Tag Archive: alkohol


the evile has landedDzień zaczyna się źle, bo strasznie wcześnie. Szef ściąga mnie na zakład już przed 8. Niby bez tragedii ale któraś noc z rzędu skończona o 2 a dzień rozpoczęty o 7, sprawiają, że moja żwawość notuje ujemne wartości. Nawet nie zdążam ściągnąć kurtki, a już trzeba wychodzić w teren. Jedziemy z Małym Popierdolem, który jest w ewidentnie złym humorze, do jakiegoś dziadka prowadzącego prasowalnie. Bidulowi podnieśli czynsz o 400%! Po drodze Mały Popierdol dostaje ataku kichania. Po jakimś 45 „apsik-nięciu” nie wytrzymuję. „Na zdrowie!” – mówię rozbawiony. „Jebane choróbsko…” – na mój akt empatii odpowiada mruknięcie czystego destylatu anty optymizmu i esencja mizantropi. Wniosek jest zatem prosty. W samochodzie siedzi nas trzech: ja, Mały popierdol i jego kac…

Historia starego prasowacza to klasyka: prosty człowiek uciskany przez bezduszny system i urzędników-krwiopijców! Siadam spisywać dreszczowiec z wyraźnymi elementami społecznego dramatu na 1600 znaków. Na zakładzie wszyscy dziś źli jak bezrobotne kurwy! Antena słabuje na zdrowiu, a Piękna jest chyba w samym środku ciężkiej ciotki. Szef natomiast ma ewidentny syndrom odstawienia alkoholu. Nie dość, że ściągnął mnie do roboty przed 8, a sam przywlókł się po 11, to jeszcze gardzi każdym moim zaczepnym słowem. Nieoczekiwanie mam dziś bardzo dobry humor. Mam wrażenie, że napędza mnie niekorzystna aura w około. Szef konstruuje jakąś ramkę do materiału o komunikacji miejskiej. Gówniana, drobiazgowa robota. Słyszę tylko jak mruczy po nosem mantrę złożoną z „japierdolów i kurwawaszamaci”. Te jego akty strzeliste są tak zabawne, że niemal dusze się w sobie ze śmiechu. Wielkie Oko chlało przez ostatnie cztery dni, a teraz wreszcie ogorzelizna zeszła mu z mordy, a alkohol wyparował z organizmu. Efektem jest kac, neuroza i syndromy choroby depresyjnej.

Kończę epopeję o starym człowieku i morzu urzędników i biorę się za jakieś kupy na lokal. Nudy: darmowe badania prostaty dla emerytów, przegląd samochodów przed zimą, utrudnienia drogowe na wylocie z miasta… „Jest robota” – oznajmia Szef. „Pojedziecie do kamienicy, gdzie gościowi wczoraj przy remoncie parkiet wyjebał w powietrze. Pogadajcie z nim, jak się zgodzi, a jak nie to z sąsiadami. Chce mieć z tego zabawny format w stylu ‘O Jezu! Mój parkiet rozpierdolił pół kamienicy’”. Wolne żarty! Kto normalny się na coś takiego zgodzi? Jedziemy ze Spiderem na miejsce, z silnym postanowieniem nie przykładania się za specjalnie do zlecenia. Po drodze robimy jeszcze trzy targety dla kutafonów z centrali. Na chybił trafił naciskam guzik w domofonie. Wchodzimy i okazuje się, że trafiłem idealnie do mieszkania, gdzie „parkiet wyjebał w powietrze”. Naturalnie gość nie chce z nami gadać, wiec wracamy na zakład z raportem, że stanęliśmy na głowie ale to nie pomogło w namówieniu faceta na zdjęcia. Sąsiadów zaś obskoczyliśmy wszystkich ale solidarnie kazali nam się bujać. „Ok.” – mówi zawiedziony Szef. „Czasem tak bywa…”

Zabawny format to nam się udało zrobić jakieś pół roku temu. Przerażona baba wezwała straż miejską, bo na jej trawniku przed blokiem siedział krokodyl! Strażnicy trochę się zdziwili tym wezwaniem, ale przyjechali ratować biedulkę przez groźnym Fourfeeterem. Na skwerze przed blokiem rzeczywiście zastali krokodyla – tyle że dmuchanego! Plażowa zabawka spadła z któregoś z balkonów, a kobicie wstającej na 6 do pracy musiał się odbić czkawką wieczór spędzony przy Animal Planet! Mniej zabawne było szukanie targeta do tej historii, który zgodziłby się pokazać palcem kawałek trawnika i powiedzieć „Tu siedziało to bydle!”. Po 45 minutach łażenia po tym dość wyludniałym osiedlu z nieba spadła mi jakaś głupia lala studiująca dziennikarstwo na prywatnej uczelni. Nawiązaliśmy „zawodową łączność” i dała się nam sfotografować na trawniku. Byłem głupiej paździerzy wdzięczny jak własnej matce!

„Co to jest?” – Mały Popierdol zagląda przez ramię Szefowi rozpakowującemu dwie przesyłki. Nikt nie ma pojęcia od kogo są te pudła. Wielkie Oko szamocze się z kartonem i wreszcie wyciąga na światło dzienne konsternującą zawartość pierwszego z nich. To atrapa bomby, skonstruowana z czterech marchewek i papierowego zegara. Hmm, to chyba jakaś awangardowa akcja marketingowa. Szef bierze się za drugie pudło. A tam, elegancki kufel z logiem pewnego popularnego piwa i butelka nowej jego wersji! „O kurwa! Kto to przysłał?” – dziwi się Szef jednocześnie kurczowo ściskając butelczynę. „Ale zajebisty kufel” – zachwyca się Antena. Rzeczywiście jest fajny, stylizowany na gliniany garniec. „Ty sobie lepiej przypomnij komu ostatnio robiłeś lewiznę” – rzuca z cwaniaczkowatym uśmiechem gwiazdy playboya dla gejów Mały Popierdol.

Kleję mozolnie tekst o utrudnieniach drogowych w mieście. Idzie długi weekend. Kierowco sprawdź jak ominąć korki. Dzwoni telefon. Odbiera Wielkie Oko i z początku myślę, że to nic specjalnego. Katem oka widzę jednak, że Szef nic nie mówi, tylko sztywnieje z wyrazem twarzy, który mówi, że w życiu tak go nie obrażono. „Co pani mówi? Jak to możliwe? Musiało nastąpić jakieś gigantyczne nieporozumienie!” – jest wyjątkowo poważny i w ogóle nie wydaje się, że pasożytuje na nim kac. Z każdą kolejną chwilą podsłuchiwanej rozmowy czuję się coraz bardziej niepewnie. „Nie, to niemożliwe! Naprawdę to nie pani wypowiedź?” – domyślam się, że dzwoni jakiś zbulwersowany target, któremu ja, Szef lub centrala włożyliśmy w usta coś, czego wcale nie powiedział. „To oburzające! Naprawdę dziennikarz nie konsultował z panią telefonicznie tej wypowiedzi?” – Hola, hola! Jaki dziennikarz i jakie telefonicznie!? Po pierwsze, baba musi być moim targetem, bo Piękna była ostatnio na urlopie, a Antena znów w szpitalu i tylko ja tu biegałem za ludźmi po mieście! Po drugie, pierwsze słyszę, by ktoś tu w podobnej sytuacji kiedykolwiek i cokolwiek z kimkolwiek konsultował telefonicznie! Sprawa wygląda jednak nieciekawie. Słyszę, że baba jest zdrowo wkurwiona, a Szef nie przebiera w słowach i zapowiada zrobienie prawdziwego necro holocaustu. „Mogę panią zapewnić, że wyciągnę pełne zawodowe konsekwencje wobec dziennikarza, który dopuścił się tego uchybienia” – deklaruje Szef, a ja czuję suchość w ustach. Ej! Kurwa, co to za nowości! Siedząc plecami do niego i próbuję udawać, że skupiam się na pracy. Jednocześnie mam wrażenie, że zaraz na moja głowę zwali się Auschwitz, Dachau i Treblinka w jednej postaci! „Jeszcze raz panią przepraszam i obiecuję ukaranie winnego dziennikarza” – Szef kończy wreszcie 15-minutową rozmowę. Czekam na cios w plecy ale nic się kurwa nie dzieje. Czekam jeszcze chwilę i wreszcie nie wytrzymuję. „Co tam?” – zagajam niezobowiązująco, podczas gdy w uszach ciągle mam zapowiedź wyciągnięcia wszystkich zawodowych konsekwencji. „Eeee, nic. Jakaś głupia cipa mi tu wydzwania i zawraca głowę od dwóch dni” – mruczy Szef.

Reklamy

Bush on cocaineNie ma zasadniczej różnicy pomiędzy zwykłym dziennikarzem, a dziennikarze tabloidu, jeśli chodzi o rolę, jaką alkohol pełni w ich pracy. Jest ona mniej więcej taka sama, jak w życiu wszystkich obywateli tego Grajdoła! Jednym słowem, rzeczywistość na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Zazwyczaj jednak jakiekolwiek „spożycie” na terenie zakładu, a już szczególnie w godzinach pracy, zakrawa na zbrodnię przeciwko moralności… Wszak nie tu.

Wkraczam dziarsko i z rozpędu na zakład o 9:05. Pierwszą rzeczą jaką widzę, są leżące na biurku zwłoki Szefa, czule obejmujące maślankę truskawkową. Na „cześć” odpowiada mi, pełne bólu, cierpienia i dezorientacji, nieprzytomne spojrzenie zza przekrzywionych oprawek. Oho, ktoś tu jest na kacku gigancie.

Praca z Szefem, gdy jest na kacu, w brew pozorom nie jest uciążliwa. Oczywiście pod warunkiem, że da się mu święty spokój i nie dręczy zbędnymi pytaniami. Cierpi sobie wówczas w cichości, nie wtrącając się w życie redakcji, z rzadka tylko pojękując nad swym losem, przypominając tym samym, że jeszcze dycha. W przypadkach bardziej ekstremalnych, takich jak kacyk gigant, Szef znika na dłuższy czas w kanciapie foto, gdzie zalega na rozkładanej kanapie i normalnie wali w kime! Nie przeszkadza mu wówczas ani słuchany przez Spidera black metal, ani oglądane przez Małego Popierdola filmy, ani nawet „Świat według Kiepskich” męczony w kółko i bez końca przez Bułę. Facet, najzwyczajniej w świecie, śpi na kacu (w godzinach pracy) i ma ten hałas w dupie.

Na terenie zakładu zabrania się spożywania alkoholu przed godziną… ruchomą. Zazwyczaj pierwsze piwko lub kolejka przetoczy się przez redakcję około wczesnego popołudnia. Jej prowodyrem najczęściej jest Antena. Szef aprobuje 9/10 jej suplikacji, a w 8/10 sam aktywnie uczestniczy. Co się tyczy Pięknej, to nie pije ona browarów w ogóle. Zwyczajnie (choć w Grajdole nie jest to zwyczajne) ich nie lubi. Foto również nie piją w robocie ale tylko dlatego, że każdorazowo przyjeżdżają na zakład furami. Ja natomiast staram się uszanować tutejsze zwyczaje i jeśli nie muszę, nie odmawiam.

Wiąże się z tym niezwykle odpowiedzialna rola, jaką pełnię na zakładzie. Jako najmłodszy stażem, jestem „etatowym biegłym” redakcji, to znaczy etatowo biegam po alkohol do sklepu. Zresztą, funkcja ta towarzyszy mi tu od drugiego dnia pobytu, kiedy to po raz pierwszy usłyszałem, wielokroć później powtarzane polecenie służbowe: „Młody, skocz mi po fajki”.

Więc jako biegły, o ile tylko jestem na zakładzie, jestem wysyłany po alkohol. Kitram go zawsze do torby lub plecaka, by ukryć przed oczami biurowych sąsiadów i potencjalnych redakcyjnych petentów. Po powrocie zamykam drzwi na skobelek i tym samym oficjalnie redakcja kończy pracę. Najwcześniej zdarzyło się nam skończyć w ten sposób robotę o 11:30… Zaryglowanie drzwi nie oznacza oczywiście fizycznego końca pracy. Ten następuje dla mnie dopiero po wystukaniu odpowiedniej ilości kup, szortów, zajawek i innych, utrzymanych we wstrząsającym tonie, materiałów. Tu trzeba przyznać, że pierwsze dwa piwa bywają bardzo pomocne, przynosząc wielorakie pomysły na konstelację tych samych 150 słów, których zmuszony jestem używać. Z każdym kolejnym bronksem jest już jednak coraz trudniej. Szef na zakładzie zostaje nawet do 21. Trudno zatem się dziwić, że do roboty zdarza mu się przychodzi na solidnej, wczorajszej bańce.

Alkohol grubszego kalibru zawsze kitramy w biurku Szefa. Tam też (swoją drogą na oczach przełożonego z centrali) trafiła kiedyś wóda, którą przyniosłem żegnając się z tym burdelem. Prawda jest taka, że bardzo wówczas zapulsowałem, zarówno w oczach Szefa, jak i przedstawiciela centrali. Dlaczego? Bo w tym fachu w gaźnik walą wszyscy! Kto nie pije, ten jest podejrzany. Przełożony również! Tym bardziej ja. Dlatego moje (sporadyczne) poranki na kacu w redakcji spotykają się ze zrozumieniem i sympatią – szczególnie ze strony Szefa. I jak praca tu może być „normalną pracą”?

Foto, choć nie piją z nami na co dzień, także walą w mandarynę na zakładowych imprezach. Te jednak zdarzają się tylko od czasu do czasu. (Codzienna konsumpcja nie zalicza się w ich poczet…). Dlaczego? Ponieważ pomiędzy foto, a nami – redaktorami, przebiega pewna zasadnicza różnica. To jednak zbyt antropologiczno-ontologiczna kwestia, by wspominać o niej przy tak plebejskim temacie jak alkohol. (Prawda jest bowiem taka, że nie ma żadnej filozofii picia. Jest tylko technika picia).

 

CapoAforyzm Szefa na dziś:

Największą tajemnicą jest dla mnie, jak ja się w tym stanie dałem radę kurwa umyć i ogolić sobie mordę!?