicza się w ich poczet…). Dlaczego? Ponieważ pomiędzy foto, a nami – redaktorami, przebiega pewna zasadnicza różnica. To jednak zbyt antropologiczno-ontologiczna kwestia, by wspominać o niej przy tak plebejskim temacie jak alkohol. (Prawda jest bowiem taka, że nie ma żadnej filozofii picia. Jest tylko technika picia).

 

CapoAforyzm Szefa na dziś:

Największą tajemnicą jest dla mnie, jak ja się w tym stanie dałem radę kurwa umyć i ogolić sobie mordę!?