Tag Archive: fotoreporter


Dzień pieprzonego kundla

Antoś, przepraszam, że cie uprałamSytuacja jest napięta jak plandeka od żuka. Dziś ogólnopolski dzień kundelków – święto które kompletnie wali wszystkich normalnych ludzi. Czyli nie naszą centrale. Żeby było lepiej, te ciule najwyraźniej o dniu burka zapomniały, bo na gwałt zlecają przygotowanie materiału. Szef, wkurwiony jak sto pięćdziesiąt, bo roboty na zakładzie nie brakuje, wysyła mnie i Spidera na miasto. Mamy czym prędzej znaleźli babę z kundlem do zdjęcia. Jest 11:30 i to tu właśnie, za przeproszeniem, leż pies pogrzebany.

„Gdzie my o tej porze, do kurwy nędzy, znajdziemy kobite z kundlem?” – Spider zastanawia się na głos z miną kogoś, kto ogląda gówno w które właśnie wdepnął. W naszym zadaniu istnieje zasadnicza trudność, która polega na tym, że właścicielka psa musi być młoda i ładna. O tej porze wszystkie młode laski, bez względu na to czy są ładne czy brzydkie, siedzą w pracy albo na zajęciach. Jeśli ktokolwiek spaceruje z psem po mieście w samo południe, to musi być emerytem, inwalidą, ewentualnie bezdomnym lumpem. Patrolujemy pierwszy z brzegu park, dwa deptaki i kilka skwerów. Nie jest nawet tak źle, bo spotykamy jakieś psy. Niestety, żaden z nich nie jest kundlem, a właścicielom zgolenie wąsów też by nie pomogło w udawaniu kobiety. Co dopiero młodej, o ładnej nie wspominając! Jedziemy do największego parku w mieście. Absurd tego zlecenia sprawia, że czuję się jak ciota. Spaceruję alejkami parku z drugą, tak samo jak ja bezradną cipą, i aferujemy się wypatrzonymi psami! Dlaczego nikt nie mógł wpaść na ten przezajebisty pomysł dzień wcześniej? Przecież wszyscy (których to kurwa interesuje) wiedzą, kiedy jest dzień kundelka! Ustawiłoby się kogoś znajomego z psem i pozamiatane. Spider ciska się tym bardziej, że sam zna się co nieco na tych łażących pchlich koloniach i ma sporo znajomych z czworonożnymi pasożytami. Teraz te znajomości zdadzą się psu na budę. A zegar tyka, tik-tak, tik-tak…

Robimy drugie kółko, a Szef dzwoni trzeci raz z ponagleniem. „Macie tego psa?” – pyta. „Chuja mamy a nie psa! Jest środek dnia i, wyobraź sobie, wszyscy tu chodzą z psami. Całe kurwa miasto psów!” – wyzłośliwia się Spider. Niema innego wyjścia, musimy oddzielnie znaleźć burka i dziewczynę. Najgorsze jest to, że nigdzie nie widać nawet porządnego kundla. Same rasowe bydlęta spacerujące ze swoimi podstarzałymi karmicielami. „Dup jest sporo, psów też trochę, ale ani jednej dupy z psem” – filozoficznie zauważa Spider. Wreszcie nadarza się coś, co z przymrużeniem oka można by nazwać kundlem. Jest mały, ma kolor parówki i szwenda się w okolicy mamroczącego do siebie dziadygi. Jest pies, teraz trzeba znaleźć dziewczynę, która zgodzi się wziąć na ręce tego wypożyczonego od mamrota pimpka i udawać, że bardzo go kocha. Wleczemy się kilka metrów za dziaduniem, który co i rusz sięga po skitranego w reklamówce browarka i nagabujemy mijane dziewczyny na zdjęcie z pokracznym pikusiem. Jestem zszokowany, że żadna nie ma ochoty…

„Patrz! Jest dziewczyna z kundlem!” – Spider aż podskakuje z wrażenia. Bierzemy ją na litość. Już pal licho z wypowiedzią, byle dała się sfotografować z tym swoim łażącym dywanem, którego prowadza na smyczy. Babka daje się naciągnąć na zdjęcie ale pojawi się little problem: pies, choć ciapek, nie jest kundlem, a ona, obejrzana z bliska, wcale nie wydaje się młoda. Trudno, darowanym zębom się w konia nie patrzy! Zawijamy na zakład, a Spider po drodze dzwoni do redaktora wydania, popisując się mistrzostwem dyplomacji i marketingu. Udaje mu się przepchnąć tę 43 letnią babkę z borderem collie!

„Zajebiście” – kwituje moją opowieść Szef. „A teraz siadaj i pisz na biegu litery do tych psów” – dodaje. O nie! Tego się właśnie obawiałem. To jeszcze nie koniec męczarni z jebanym kundlem w tle! Nie dość, że czasu mało, to jeszcze 1800 znaków – czyli duży materiał. Ja pierdzielę… 1800 znaków to niewiele, ale nie jeśli trzeba utrzymać całość w określonej, „silnej” stylistyce, a tym bardziej nie wtedy, gdy się nie ma bladego pojęcia o temacie. Więc siadam i pisze. Sprawdzam co piszą o kundlach w necie, dzwonię do jakiegoś schroniska w poszukiwaniu inspiracji, próbuję przypomnieć sobie jakieś biologiczne ciekawostki ze szkolnych czasów. Szef co jakiś czas szturcha mnie poganiaczami w stylu „Już?”, „Jak ci idzie?”, „Ile masz?”. To się nazywa gówniana robota pod silną presją czasu.

Wpadają jakieś dwie babki z tortem i śpiewają Szefowi sto lat. Kurwa, co jest grane? Aaa! To z okazji urodzin jakiegoś tam centrum handlowego. Zawsze przynoszą mu wtedy słodycze, bo mają nadzieję, że napiszemy o nich coś z tej okazji. Szef bierze „łapówki” poczym nie piszemy o sprawie ani słowa. Standard ale słodycze przynoszą nam dalej. „Częstujcie się” – mówi do nas, gdy dziewuszki wychodzą. „Ty nie chcesz?” – pyta Piękna. „W życiu! To gówno ma z milion kalorii” – oburza się Szef.

Antena i Piękna zawinęły się już na chatę. Ja siedzę nad drobnicą. Cały dzień zmarnowany na święto jebanych burków, ciapków, murzynów albo innych azorów, czy jak tam te stare krowy wołają na te swoje kundle, nie zwalnia mnie z mojego zawszonego obowiązku wystukania odpowiedniej ilości kup i szortów. Szef, siedzący za moimi plecami trajkocze przez telefon z kumplami z centrali. Ostatnio mieli jakieś grube balety i widzę, że Szef nie pamięta całej imprezy. Sonduje teren, by sprawdzić czy nie narobił jakiejś poruty. „Nie, to zajebiście, wszystko OK. Tak mi się wydawało, bo wiesz, jakbym narobił bydła, to bym sobie po dwóch dniach przypomniał. Tak już mam”. Jego rekonstruowanie imprezy za pomocą znajomych jest tak samo zabawne co żałosne. „To pamiętam. Pamiętam też że spałem na barze. No… A! Te akcję też pamiętam. Spoko, bałem się, ze zrobiłem coś gorszego” – rechocze tym swoim, rozbrajającym mnie, skrzekiem starej ropuchy. Uwielbiam tego gościa! Bez kitu! „Tylko nie mogę dojść, kiedy sobie te spodnie tak upierdoliłem sokiem porzeczkowym czy czymś takim. No mówię ci stary mam takie plamy na gaciach jakbym się kurwa tarzał gdzieś pod stołem” – mało nie parskam śmiechem na te słowa.

Kończę robotę. Zbieram się do wyjścia i ugaduję z zarządcą tego Mordoru jutrzejszą wachtę. Chce przyjść nieco później. Muszę odstawić trochę pańszczyzny na uczelni. „Aaaa!” – reflektuje się Szef. „Mam tu esa do ciebie: Przekaż Młodemu podziękowania od chujów z centrali. Bardzo dobry tekst”. „Dzięki. Umierałem przy tym tekście o burkach” – przyznaję. „Hehehee… Czekają cię jeszcze gorsze. Ale serio, bardzo dobry teks. Ten ostatni też”. Przybijamy pionę i wychodzę.

Aforyzm Szefa na dziś:

Co za życie. Czas umierać. Chyba się napiję dla odmiany.

Reklamy

Targety

nie śpię bo trzymam kredensCzyli mój niemalże codzienny, zasrany obowiązek. Zazwyczaj nie ma z nimi większego problemu, czasem jednak potrafią zepsuć człowiekowi cały dzień! Jeśli mogę sobie pozwolić na poetyckie porównanie, to powiem, że targety są jak defekacja. Normalna, codzienna procedura, ale jeśli trafi się obstrukcja lub biegunka – Krzyż Pański! Co to takiego ten target? W ponad 150-letniej historii tabloidów nie zmieniły się, i zapewne nigdy nie zmienią, tylko dwie rzeczy: gra na emocjach i apoteoza prostego człowieka. Owa apoteoza jest oczywiście bardzo instrumentalna, a targety są jej najlepszym przykładem. Target to nic innego, jak prosty człowiek z ulicy, wypowiadający się na jakiś temat. Tylko tyle, i aż tyle!

„To jest najbardziej przejebana robota jaka tylko może być i nie ukrywam, że zwalę ją na ciebie” – mówi Szef wręczając mi kartkę z, zapowiadanym od dwóch dni jako Armagedon najwyższego stopnia, zadaniem. „Bierzcie się ze Spiderem do roboty, macie na to dwa dni”. Misja to znalezienie 22 targetów do ogólnonarodowej sondy na temat sympatii politycznych. Oczywiście nie możemy wziąć pierwszych z brzegu dwóch tuzinów ludzi. Dyrektywa z centrali jest bezlitosna. Mamy znaleźć po dwie sztuki: emerytów, nauczycieli, studentów, fryzjerów, księży, policjantów, urzędników, budowlańców, lekarzy, sekretarek i rolników! Reakcję Spidera przytoczę jedynie w matematycznym skrócie: „kurwa mać” x250, „pojebało ich” x120, „popierdolone pomysły zza biurka” x70, „mam to w dupie” x45 i „małe, głupie cweliki” x17 (plus x3 „czemu zawsze pada na mnie?”).

Księży, za aprobatą Szefa, wykreślam z listy od razu. Stawiam kija przeciw gołej dupie, że jednego szukałbym tydzień! Policjantów, nauczycieli i lekarzy odstawiam na jutro. Spróbuję ustawić ich poprzez związki zawodowe. Ruszamy w miasto polować na resztę…

Gdy normalny dziennikarz zbiera materiały do artykułu, bardzo cennymi cegiełkami w tej budowli są ciekawe wypowiedzi zwyczajnych ludzi z którymi rozmawia. Natomiast dziennikarz tabloidu (tylko jako didaskalia odnotuję pytanie, czy dziennikarz tabloidu rzeczywiście jest dziennikarzem?) tak naprawdę ma głęboko w dupie to, co mówią ludzie z ulicy, których indaguje. Dziennikarz tabloidu nie potrzebuje ich wypowiedzi (bo sam je wymyśli). On potrzebuje ich zdjęcia! To, o co naprawdę chodzi w targetach to zdjęcie! Jeżeli interlokutor zgodzi się na fotkę – jesteśmy w domu i reszta jest nie ważna.

W praktyce wygląda to tak. Podbijam do ofiary i próbuję nawiązać rozmowę. Foto trzyma się z tyłu, by nie wystraszyć jej obiektywem. (To dzisiejsze realia. Jeszcze parę lat temu było tak, że foto nie czekał na jakąkolwiek łączność pomiędzy redaktorem, a targetem. Cykał zdjęcie gościowi na chama – bez pytania, zgody i jakiejkolwiek wazeliny. Na szczęście dla ludzkości, a na nieszczęście dla foto, te czasy już minęły.) Najskuteczniejsza gatka zaczepna, to przedstawienie się jako dziennikarz przeprowadzający sondę. Tu pada telegraficzny skrót tematu i pytanie, co pan/pani o tym sadzi. Najczęściej jest tak, że jeśli ktoś nie karze mi spadać w ciągu pierwszych 5 sekund rozmowy, udaje się go naciągnąć na wypowiedź. (Zdjęcie to odrębny rozdział w tej krótkiej historii). Ludzie, jeśli tylko się nie spieszą, chętnie biorą udział w sondach, bo (1) daje im to poczucie ważności; (2) mogą wyładować swoją frustrację na polityków/urzędników/sąsiadów/cały świat; (3) myślą, że pozostają przy tym anonimowi. Opinię targeta pobieżnie notuję sobie w kajeciku. Jeśli nie odpowiada złożonemu przez Szefa zamówieniu, staram się lekko naprowadzić ofiarę na „właściwe” tory. (Kiedyś o tym opowiem ale trzeba ci już teraz wiedzieć, drogi czytelniku, że biorąc się za temat, nie mam przedstawić rzeczywistości, tylko zrealizować ustalone przez Szefa lub centralę założenie. Dlatego zawsze dostaję zamówienie na konkretnego targeta, typu: „wkurwiony na dziury kierowca”, „wkurwiona na urzędników baba z dzieckiem”, „wkurwiony na służbę zdrowia emeryt”). 3/4 targetów musi być na coś wkurwionych. Pozostała 1/4 to hura optymiści, zachwyceni jakimś aspektem. Tak czy siak, muszą pozostawać skrajnie wyraziści. Zakładając, że ofiara zgodziła się na wypowiedź, rozpoczyna się najtrudniejsza część zadania, która składa się z trzech poziomów: zdobycie personaliów targeta, jego wieku i zdjęcia. Najważniejsze jest oczywiście zdjęcia. To sedno sprawy. Zaczynam jednak od nazwiska. Kieruję się taktyką „duży-wielki-malutki krok”. Ludzie mają oczywisty opór przeciwko podaniu swoich personaliów. Gdy ktoś staje okoniem (ale jeszcze nie ucieka) proponuję mu taki deal: „Oczywiście może pan/pani powiedzieć, że się nazywa Jan/Grażyna Kowalski/Kowalska, mi to nie przeszkadza, my robimy tylko sondę…”. To ośmiela targeta, który najczęściej podaje mimo wszystko prawdziwe dane. Teraz przychodzi kolej na „krok wielki”. Do akcji wkracza foto – o ile nie jest to Spider, bo on najczęściej wtrąca się już wcześniej. Akurat w jego przypadku jest to korzystne. Ma on bowiem niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktu z prostymi ludźmi. Dzięki niej umiejętnie rozładowuje napięcie, jakie pojawia się w chwili, gdy w polu widzenia targeta pojawia się celujący weń obiektyw. „To jeszcze kolega zrobi malutkie zdjęcie do dokumentacji” – ni to stwierdzam, ni pytam. Oczywiście większość ludzi protestuję. Czują jednak zobowiązanie konsekwencji, bo ich wypowiedź i nazwisko widnieje już w moim kajeciku. Wszystko musi rozgrywać się szybko, do póki człowiek nie ma czasu przemyśleć sytuacji. Foto zdjęcia robi na biegu, zanim target się rozmyśli. Następnie gremialnie dziękujemy ofierze za pomoc, a ja przechodzę do trzeciego, „malutkiego kroku”. „To jeszcze niech mi tylko pan/pani swój wiek poda…”. Wbrew pozorom ludzie bardzo często na tym etapie zaczynają się wycofywać rakiem. Szczególnie kobiety. Jeśli idzie ciężko, proponuję ten sam deal, co przy personaliach. Tym razem wiele osób idzie na układ…

Jak wiele jest targetów, tak wiele jest „sposobów na targeta”. Ja staram się zawsze brać ludzi na uśmiech, z jednoczesną szczyptą powagi i profesjonalizmu. Zdarza mi się też brać ich na litość. Nie lubię natomiast podejścia Małego Popierdola, który, chcąc mi zapewne pomóc, od razu wali człowiekowi w twarz, że potrzebujemy wypowiedź i zdjęcie. Naturalnie nie chodzi mu o uczciwość wobec targeta, tylko o to, by szybciej skończyć sprawę. Najczęstsze typy targetów to emeryt, młoda matka z wózkiem, kierowca za kółkiem, rodzic z dzieckiem i zwykły facet do 45 roku życia. Oczywiście zdarzają się też bardzo egzotyczne zamówienia typu „niewidomy emeryt bez lewej nogi, który nie może wejść po zepsutych ruchomych schodach z kundlem przewodnikiem i siatą zakupów”. Przy czym decydentów kompletnie nie obchodzi, w jaki szatański sposób wytrzasnę takiego targeta. Ma być, koniec i chuj! Każdorazowo przemowa motywacyjna jest podobna: „Jak to kurwa nie ma?! Tu mieszka 40 mln ludzi, na pewno gdzieś taki jest. Ruszcie dupy i go kurwa znajdźcie!” Dlatego w tej pracy bardzo przydaje się szerokie spektrum znajomych. Tu warto uściślić, znajomych, którzy zgodzą się dać sfotografować, gdy w zleceniu trafi się obstrukcja lub biegunka…

Oczywiście niepytany nigdy nie przyznaję się z jakiej jestem redakcji. Wiele indagowanych osób w ogóle o to nie pyta, co jest mi na rękę. Gdy pytanie padnie, mówię prawdę. Są oczywiście tacy, co to od razu mówią „dowidzenia” i biorą nogi za pas, gdy dowiedzą się kto i zacz jesteśmy. Są jednak i tacy, którzy z radością wrzeszczą „Super gazeta! Będę na zdjęciu, naprawdę?!”. Najczęściej są to pocieszni emeryci, którzy nagle dostają słowotoku… Target powinien dostać od nas do podpisania tzw. zgodę. Jest to dokument uprawniający nas do opublikowania jego wizerunku (i późniejsza podkładka w razie prawnych bulwersów). Najchętniej podtykałbym te zgody każdemu, bo jak cholera obawiam się wezwania z sądu (które w tej robocie są codziennością). Foto jebią mnie jednak każdorazowo, gdy sięgam po zgodę, bo obawiają się, że taregt ze wszystkiego się wycofa. Z tego punktu widzenia mają rację, bo w skali „trzech kroków”, podpisanie czegokolwiek jest dla targeta wyzwaniem równie wielkim co zgoda na zdjęcie.

„I jak poszło?” – pyta Szef, gdy powłócząc nogami wracam na zakład. Jak? Pomijając milion kilometrów po mieście z buciora i drugie tyle zaczepionych ludzi, to całkiem nieźle. Mam wszystkich z wyjątkiem księży, lekarzy, policjantów i nauczycieli. Najgorzej było z budowlańcami i golibrodami. Ci pierwsi spieprzali przed nami na rusztowania, a panie fryzjerki dały się dopaść dopiero w tysiąc siedemset trzydziestym dziewiątym odwiedzonym salonie. „Siadaj i dzwoń do związków zawodowych, a potem spisz mi wszystkich tych chujów w jednym pliku” – zarządza Szef. „Dlaczego nie możemy załatwić lekarzy i policjantów przez kontakty Pięknej?” – pytam już znad klawiatury. „Bo nie mam zamiaru nadużywać ich do tak chujowej roboty. Nie będę psuł sobie z nimi dobrych układów. Po prostu znajdź kogoś innego” – tłumaczy Wielkie Oko stojące za moimi plecami i ćmiąc fajka. „Jeszcze jakieś dobre wiadomości?” – pytam przekornie. „Tak, nie pobiję cię jeśli nie załatwisz wszystkich z listy” – mówi zupełnie poważnie i wychodzi.

Siedzę i wymyślam powody dla których ten czy tamten osobnik sympatyzuje z taką lub sraką opcją polityczną. Rozmawiając z ludźmi nie pytałem „dlaczego?”. Po pierwsze zniechęcało to rozmówców, po drugie, większość ludzi ma problem z racjonalizacją swoich decyzji. Poza tym, nikogo to de facto nie obchodzi! Prawda jest taka, że to co powie target muszę przerobić najpierw ja, potem Szef, a na koniec jeszcze centrala. Jak więc miałoby pozostać cokolwiek z jego oryginalnej wypowiedzi? Zresztą, daje sobie uciąć lewe jajo, że nie tylko w tabloidach tak się robi. Podkoloryzowanie wypowiedzi bohatera to praktyka wszystkich dziennikarzy i  to nie tylko w Grajdole! Piszę to wszystko tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś zaczepił cię na ulicy jakiś gość i zapytał czy weźmiesz udział w szybkiej sądzie…

Aforyzm Szefa na dziś:

Jestem niewyspany, więc jak chcesz mi coś powiedzieć, to używaj wielkich liter, prostych zdań i dużych odstępów.

Becikowe pod presją

Rano tradycyjnie piszę drobnicę. Nic specjalnego. Kilka szortów i jakaś kupa na lokal, plus coś ekstra na kraj. Potem dostaję od Szefa misję w terenie. „Pojedziecie na porodówkę zrobić babę z dzieckiem do materiału o becikowym. Dzwoń do Pięknej, wyjaśni ci szczegóły.” Więc dzwonię. Kobietę po porodzie ma nam wystawi pani dyrektor szpital. „Tylko pamiętaj, że musisz jej powiedzieć kilka komplementów, bo strasznie jest wrażliwa na tym punkcie” – tłumaczy w pośpiechu i się rozłącza. Mały Popierdol już na mnie łypie stojąc w drzwiach, więc nie mam czasu by sprawdzić w necie jakiś background.

Nie lubię takich akcji, bo na nich najłatwiej się wyłożyć. Im mniej wiesz o temacie w który wchodzisz, tym większą można dać plamę i tym większy wpierdol zebrać. Wiem, to truizm. Ale boleśnie prawdziwy. Nie chodzi tu wszak o to, co ostatecznie napiszę (dramatyczny materiał o przymierających głodem rodzicach z małym dzieckiem, którym miasto chce zabrać becikowe). Jeśli niczego nie zaimprowizuję, baty zbiorę w terenie, od Małego Popierdola. Problem jak zawsze polega na tym, że zarówno on, jak i Szef to rutyniarze. Robili takie rzeczy milion razy. Ja ciągle jestem na etapie tych bolesnych „pierwszych razów”…

Idziemy korytarzem. Czuję presję obecności Małego Popierdola. Nerwowo powtarzam w głowie plan działania, warianty rozmowy i nazwiska. Z nazwiskami zawsze jest najgorzej. Pomylisz jakieś i już jest pozamiatane. Łapczywie czytam wszystkie tabliczki na mijanych drzwiach. Stresuje mnie nie ta robota ale bezlitosna apodyktyczność Małego Popierdola, który czyha na moje najmniejsze zawahanie. Zupełnie inaczej pracuje się ze Spiderem. Napieprza się czasem ze mnie ale zawsze mogę liczyć na wsparcie ogniowe w postaci artylerii jego doświadczenia. Teraz, oczami wyobraźni, widzę jednak jakąś wtopę i sadzącego się Małego Popierdola. „Kurwa, Młody, powinieneś to wiedzieć. Powinieneś się do chuja przygotować przed robotą!” Ciekawe tylko kiedy…

Kadzę pani dyrektor i rozmawiamy trochę o wyborach. Stara, spróchniała rura, z arystokratycznym grzybem na mózgu, wzywa wreszcie pielęgniarkę, która zabiera nas na oddział. Nie cierpię szpitali. Po minie Małego Popierdola widzę, że on też. Nieoczekiwanie nawiązuje się między nami nić porozumienia, oparta na wzajemnej niechęci do otaczającej nas sytuacji. Pielęgniarka na raty znajduje nam ofiarę. Wbijamy ostatecznie do małego, zielonego i dusznego pokoiku. W środku dwa łóżka, dwa nosidełka dla noworodków i sześcioro ludzkich istnień: dwóch ojców, dwie ledwo żywe matki na pryczach i dwa oseski w pieluchach. Aż mnie skręca na widok tych kobiet. Widać, że są wykończone porodami a siłę czerpią tylko z bliskości niemowląt. Zmęczone, rozkojarzone oczy, sklejone zaschniętym potem włosy i na przemian blade i czerwone plamy na skórze. Zawstydzone uśmiechy zdradzają, że wiedzą jak wyglądają. My też jesteśmy zawstydzeni. To są chwile, gdy przy kobiecie powinien być tylko jej mąż. My nie chcemy ich oglądać, a one nie chcą być oglądane przez nas. Ale jesteśmy w robocie, wiec nie ma miejsca na wrażliwość…

Wychodzimy ze szpitala. W zasadzie to wypierdalamy stamtąd w trymiga! Mały Popierdol ciężko wzdycha. „Nienawidzę takich zdjęć” – mówi. „Te dzieciaki, te rozpieprzone kobiety… Jeszcze gdyby tam wejść z jakąś babką, ale tak: dwóch facetów, kurwa…”. Widziałem po nim, tam w zielonym pokoiku, że stracił połowę pewności siebie robiąc zdjęcia. Ja nie byłem lepszy, bo zapytałem obie matki o takie banały, że aż mi było wstyd, że przeszkadzam im w dochodzeniu do siebie takimi pierdami! „Na co najczęściej wydaje się becikowe?” Kurwa, jestem pewien, że gdyby nie ciekło z nich wszystkimi fizjologicznymi otworami, zabiłyby mnie śmiechem!

Zadziwiająco dużo rozmawiam z Małym Popierdolem (lub raczej on ze mną). Już wczoraj zauważyłem, że traktuje mnie jakoś inaczej, jak… człowieka. Nie jak równego sobie rzecz jasna, ale jak człowieka – nie jak gówno! Raz nawet zwrócił się do mnie po imieniu… Z jednej strony mnie to fascynuje, z drugiej niepokoi, bo silnie zbija z tropu. Na razie nie ufam temu ociepleniu, bo wiem do czego jest zdolny ukrywający się w nim Hannibal Lecter.

Hillary Clinton adopts alien baby„Tam się pewnie nic kurwa nie dzieje, ale idź sprawdzić” – mruczy do mnie pod nosem Mały Popierdol. Stoimy pod Urzędem Pracy. Szef wymyślił sobie, byśmy przy okazji materiału w terenie sprawdzili, czy w urzędzie są kolejki. (Ludzie w kolejce = gotowy temat!) W wejściu mijam lekko podśmierdziały margines społeczny. Zagłębiam się w obskurne korytarze i już wiem, że oto właśnie staję przed ciężkim dylematem. Ludzi jest oczywiście w pizdu! Ale wiem to tylko ja…

Zasadniczo moim przełożonym jest tylko Szef. W terenie to ja mam decydować co i jak robimy, a foto powinni mnie słuchać. Jako jednak, że są milion razy bardziej doświadczeni (i z racji tego, że mniej lub bardziej mną gardzą), to ja muszę słuchać ich. A ich imperatyw jest jeden: narobić się jak najmniej. Prowadzi to do bardzo chujowej sytuacji, w której znajduję się pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem (via dupą a sedesem)! Czemu? Ponieważ Szefowi zależy na tym, by wydusić temat ze wszystkiego. Nawet jeśli tematu de facto nie ma, trzeba kombinować tak, by powstał z niego materiał (tzw. kreowanie rzeczywistości na potrzeby gazety). Szef siedzi jednak za biurkiem na zakładzie. A w samochodzie w terenie siedzi ze mną foto. On natomiast ma wszystko gdzieś i chce jak najszybciej skończyć robotę. Dochodzi do tego, że foto tną Szefa w chuja przy każdej możliwej okazji i omijają tyle zleceń, ile się tylko da. Zaś zlecenie „sprawdźcie, czy coś się nie dzieje…” jest już najwygodniejszym do olania ze wszystkich! Zawsze można przecież powiedzieć, że nic się nie działo… Notorycznie znajduję się więc w potrzasku pomiędzy lojalnością wobec Szefa i solidarnością z foto (bezpośrednimi współpracownikami). To także potrzask pomiędzy zjebką z jednej lub z drugiej strony, bo jeśli cokolwiek się spierdoli, zawsze będzie to moja wina. Jeśli olejemy temat, a okaże się, że dało się z niego wykręcić materiał – Szefa będzie się pruł dwa dni. Jeśli się uprę i zaciągnę foto na jakieś zadupie, a żadnego materiału nie uda się tam wykręcić – mam przejebane u nich…

To jednak tylko jedna strona medalu. Lub w zasadzie tylko dwie. Jest bowiem jeszcze trzecia: moja własna! Paradoksalnie, mojego interesu nauczył mnie kiedyś Spider, i pośrednio Mały Popierdol (jeżdżąc po mnie jak po burej suce). Jaki jest sens dodawania sobie roboty? Może uda się namierzyć gdzieś przy okazji grubszy temat ale, po pierwsze: jest to mało prawdopodobne, po drugie: co z tego wyniknie? Odpowiedź jest równie prosta co druzgocząca – nic! Jakikolwiek temat wymyślę, muszę przecedzić go przez sito tabloidycznej formy. Efekt? Koniec końców napiszę takie samo gówno jak zawsze. Nie warto się dla niego narażać na ryzyko zjebki od foto, przy wyjątkowo cherlawym prawdopodobieństwie pochwały od Szefa. Prawda jest taka, że na dyskretnie olanym temacie nikt nie jest stratny! Ja nie, bo przecież pracuje w tabloidzie, więc nie czuję, bym przy takiej okazji mógł stracić potencjalne opus magnum działalności dziennikarskiej. Foto nie, bo raz, że i tak mają to wszystko w dupie i najchętniej wrócili by już do redakcji oglądać filmy i klipy na youtube, a dwa, że taki temat dołoży im jedynie roboty. Szef też nie, bo bez problemu wymyśli inny materiał, który zrealizuję przy użyciu googli i telefonu. Jednym słowem: poco dodawać sobie roboty, skoro nikt tego nie doceni, zjebka jest bardzo prawdopodobna, a brakujące 1300 znaków w gazecie bez trudu wypełni się materiałem „zza biurka”?

„Ni chuja, nic się tam nie dzieje” – melduję Małemu Popierdolowi wsiadając do samochodu. „Wiedziałem… bez sensu o tej porze tu przyjeżdżać” – burczy pod nosem foto. Zjeżdżamy z powrotem na zakład…

Mały Popierdol

Zabił, bosmierdziały mu nogiNienawidzę pracować z tym gościem. Wracam na zakład po trzymiesięcznej przerwie i od wczoraj śni mi się on: Mały Popierdol! Mały Popierdol jest fotoreporterem. Ja jestem redaktorem ale moje stanowisko jest poważniejsze tylko z brzmienia.

W wejściu spotykam Spidera. Oddaje mi dwie dychy za zeszłoroczny „wypad na trupa” za miastem. To była moja pierwsza sprawa z umarlakiem w roli głównej. Spider bardzo mi wtedy pomógł – bynajmniej nie bezinteresownie. W każdym razie zapomniałem już o tych pieniądzach. On nie…

Szef wita mnie więcej niźli ciepło. Szybko dogadujemy się co do nowych warunków współpracy. Czuję, że mocno idzie mi na rękę, zwłaszcza w kwestii porannych zajęć na uczelni. Klawo! Gadamy trochę o tym co działo się w branży przez ostatnie trzy miechy, a działo się kurwa więcej niż dużo! Przegapiłem kilka naprawdę grubych akcji. „Ostatnie dwa miech robiliśmy wszystko w dwie osoby. To był kurwa koszmar! Cały czas coś się działo. W chuj bieżączki: samo podpalenia, katastrofa lotnicza, seryjniak i dwóch psychopatów: pirotechnik i nożownik. A tu akurat Piękna na urlopie, a Antena w gipsie. Wszystko robiliśmy do spółki z Mercedesem.” – Na jego twarzy widzę autentyczne zmęczenie psychiczne i ani śladu dumy z tego, że cztery materiały weszły im na okładkę. Gość jest niesamowity! Choć praca z nim bywa „więcej niż niełatwa”, facet jest dla mnie zawodowym autorytetem. To chuj, że jest bezlitosną tabloidyczna hieną. Chłop zna się kurwa na swoje robocie, jak nikt inny na świecie!

Odwaliłem na biegu pańszczyznę na kraj: kupę (o tym, jak to przypadkowy przechodzień cudem unikną śmierci pod oberwanym gzymsem remontowanej kamienicy) i kilka banalnych szortów na lokal. O co chodzi z „kupą”, „szortem” i „lokalem”? Wyjaśnię z czasem… Ważniejsze jest to, że Szef zaraz posłał mnie w teren. Z kim? (Werble: Tadam-tadam-tadam!) No oczywiście z Małym Popierdolem! To najlepszy dowód na to, że czarnowidztwo stygmatyzuje rzeczywistość. „Chodź młody” – tyle słyszę od niego na dzień dobry i wielce wątpię, bym kiedykolwiek usłyszał coś milszego.

Jeśli ta redakcja jest Mordorem, to Mały Popierdol jest Królem Nazguli. Każdy „skurwiel”, „złamany chuj” czy „zawszony ludzki pestycyd” wyrecytowany pod jego adresem, trafia w samo sedno sprawy. Przez całą moją dotychczasową karierę tutaj kierowałem się czymś w rodzaju Tao Unikania Małego Popierdola. To typ gościa, którego zasób słownictwa nie wykracza poza 3000 wyrazów i który nie jest w stanie skonstruować zdania bez posiłkowania się „kurwami”. To jeden z tych aroganckich, zadufanych w sobie dupków, przy których człowiek zawsze czuje się stłamszony. To także jeden z tych wściekłych psów, który nawet do Szefa potrafi powiedzieć „spierdalaj chuju!”. Jako że jest jednym z najlepszych „tabloidycznych” fotoreporterów w Polsce, pracę z kimś takim jak ja traktuje jako dyshonor. (Przy czym zapewne nie zna tego słowa). Nie zaszczyca mnie żadnym zbędnym słowem, wymaga natychmiastowego i perfekcyjnego wykonywania poleceń i jebie za wszystko z góry na dół przy każdej okazji. Ma doświadczenie współpracy z najlepszymi w branży i mierzy człowieka kategoriami dokładnie z tego poziomu. Mówiąc krótko, traktuje mnie jak gówno. Prócz powyższego, Małego Popierdola charakteryzują jeszcze dwie rzeczy, moim zdaniem bezpośrednio ze sobą związane. Po pierwsze, jest małym i chudym konusem, a po drugie jeździ samochodem jak wariat! Ze swoim zaczesem oldschoolowego alfonsa jest ode mnie niższy o głowę. Natomiast jadąc samochodem przypomina ciężko wkurwionego pit bulla, który ma głęboko w dupie wszystkie przepisy! Nie używa kierunkowskazów, nie uznaje czegoś takiego jak linie czy pasy jazdy i średnio dwukrotnie przebija dopuszczalne prędkości. Żaden ze mnie Burrhus Frederic Skinner ale widzę tu zależność drugiego od pierwszego…

Najpierw jedziemy „zrobić” zakorkowany wiadukt. Ja nie mam tu nic do roboty, bo Szef chce tylko zdjęcia. Mały Popierdol, na potrzeby materiału, wyczarował korek, którego normalnie o tej porze nie ma. Norma, jakkolwiek bym go nie lubił, musze przyznać, że zdjęcia robić umie! Potem jedziemy pod miejską bileterię, gdzie kolejka studentów po bilet okresowy ma chyba z 70 metrów! Stosunkowo szybko udaje mi się ustawić targeta – całkiem ładną dziewczynę. Jestem z siebie dumny (nie chodzi o dziewczynę ale o to, że szybko udało mi się ją namówić na zdjęcia). Stamtąd popierdalamy co koń wyskoczy pod Magistrat, gdzie kolejnych 40 metrów studentów czeka po pozwolenie na głosowanie poza miejscem zamieszkania. Tu targeta załatwiam pierwszym strzałem: młody, lekko zamulony chłopak o przystojnej twarzy. Nabieram wiatru w żagle, a Mały Popierdol nawet nie ma się do czego przywalić. O dziwo gadamy trochę w samochodzie w drodze powrotnej.

Pogawędkę przerywa nam straż miejska. Mały Popierdol wjechał swoim Mincuperem na obcych blachach w Zakazaną Strefę, co nie umknęło ich uwadze. Problem polega na tym, że nie mamy z sobą tzw. „plajtki”, czyli dziennikarskiego zezwolenia na wjazd wszędzie. Organ władzy pręży się przed nami i pyta Małego Popierdola, czy był już notowany. „Oczywiście – burczy Mały Popierdol – nie wiem czy ktokolwiek w tym mieście nie był jeszcze przez was notowany”. Kończy się na odmowie przyjęcia mandatu i sprawie w sądzie. „Norma” – mówi Mały Popierdol gdy strażnicy już nas puszczają – „Przefaksuję im plajtę i chuj, nie będzie żadnej sprawy sądowej. Odpierdolą się, miałem już tak cztery razy”.

Wracam na zakład i siadam do pisania tekstu o „skandalicznym upodlaniu studentów przez urzędników”. Pytam Szefa czy coś się zmieniło w polityce gazety przez ostatnie trzy miesiące. „Nie” – odpowiada mi zza kompa, trzymając peta w niedogolonej gębie – „robimy to samo gówno co zawsze. Wiesz co masz robić.” Taaa, wiem bardzo dobrze…

„Jak dobrze cię widzieć!” – wita mnie Piękna. Odpowiadam jej głupim uśmiechem znad klawiatury, bo nie widziałem jak wchodzi i wzięła mnie trochę z zaskoczenia. „Nie mogłeś wrócić trochę wcześniej? Wiesz jaki tu mieliśmy chaos?” Coś tam już słyszałem. Słyszałem też niestety, że w związku z tym mam „nasłuch” we wszystkie soboty do końca miesiąca. „Może żaden pojeb się już nie podpali” – pociesza mnie Piękna. Tuż przed wyjściem Szef sprzedaje mi wiadomość roku: nominalnie pracuje w dueciee z Małym Popierdolem. Do odwołania…