Latest Entries »

Ufo mnie oszukałoZanosi się na to, że dziś nie będzie żadnej roboty w terenie. Siedzę na zakładzie już kilka godzin i wykonuję kolejne zlecenia kierownika tego Mordoru. Wielkie Oko, czyli Szef, zasypuje mnie drobnicą na lokal. Ocipieli tam w tej Centrali! Od trzech dni chcą po osiem szortów i pięć kup dziennie. Pisanie idzie mi wolno, bo jak zawsze rozprasza mnie ćwierkające telejajo. Ewidentnie nic się dziś w Grajdole nie dzieje, bo TVN24 od rana wałkuje te same trzy tematy. Kroję kupę z jakichś dramatycznych opóźnień remontowych przebudowywanego ronda i podwyżek na kolei. Sprokurowałem też dwa szorty o trupach. Koleś, oczywiście niechcący, zaciukał swoją kochankę pilnikiem do paznokci, a drugi zwyrol po pijaku poderżnął gardło własnej matce. Tu ważna informacja na marginesie: nie zmyślam tych wszystkich historii, jak zapewne sądzi większość z Was. Tabloidy zasadniczo nie zmyślają sobie tematów. One jedynie je wyolbrzymiają. Opowiem o tym innym razem.

„Weź no zostaw na razie tę drobnice i skończ mi ten materiał o plakatach” – przerywa mi Wielkie Oko. Muszę zatem na biegu skleić 1600 znaków na temat wyborczych ulotek, tablic, plakatów i innych śmieci. Chodzi o dowalenie po równo wszystkim politykom na raz. Całość trzeba oczywiście utrzymać w niezwykle wstrząsającym i skrajnie oburzonym tonie. Jednym słowem, wszystkie dane, fakty i informacje trzeba wyolbrzymić, rozdmuchać i przesadzić. Ot, standardowa praktyka tabloidu. Wkurza mnie jednak to, że każdy tekst zawsze buduje z tych samych 150-200 słów. Szybko, zwięźle i bez sensu. Nie mówię, że chciałbym tworzyć jakąś szarżę intelektualną ale mam już powyżej uszu tej minimalistycznej nowomowy i literackiego kąkolu, który tu produkuję. Może uda mi się jakoś rozruchać ten pancerny schemat…

„Coś ty tu Młody napisał? Co to jest kurwa Jardim Gramacho?!” – zapowietrza się Szef 15 minut później. „Śmietnisko w Brazylii, największe na świecie… nie bardzo?” – pytam, znając tak naprawdę odpowiedź względem mojego przeintelektualizowanego porównania. „Dziewczyny, wytłumaczcie Młodemu gdzie popełnił nietakt” – przewracając oczami sapie na wydechu Szef. „Dobra, dobra, wiem…” – przerywam ten rozpędzający się festiwal ogólno redakcyjnych podśmiechujek z najmłodszego stażem. „Chciałem wprowadzić trochę finezji…” – usprawiedliwiam się mimowolnie, choć doskonale wiem, że nie ma to sensu i tylko pogarsza moją sytuację. „Co chciałeś!?” – Szef wywala gały w rozbawieniu i robi głupią minę – „Powtórz no, bo chyba niedosłyszałem”. „Nie, nic…” – odpycham się nogami i dojeżdżam na krześle prosto do swojego biurka, żałując, że w ogóle otworzyłem japę. „Młody, kurwa, teraz to mnie zabiłeś. Heheheee… Ja cię proszę, ty nie zapominaj gdzie pracujesz” – rechocze za moimi plecami, szczerze ubawione Wielkie Oko.

W sumie to dziwne, że nie ma dziś żadnego wyjazdu w teren. Antena leży w szpitalu, a Małego Popierdola gdzieś wywiało. Przy takim zdziesiątkowaniu składu byłem pewien, że czeka mnie cały dzień na mieście. Tymczasem roboty jest mniej niż zwykle. Wielkie Oko filuje mi zza pleców treść ostatnich szortów i daje zielone światło. Klikam „zapisz”, „wyślij” i w sumie jest po zawodach. Gadamy trochę z Szefem przed moim wyjściem. Jest nas tylko dwóch, bo reszta już zdezerterowała do domów. (W takiej konstelacji rozmawia mi się z nim najlepiej. Gdy jesteśmy sami i nie ma przed kim mi dosrywać, łapiemy bardzo interesujący dla mnie kontakt.) Kierownik nie ukrywa, że chciałby, bym szybko określił się co do mojej przyszłości na zakładzie. Opcje są dwie: krócej (czyli pół roku) lub dłużej (rok). Jeśli szybko spasuję, może jeszcze ściągnąć ponownie Mercedes, zanim ta uwikła się w jakąś inną fuchę. Rozmawiamy też trochę o mojej bezpośredniej poprzedniczce – Patyku. Dowiaduję się dlaczego ostatecznie wypieprzyła stąd z hukiem po niespełna miesiącu. Jak nie trudno się domyślić, w podjęciu tej decyzji pomógł jej Mały Popierdol. „Zwyzywał ją od kurew na materiale i się obraziła” – z rozbrajająco szczerym uśmiechem opowiada Szef. „Sam wiesz, że z nim nie pracuje się łatwo. Ale sorry, nie będę rezygnował z jednego z najlepszych w Polsce fotoreporterów dla redakcyjnej piętnastej wody po trzecim kisielu” – dodaje.

Wychodzę. Pytam Szefa czy mogę wziąć dzisiejszy numer gazety. Chce sprawdzić ile zmienili w moim wczorajszym tekście. Przez cały dzień jakoś nie było kiedy. „A weź sobie tę szmatę. Chociaż nie wiem po co” – macha mi na „do jutra”. Chyba nie spotkałem jeszcze kogoś, kto z równym mu zaangażowaniem oddawałby się swojej robocie, a jednocześnie miał do niej tak zdrowy dystans. Przy całym swym chamstwie, Szef jest niebywale intrygującym człowiek. Więcej niż człowiekiem – osobą! Ja zaś wlokę się ulicą, otulam kapturem przed wiatrem i pogrążam w zadumie. Jak długo tu jeszcze popracuję? Sam nie wiem…

Bush on cocaineNie ma zasadniczej różnicy pomiędzy zwykłym dziennikarzem, a dziennikarze tabloidu, jeśli chodzi o rolę, jaką alkohol pełni w ich pracy. Jest ona mniej więcej taka sama, jak w życiu wszystkich obywateli tego Grajdoła! Jednym słowem, rzeczywistość na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Zazwyczaj jednak jakiekolwiek „spożycie” na terenie zakładu, a już szczególnie w godzinach pracy, zakrawa na zbrodnię przeciwko moralności… Wszak nie tu.

Wkraczam dziarsko i z rozpędu na zakład o 9:05. Pierwszą rzeczą jaką widzę, są leżące na biurku zwłoki Szefa, czule obejmujące maślankę truskawkową. Na „cześć” odpowiada mi, pełne bólu, cierpienia i dezorientacji, nieprzytomne spojrzenie zza przekrzywionych oprawek. Oho, ktoś tu jest na kacku gigancie.

Praca z Szefem, gdy jest na kacu, w brew pozorom nie jest uciążliwa. Oczywiście pod warunkiem, że da się mu święty spokój i nie dręczy zbędnymi pytaniami. Cierpi sobie wówczas w cichości, nie wtrącając się w życie redakcji, z rzadka tylko pojękując nad swym losem, przypominając tym samym, że jeszcze dycha. W przypadkach bardziej ekstremalnych, takich jak kacyk gigant, Szef znika na dłuższy czas w kanciapie foto, gdzie zalega na rozkładanej kanapie i normalnie wali w kime! Nie przeszkadza mu wówczas ani słuchany przez Spidera black metal, ani oglądane przez Małego Popierdola filmy, ani nawet „Świat według Kiepskich” męczony w kółko i bez końca przez Bułę. Facet, najzwyczajniej w świecie, śpi na kacu (w godzinach pracy) i ma ten hałas w dupie.

Na terenie zakładu zabrania się spożywania alkoholu przed godziną… ruchomą. Zazwyczaj pierwsze piwko lub kolejka przetoczy się przez redakcję około wczesnego popołudnia. Jej prowodyrem najczęściej jest Antena. Szef aprobuje 9/10 jej suplikacji, a w 8/10 sam aktywnie uczestniczy. Co się tyczy Pięknej, to nie pije ona browarów w ogóle. Zwyczajnie (choć w Grajdole nie jest to zwyczajne) ich nie lubi. Foto również nie piją w robocie ale tylko dlatego, że każdorazowo przyjeżdżają na zakład furami. Ja natomiast staram się uszanować tutejsze zwyczaje i jeśli nie muszę, nie odmawiam.

Wiąże się z tym niezwykle odpowiedzialna rola, jaką pełnię na zakładzie. Jako najmłodszy stażem, jestem „etatowym biegłym” redakcji, to znaczy etatowo biegam po alkohol do sklepu. Zresztą, funkcja ta towarzyszy mi tu od drugiego dnia pobytu, kiedy to po raz pierwszy usłyszałem, wielokroć później powtarzane polecenie służbowe: „Młody, skocz mi po fajki”.

Więc jako biegły, o ile tylko jestem na zakładzie, jestem wysyłany po alkohol. Kitram go zawsze do torby lub plecaka, by ukryć przed oczami biurowych sąsiadów i potencjalnych redakcyjnych petentów. Po powrocie zamykam drzwi na skobelek i tym samym oficjalnie redakcja kończy pracę. Najwcześniej zdarzyło się nam skończyć w ten sposób robotę o 11:30… Zaryglowanie drzwi nie oznacza oczywiście fizycznego końca pracy. Ten następuje dla mnie dopiero po wystukaniu odpowiedniej ilości kup, szortów, zajawek i innych, utrzymanych we wstrząsającym tonie, materiałów. Tu trzeba przyznać, że pierwsze dwa piwa bywają bardzo pomocne, przynosząc wielorakie pomysły na konstelację tych samych 150 słów, których zmuszony jestem używać. Z każdym kolejnym bronksem jest już jednak coraz trudniej. Szef na zakładzie zostaje nawet do 21. Trudno zatem się dziwić, że do roboty zdarza mu się przychodzi na solidnej, wczorajszej bańce.

Alkohol grubszego kalibru zawsze kitramy w biurku Szefa. Tam też (swoją drogą na oczach przełożonego z centrali) trafiła kiedyś wóda, którą przyniosłem żegnając się z tym burdelem. Prawda jest taka, że bardzo wówczas zapulsowałem, zarówno w oczach Szefa, jak i przedstawiciela centrali. Dlaczego? Bo w tym fachu w gaźnik walą wszyscy! Kto nie pije, ten jest podejrzany. Przełożony również! Tym bardziej ja. Dlatego moje (sporadyczne) poranki na kacu w redakcji spotykają się ze zrozumieniem i sympatią – szczególnie ze strony Szefa. I jak praca tu może być „normalną pracą”?

Foto, choć nie piją z nami na co dzień, także walą w mandarynę na zakładowych imprezach. Te jednak zdarzają się tylko od czasu do czasu. (Codzienna konsumpcja nie zalicza się w ich poczet…). Dlaczego? Ponieważ pomiędzy foto, a nami – redaktorami, przebiega pewna zasadnicza różnica. To jednak zbyt antropologiczno-ontologiczna kwestia, by wspominać o niej przy tak plebejskim temacie jak alkohol. (Prawda jest bowiem taka, że nie ma żadnej filozofii picia. Jest tylko technika picia).

 

CapoAforyzm Szefa na dziś:

Największą tajemnicą jest dla mnie, jak ja się w tym stanie dałem radę kurwa umyć i ogolić sobie mordę!?

Becikowe pod presją

Rano tradycyjnie piszę drobnicę. Nic specjalnego. Kilka szortów i jakaś kupa na lokal, plus coś ekstra na kraj. Potem dostaję od Szefa misję w terenie. „Pojedziecie na porodówkę zrobić babę z dzieckiem do materiału o becikowym. Dzwoń do Pięknej, wyjaśni ci szczegóły.” Więc dzwonię. Kobietę po porodzie ma nam wystawi pani dyrektor szpital. „Tylko pamiętaj, że musisz jej powiedzieć kilka komplementów, bo strasznie jest wrażliwa na tym punkcie” – tłumaczy w pośpiechu i się rozłącza. Mały Popierdol już na mnie łypie stojąc w drzwiach, więc nie mam czasu by sprawdzić w necie jakiś background.

Nie lubię takich akcji, bo na nich najłatwiej się wyłożyć. Im mniej wiesz o temacie w który wchodzisz, tym większą można dać plamę i tym większy wpierdol zebrać. Wiem, to truizm. Ale boleśnie prawdziwy. Nie chodzi tu wszak o to, co ostatecznie napiszę (dramatyczny materiał o przymierających głodem rodzicach z małym dzieckiem, którym miasto chce zabrać becikowe). Jeśli niczego nie zaimprowizuję, baty zbiorę w terenie, od Małego Popierdola. Problem jak zawsze polega na tym, że zarówno on, jak i Szef to rutyniarze. Robili takie rzeczy milion razy. Ja ciągle jestem na etapie tych bolesnych „pierwszych razów”…

Idziemy korytarzem. Czuję presję obecności Małego Popierdola. Nerwowo powtarzam w głowie plan działania, warianty rozmowy i nazwiska. Z nazwiskami zawsze jest najgorzej. Pomylisz jakieś i już jest pozamiatane. Łapczywie czytam wszystkie tabliczki na mijanych drzwiach. Stresuje mnie nie ta robota ale bezlitosna apodyktyczność Małego Popierdola, który czyha na moje najmniejsze zawahanie. Zupełnie inaczej pracuje się ze Spiderem. Napieprza się czasem ze mnie ale zawsze mogę liczyć na wsparcie ogniowe w postaci artylerii jego doświadczenia. Teraz, oczami wyobraźni, widzę jednak jakąś wtopę i sadzącego się Małego Popierdola. „Kurwa, Młody, powinieneś to wiedzieć. Powinieneś się do chuja przygotować przed robotą!” Ciekawe tylko kiedy…

Kadzę pani dyrektor i rozmawiamy trochę o wyborach. Stara, spróchniała rura, z arystokratycznym grzybem na mózgu, wzywa wreszcie pielęgniarkę, która zabiera nas na oddział. Nie cierpię szpitali. Po minie Małego Popierdola widzę, że on też. Nieoczekiwanie nawiązuje się między nami nić porozumienia, oparta na wzajemnej niechęci do otaczającej nas sytuacji. Pielęgniarka na raty znajduje nam ofiarę. Wbijamy ostatecznie do małego, zielonego i dusznego pokoiku. W środku dwa łóżka, dwa nosidełka dla noworodków i sześcioro ludzkich istnień: dwóch ojców, dwie ledwo żywe matki na pryczach i dwa oseski w pieluchach. Aż mnie skręca na widok tych kobiet. Widać, że są wykończone porodami a siłę czerpią tylko z bliskości niemowląt. Zmęczone, rozkojarzone oczy, sklejone zaschniętym potem włosy i na przemian blade i czerwone plamy na skórze. Zawstydzone uśmiechy zdradzają, że wiedzą jak wyglądają. My też jesteśmy zawstydzeni. To są chwile, gdy przy kobiecie powinien być tylko jej mąż. My nie chcemy ich oglądać, a one nie chcą być oglądane przez nas. Ale jesteśmy w robocie, wiec nie ma miejsca na wrażliwość…

Wychodzimy ze szpitala. W zasadzie to wypierdalamy stamtąd w trymiga! Mały Popierdol ciężko wzdycha. „Nienawidzę takich zdjęć” – mówi. „Te dzieciaki, te rozpieprzone kobiety… Jeszcze gdyby tam wejść z jakąś babką, ale tak: dwóch facetów, kurwa…”. Widziałem po nim, tam w zielonym pokoiku, że stracił połowę pewności siebie robiąc zdjęcia. Ja nie byłem lepszy, bo zapytałem obie matki o takie banały, że aż mi było wstyd, że przeszkadzam im w dochodzeniu do siebie takimi pierdami! „Na co najczęściej wydaje się becikowe?” Kurwa, jestem pewien, że gdyby nie ciekło z nich wszystkimi fizjologicznymi otworami, zabiłyby mnie śmiechem!

Zadziwiająco dużo rozmawiam z Małym Popierdolem (lub raczej on ze mną). Już wczoraj zauważyłem, że traktuje mnie jakoś inaczej, jak… człowieka. Nie jak równego sobie rzecz jasna, ale jak człowieka – nie jak gówno! Raz nawet zwrócił się do mnie po imieniu… Z jednej strony mnie to fascynuje, z drugiej niepokoi, bo silnie zbija z tropu. Na razie nie ufam temu ociepleniu, bo wiem do czego jest zdolny ukrywający się w nim Hannibal Lecter.

Hillary Clinton adopts alien baby„Tam się pewnie nic kurwa nie dzieje, ale idź sprawdzić” – mruczy do mnie pod nosem Mały Popierdol. Stoimy pod Urzędem Pracy. Szef wymyślił sobie, byśmy przy okazji materiału w terenie sprawdzili, czy w urzędzie są kolejki. (Ludzie w kolejce = gotowy temat!) W wejściu mijam lekko podśmierdziały margines społeczny. Zagłębiam się w obskurne korytarze i już wiem, że oto właśnie staję przed ciężkim dylematem. Ludzi jest oczywiście w pizdu! Ale wiem to tylko ja…

Zasadniczo moim przełożonym jest tylko Szef. W terenie to ja mam decydować co i jak robimy, a foto powinni mnie słuchać. Jako jednak, że są milion razy bardziej doświadczeni (i z racji tego, że mniej lub bardziej mną gardzą), to ja muszę słuchać ich. A ich imperatyw jest jeden: narobić się jak najmniej. Prowadzi to do bardzo chujowej sytuacji, w której znajduję się pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem (via dupą a sedesem)! Czemu? Ponieważ Szefowi zależy na tym, by wydusić temat ze wszystkiego. Nawet jeśli tematu de facto nie ma, trzeba kombinować tak, by powstał z niego materiał (tzw. kreowanie rzeczywistości na potrzeby gazety). Szef siedzi jednak za biurkiem na zakładzie. A w samochodzie w terenie siedzi ze mną foto. On natomiast ma wszystko gdzieś i chce jak najszybciej skończyć robotę. Dochodzi do tego, że foto tną Szefa w chuja przy każdej możliwej okazji i omijają tyle zleceń, ile się tylko da. Zaś zlecenie „sprawdźcie, czy coś się nie dzieje…” jest już najwygodniejszym do olania ze wszystkich! Zawsze można przecież powiedzieć, że nic się nie działo… Notorycznie znajduję się więc w potrzasku pomiędzy lojalnością wobec Szefa i solidarnością z foto (bezpośrednimi współpracownikami). To także potrzask pomiędzy zjebką z jednej lub z drugiej strony, bo jeśli cokolwiek się spierdoli, zawsze będzie to moja wina. Jeśli olejemy temat, a okaże się, że dało się z niego wykręcić materiał – Szefa będzie się pruł dwa dni. Jeśli się uprę i zaciągnę foto na jakieś zadupie, a żadnego materiału nie uda się tam wykręcić – mam przejebane u nich…

To jednak tylko jedna strona medalu. Lub w zasadzie tylko dwie. Jest bowiem jeszcze trzecia: moja własna! Paradoksalnie, mojego interesu nauczył mnie kiedyś Spider, i pośrednio Mały Popierdol (jeżdżąc po mnie jak po burej suce). Jaki jest sens dodawania sobie roboty? Może uda się namierzyć gdzieś przy okazji grubszy temat ale, po pierwsze: jest to mało prawdopodobne, po drugie: co z tego wyniknie? Odpowiedź jest równie prosta co druzgocząca – nic! Jakikolwiek temat wymyślę, muszę przecedzić go przez sito tabloidycznej formy. Efekt? Koniec końców napiszę takie samo gówno jak zawsze. Nie warto się dla niego narażać na ryzyko zjebki od foto, przy wyjątkowo cherlawym prawdopodobieństwie pochwały od Szefa. Prawda jest taka, że na dyskretnie olanym temacie nikt nie jest stratny! Ja nie, bo przecież pracuje w tabloidzie, więc nie czuję, bym przy takiej okazji mógł stracić potencjalne opus magnum działalności dziennikarskiej. Foto nie, bo raz, że i tak mają to wszystko w dupie i najchętniej wrócili by już do redakcji oglądać filmy i klipy na youtube, a dwa, że taki temat dołoży im jedynie roboty. Szef też nie, bo bez problemu wymyśli inny materiał, który zrealizuję przy użyciu googli i telefonu. Jednym słowem: poco dodawać sobie roboty, skoro nikt tego nie doceni, zjebka jest bardzo prawdopodobna, a brakujące 1300 znaków w gazecie bez trudu wypełni się materiałem „zza biurka”?

„Ni chuja, nic się tam nie dzieje” – melduję Małemu Popierdolowi wsiadając do samochodu. „Wiedziałem… bez sensu o tej porze tu przyjeżdżać” – burczy pod nosem foto. Zjeżdżamy z powrotem na zakład…

Mały Popierdol

Zabił, bosmierdziały mu nogiNienawidzę pracować z tym gościem. Wracam na zakład po trzymiesięcznej przerwie i od wczoraj śni mi się on: Mały Popierdol! Mały Popierdol jest fotoreporterem. Ja jestem redaktorem ale moje stanowisko jest poważniejsze tylko z brzmienia.

W wejściu spotykam Spidera. Oddaje mi dwie dychy za zeszłoroczny „wypad na trupa” za miastem. To była moja pierwsza sprawa z umarlakiem w roli głównej. Spider bardzo mi wtedy pomógł – bynajmniej nie bezinteresownie. W każdym razie zapomniałem już o tych pieniądzach. On nie…

Szef wita mnie więcej niźli ciepło. Szybko dogadujemy się co do nowych warunków współpracy. Czuję, że mocno idzie mi na rękę, zwłaszcza w kwestii porannych zajęć na uczelni. Klawo! Gadamy trochę o tym co działo się w branży przez ostatnie trzy miechy, a działo się kurwa więcej niż dużo! Przegapiłem kilka naprawdę grubych akcji. „Ostatnie dwa miech robiliśmy wszystko w dwie osoby. To był kurwa koszmar! Cały czas coś się działo. W chuj bieżączki: samo podpalenia, katastrofa lotnicza, seryjniak i dwóch psychopatów: pirotechnik i nożownik. A tu akurat Piękna na urlopie, a Antena w gipsie. Wszystko robiliśmy do spółki z Mercedesem.” – Na jego twarzy widzę autentyczne zmęczenie psychiczne i ani śladu dumy z tego, że cztery materiały weszły im na okładkę. Gość jest niesamowity! Choć praca z nim bywa „więcej niż niełatwa”, facet jest dla mnie zawodowym autorytetem. To chuj, że jest bezlitosną tabloidyczna hieną. Chłop zna się kurwa na swoje robocie, jak nikt inny na świecie!

Odwaliłem na biegu pańszczyznę na kraj: kupę (o tym, jak to przypadkowy przechodzień cudem unikną śmierci pod oberwanym gzymsem remontowanej kamienicy) i kilka banalnych szortów na lokal. O co chodzi z „kupą”, „szortem” i „lokalem”? Wyjaśnię z czasem… Ważniejsze jest to, że Szef zaraz posłał mnie w teren. Z kim? (Werble: Tadam-tadam-tadam!) No oczywiście z Małym Popierdolem! To najlepszy dowód na to, że czarnowidztwo stygmatyzuje rzeczywistość. „Chodź młody” – tyle słyszę od niego na dzień dobry i wielce wątpię, bym kiedykolwiek usłyszał coś milszego.

Jeśli ta redakcja jest Mordorem, to Mały Popierdol jest Królem Nazguli. Każdy „skurwiel”, „złamany chuj” czy „zawszony ludzki pestycyd” wyrecytowany pod jego adresem, trafia w samo sedno sprawy. Przez całą moją dotychczasową karierę tutaj kierowałem się czymś w rodzaju Tao Unikania Małego Popierdola. To typ gościa, którego zasób słownictwa nie wykracza poza 3000 wyrazów i który nie jest w stanie skonstruować zdania bez posiłkowania się „kurwami”. To jeden z tych aroganckich, zadufanych w sobie dupków, przy których człowiek zawsze czuje się stłamszony. To także jeden z tych wściekłych psów, który nawet do Szefa potrafi powiedzieć „spierdalaj chuju!”. Jako że jest jednym z najlepszych „tabloidycznych” fotoreporterów w Polsce, pracę z kimś takim jak ja traktuje jako dyshonor. (Przy czym zapewne nie zna tego słowa). Nie zaszczyca mnie żadnym zbędnym słowem, wymaga natychmiastowego i perfekcyjnego wykonywania poleceń i jebie za wszystko z góry na dół przy każdej okazji. Ma doświadczenie współpracy z najlepszymi w branży i mierzy człowieka kategoriami dokładnie z tego poziomu. Mówiąc krótko, traktuje mnie jak gówno. Prócz powyższego, Małego Popierdola charakteryzują jeszcze dwie rzeczy, moim zdaniem bezpośrednio ze sobą związane. Po pierwsze, jest małym i chudym konusem, a po drugie jeździ samochodem jak wariat! Ze swoim zaczesem oldschoolowego alfonsa jest ode mnie niższy o głowę. Natomiast jadąc samochodem przypomina ciężko wkurwionego pit bulla, który ma głęboko w dupie wszystkie przepisy! Nie używa kierunkowskazów, nie uznaje czegoś takiego jak linie czy pasy jazdy i średnio dwukrotnie przebija dopuszczalne prędkości. Żaden ze mnie Burrhus Frederic Skinner ale widzę tu zależność drugiego od pierwszego…

Najpierw jedziemy „zrobić” zakorkowany wiadukt. Ja nie mam tu nic do roboty, bo Szef chce tylko zdjęcia. Mały Popierdol, na potrzeby materiału, wyczarował korek, którego normalnie o tej porze nie ma. Norma, jakkolwiek bym go nie lubił, musze przyznać, że zdjęcia robić umie! Potem jedziemy pod miejską bileterię, gdzie kolejka studentów po bilet okresowy ma chyba z 70 metrów! Stosunkowo szybko udaje mi się ustawić targeta – całkiem ładną dziewczynę. Jestem z siebie dumny (nie chodzi o dziewczynę ale o to, że szybko udało mi się ją namówić na zdjęcia). Stamtąd popierdalamy co koń wyskoczy pod Magistrat, gdzie kolejnych 40 metrów studentów czeka po pozwolenie na głosowanie poza miejscem zamieszkania. Tu targeta załatwiam pierwszym strzałem: młody, lekko zamulony chłopak o przystojnej twarzy. Nabieram wiatru w żagle, a Mały Popierdol nawet nie ma się do czego przywalić. O dziwo gadamy trochę w samochodzie w drodze powrotnej.

Pogawędkę przerywa nam straż miejska. Mały Popierdol wjechał swoim Mincuperem na obcych blachach w Zakazaną Strefę, co nie umknęło ich uwadze. Problem polega na tym, że nie mamy z sobą tzw. „plajtki”, czyli dziennikarskiego zezwolenia na wjazd wszędzie. Organ władzy pręży się przed nami i pyta Małego Popierdola, czy był już notowany. „Oczywiście – burczy Mały Popierdol – nie wiem czy ktokolwiek w tym mieście nie był jeszcze przez was notowany”. Kończy się na odmowie przyjęcia mandatu i sprawie w sądzie. „Norma” – mówi Mały Popierdol gdy strażnicy już nas puszczają – „Przefaksuję im plajtę i chuj, nie będzie żadnej sprawy sądowej. Odpierdolą się, miałem już tak cztery razy”.

Wracam na zakład i siadam do pisania tekstu o „skandalicznym upodlaniu studentów przez urzędników”. Pytam Szefa czy coś się zmieniło w polityce gazety przez ostatnie trzy miesiące. „Nie” – odpowiada mi zza kompa, trzymając peta w niedogolonej gębie – „robimy to samo gówno co zawsze. Wiesz co masz robić.” Taaa, wiem bardzo dobrze…

„Jak dobrze cię widzieć!” – wita mnie Piękna. Odpowiadam jej głupim uśmiechem znad klawiatury, bo nie widziałem jak wchodzi i wzięła mnie trochę z zaskoczenia. „Nie mogłeś wrócić trochę wcześniej? Wiesz jaki tu mieliśmy chaos?” Coś tam już słyszałem. Słyszałem też niestety, że w związku z tym mam „nasłuch” we wszystkie soboty do końca miesiąca. „Może żaden pojeb się już nie podpali” – pociesza mnie Piękna. Tuż przed wyjściem Szef sprzedaje mi wiadomość roku: nominalnie pracuje w dueciee z Małym Popierdolem. Do odwołania…

Złamałem kręgosłup o krowi zadekJak to się stało, że jestem tym kim jestem? Najkrócej mówiąc – jakoś tak wyszło. Nie będę jednak nudził Cię na wstępie historią, jak doszło to do tego, że zostałem dziennikarzem tabloidu. Jeśli naprawdę chcesz się tego dowiedzieć, musisz czytywać ten pamiętnik regularnie. Informacje będę cedził w małych dawkach…