Category: Metafizyka tabloidu


Gaddafi erschossen!Wjeżdżam na zakład po 11. Rano odrabiałem pańszczyznę na uczelni. Szef jest dziś w dobrym nastroju i jakoś tak wyjątkowo ciepło mnie wita. „Słuchaj, jest taki zajebisty temat, gdzie można zrobić w pytę zdjęcia – katakumby pod kościołem. Czaszki, kości, trumny i te sprawy” – opowiada przysiadając na moim biurku. Po raz kolejny mam wrażenie, że nieobecność wszystkich innych wyzwala w nim jakąś nić sympatii do mnie. Zaraz pojawia się jednak Antena i czar męskiej przyjaźni pryska. Starszyzna wychodzi na śniadanie do knajpy, a ja zostaję deportowany na miasto. Naturalnie w asyście Małego Popierdola.

Truposze muszą jednak poczekać. Najpierw idziemy na pobliski parking znaleźć targeta samochodowego, którego odpuściliśmy wczoraj z braku szczęścia do kierowców. Potem atakujemy pierwszą z brzegu przychodnię, bo potrzebne jest zdjęcie kolejki. Na szczęście znajduje się kilka starych, pomarszczonych śliwek, które zlazły się tu celem wspólnego narzekania na łamanie w kościach. Dzięki Bogu targeta do dramatu w służbie zdrowia już mamy. Przyoszczędziliśmy z zeszłotygodniowego materiału. Jesienią szpitalom tradycyjnie kończą się kontrakty z NFZ i nie mają za co leczyć ludzi. Tabloidy mają z tego niezłą pożywkę. Temat można podejść z kilku stron, więc co tydzień robi się nową aferę.

Jedziemy do kościoła. Naturalnie Mały Popierdol nie zaszczyca mnie żadnym zbędnym słowem. W jego oczach chyba już zawsze będę jedynie balastem. Świątynia z zewnątrz nie wygląda nadzwyczajnie. Wewnątrz też nie widzę niczego specjalnego. Jazda zaczyna się gdy schodzimy wąskimi schodkami do krypty pod nawą główną. Długi, wąski korytarz w kształcie pętelki, od którego odchodzą zejścia do niewielkich niecek. A w każdej z nich trupy! Z 50 umarlaków! Ale czad! Szeptem zaczepiam stojącego w rogu zakonnika. „Jasne, róbcie zdjęcia, nie ma sprawy!” – klepie mnie jowialnie po ramieniu mnich i drze się na całe katakumby. Krypta ma specyficzny mikroklimat, który w naturalny sposób konserwuje złożone tu zwłoki. Dlatego oficjalnie można ją zwiedzać tylko trzy razy w roku. Część z tych mumii ma blisko 300 lat! Najlepsze jest to, że tylko niektóre są przykryte szkłem. Do większości można podejść i podać truposzowi rękę na powitanie! Łażę po podziemiach i zaglądam w każdy oczodół. Niektóre mumie są naprawdę przerażające. Najlepiej wyglądają jednak szkielety odziane w habity! Kurwa, „Opowieści z krypty” to przy tym komiks z gumy balonowej! Obejrzawszy wszystko idę pogadać z jedynym żywym w tych katakumbach mnichem. Rozdarty zakonnik chętnie opowiada o wszystkich historiach związanych z cmentarzyskiem. Okazuje się, że to doktor historii. Przewija mi też kilka legend na temat krypty – coś, na czym Szef chce zbudować opowieść o tej nekropoli.

Na zakładzie Wielkie Oko przepytuje mnie z wszystkich legend. Opowiadam jedną po drugiej, sondując jego niedogoloną gębę i próbując zgadnąć, którą wybierze. Durze szanse ma ta, o rozbitym przez hitlerowców grobie jakiegoś księcia. „To ta czaszka pokonała Niemców” – Szef unosi palec wskazujący i rzuca propozycję tytułu. Parskam śmiechem. „Nie śmiej się, takie tematy kiedyś się puszczało” – odpowiada poważnie. Ostatecznie staje na tym, że rdzeniem historii o krypcie będzie legenda o pannie młodej otrutej w dniu ślubu. Zanim jednak wezmę się za mrożącą krew w żyłach opowieść o miłości, rozkładającym się ciele i ślubnym welonie, muszę szybko wystukać trochę drobnicy. Na kraj puszczam kupę o cwaniaku, który podszywał się pod dziennikarzy znanych stacji radiowych lub telewizyjnych i nocował za freeko w hotelach. Pasożyt siedział tydzień w jednym i przenosił się do następnego! Z ciekawszych szortów na lokal przewijam wyrok 50-letniej baby, która pociachała swojemu mężowi gardło na tasiemki. O ja pierdolę! Mieszkali w bloku obok mnie!

„Młody, jest problem” – Szef wyrywa mnie z kontemplacji nad bliskością śmierci i woła do kanciapy foto. Okazuje się, że zdjęcia gnijącej panny młodej są strasznie słabe i jeśli taki towar pójdzie do centrali, nikt nie klepnie tego tematu. „Lepszych fotek zrobić się nie da, bo ona jest pod szkłem” – cmoka pod nosem Mały Popierdol. Ha! Chociaż raz to nie ja coś spierdoliłem i ktoś inny musi się tłumaczyć! „Możemy zrobić inaczej” – mówi Szef z powagą niemieckiego filozofa. „Dajmy zdjęcie innego trupa, co to za różnica” – dodaje, pokazując mi inne zdjęcie. „No nie wiem. Ta tu to 12-latka utopiona w mule” – oponuję. „Bardziej przypomina pannę młodą, niż ta prawdziwa!” – tu Mały Popierdol ma akurat rację. „Podmieńmy tego trupa, nikt się nie kapnie” – decyduje Szef. „A jak się kapnie, to powiemy, że się pomyliliśmy” – dodaje beztrosko i odpala petko.

Skrobię większy materiał na kraj o sposobach dymania emerytów. Taki katalog trików, opatrzony tekstem w stylu „Uwaga emeryci! Bezczelni złodzieje żerują na naiwności”. Opisuję właśnie metodę „na kurtkę” i „na czujnik czadu”. Szefowi natomiast przez tę „klątwę książęcej czaszki, która pokonała nazistów” zebrało się na wspominki i zaczyna opowiadać o tym, jakie materiały kiedyś chodziły w tabloidach. Lubię te jego opowieści, bo czasem przewija naprawdę grube historie. „Ech, teraz już takie tematy nie przejdą” – wzdycha.

Z wyjątkiem Pięknej i mnie wszyscy tu wpisują się w tendencję wzdychania do dziejów minionych. Wspominanie o tym „jakie to rzeczy kiedyś się robiło” to chyba jedyny temat, przy którym Mały Popierdol, niezmuszany koniecznością, zaszczyca mnie rozmową podczas jazdy samochodem. „Teraz to tylko chujnia w stylu: które parówki lepsze albo jaką czapkę kupić na zimę. Gówno. Kiedyś się robiło morderstwa, trupy, porwania, prowokacje, właziło się do cudzych mieszkań, co trzy dni lądowało na policji… A teraz samo gówno…” – zwykł rozczula się Mały Popierdol.

„Kiedyś robiliśmy setny raz materiał o remoncie na rynku” – Szef rozgadał się na dobre, a ja mu nie przerywam. „Wlekli się tam strasznie z robotą, więc mieliśmy na tym pożywkę. Ale chcieliśmy ugryźć sprawę jakoś inaczej niż zwykle. I napisaliśmy, że remont się przeciąga, bo pod rynkiem prawdopodobnie są skarby!” – rechot Szefa sprawia, że nie umiem powstrzymać wyrastającego na twarzy uśmiechu. „Kurwa! Co tam się działo! Na drugi dzień po budowie biegało z 50 gości z łopatami! Myślałem, że budowlańcy nas zajebią!”

Zastanawiam się czasem, czy to dobrze czy źle, że te czasy już minęły. Te czasy, czyli kompletna, ograniczona tylko fantazją redaktorów, niepohamowana samowolność tabloidów w kreowaniu rzeczywistości. Naturalnie z punktu widzenia normalnego człowieka – Bogu niech będą dzięki, że ukrócił to baśniopisarstwo! Ale z punktu widzenia redaktora tabloidu, to musiały być niesamowite czasy… Szukam w sobie odpowiedzi na pytanie, czy w tamtych – pełnych adrenaliny, wybijania szyb w cudzych domach, uciekania przed policją i podkładania fałszywych zwłok w szpitalach – czasach też zdecydowałbym się na tę pracę… Sumienie musiałbym wówczas schować do słoika. Ale przecież przygody to coś, co zawsze najbardziej ceniłem…

Aforyzm Szefa na dziś:

Szybciej zacznę publikować eseje o religii i etyce w „Tygodniku Powszechnym”, niż moja żona zrobi mi kurwa sernik!

Reklamy

Obama sex scandal explodesDziś znów zaczynam dzień od konferencji prasowej w magistracie. Prezydent prezentuje nowego urzędnika wyższej rangi – swojego zastępcę do spraw edukacji. Sytuacja ciekawa, bo babik, który bierze tę fuchę, całe życie robił w prywatnym szkolnictwie. Szef zaleca mi ostrzeliwanie nowego zastępcy właśnie z tej amunicji. „Słuchaj co będzie mówić. Jak nie wspomni o przedszkolach, żłobkach i zmianach w szkolnictwie, to zapytaj jaki ma na to pomysł” – Szef, gdy zleca mi takie zadania wygląda jak wypisz wymaluj Wielkie Oko – niepodzielny, autorytarny i despotyczny władca Mordoru! „Niestety w tym mieście pełnym dziennikarzy może się zdarzyć, że żaden baran nie wpadnie na pomysł by o to zapytać” – dodaje. Pozostaje mi tylko zasalutować i wymaszerować z koszar.

Rzeczywiście wydaje mi się niebywale logicznym zapytać o to, jaki pomysł na szkolnictwo publiczne ma ktoś, kto całe życie robił w sektorze prywatnym. Stojąc naprzeciw nowego zastępcy prezydenta i słuchając pytań innych dziennikarzy, zauważam, że nikt nie porusza niewygodnych kwestii. Wygląda to jak taniec godowy, w którym władza i opinia publiczna ciumkają, gruchają, kadzą i nawzajem się kokietują, usilnie dbając, by przypadkiem nikt nikomu nie przydepnął frędzla przy sukienusi! Co jest do chuja? Przecież z dossier tej raszpli jasno wynika, że baba w życiu nie pracowała w instytucji publicznej! Nikt nie ma zamiaru o to zapytać? Wygląda na to, że nie, bo słyszę tylko: „Jakie będą pani pierwsze decyzje?”, „Jak się pani czuje na nowym stanowisku?”, „Co myśli pani o dorobku poprzednika?”… Kurwa, co za kiła! Będę musiał sam zadać to pytanie i rozwikłać tę tajemnicę poliszynela. Miałem wielką nadzieję, że ktoś mnie wyręczy i nie będę musiał się wychylać. Ustawiam się zatem w kolejce za głupkowatą pizdą z Radia Złamany Chuj i czuję, że łapie mnie silna trema. To będzie moje pierwsze starcie z urzędnikiem na solo. Może nie być łatwo, bo baba wygląda na hardą sukę, a ja nie znam dobrze tematu, by wdawać się w przepychanki.

Podchodzi do mnie pachołek, który prowadzi konfe i pyta skąd jestem, bo mnie nie kojarzy. Grzecznie się przedstawiam. Przychodzi moja kolej, ale zanim otwieram gębę, pachołek bierze na słówko nową urzędniczkę. Ha! Gołym okiem widać, że ostrzega ją przede mną lub raczej (by sobie nie schlebiać) przed moim pracodawcą. Raszpla patrzy na mnie z chłodem równym morenie czołowej lodowca i czeka na pytanie. Więc jadę. Ale idzie mi słabo, bo się stresuję. Trochę opisowo i na okrętkę – zdecydowanie kurwa za długo i zbyt rozwlekle. Uprzedzona przez pachołka, że pytania na pewno będą niewygodne, baba broni się kontr pytaniem. Dobrze trafia, bo de facto nie mam bladego o branży, o którą ją pytam. Ale bronię się na tyle dzielnie, że zmuszam ją do odpowiedzi. Naturalnie rozpyla ogólniki i pustosłowia. Chwytam pierwszy z brzegu frazes i próbuję przycisnąć babika do muru. Ale robię to kurde za delikatnie i pluskwa wymyka mi się luźnymi uwagami. Zbija mnie tym nieco z tropu, co lodowata morena czołowa od razu zauważa i atakuje. Kurwa, teraz to ja jestem w opałach i obydwoje o tym wiemy. Przyjmuję kontr pytanie na klatę – boli. Jest jeden do jednego. Staram się odgryźć pytaniem na inny temat. Raszpla odpuszcza klincz i odpowiada jeszcze kilkoma ogólnikowymi pierdami. Wychodzimy na remis i nie mam ochoty szarżować na nią w końcówce meczu. Nie naciskam, bo widzę, że pachołek już od jakiegoś czasu czai się, by wyprowadzić mnie z sali za kołnierz. Kurtuazja, podziękowania, pożegnania i wypierdalamy.

Mały Popierdol uśmiecha się chytrze, gdy wychodzimy. Chyba był świadkiem mojej nieudolności i jak znam życie, zaraz wybebeszy mnie szyderstwem. „O coś ją kurwa pytał?” – rzuca ze swoim firmowym uśmiechem osiedlowego gangstera. Odpowiadam wymijająco. „Myślałem, że pachołek zaraz cię wyjebie z sali heheee. Zadawałeś złe pytania heheee”. Nie wiem czy to pochwałą czy żart sytuacyjny. Ważne, że chyba jednak nie słyszał mojej zamotki na polu walki. Na zakładzie przewija Szefowi całą akcję. Ten patrzy na mnie z zadowoleniem i mówi tonem ojca-wikinga gratulującego synowi pierwszej wymordowanej wsi: „Dobrze Młody, dobrze…”.

Zapewne powiedziałby coś więcej, ale zajmuje go teraz przysłany donos. Ktoś przysłał jakieś rozmazane zdjęcia i upiera się, że jest na nich Angelina Jolie zwiedzająca miejskie muzeum. „Chuja tu widać ale kto wie…” – Szef wpatruje się w nie z miną tybetańskiego mistrza medytacji. „Eeee, to w ogóle możliwe, by pojawiła się w Polsce incognito?” – pyta Antena. „Wszystko jest kurwa możliwe!” – odpowiada porywczo Szef. „Kilka lat temu namierzyli tu Mela Gibsona, jak w bluzie z kapturem modlił się w którymś z kościołów” – dodaje spacerując po redakcji jak Napoleon. „Serio?” – dziwi się Antena podgryzając jakiegoś wafla. „No mówię ci. Widzieli go normalni ludzie” – rzuca poważnie Szef. „Nie tylko nasi czytelnicy” – dodaje, wybuchając swoim szyderczo-żabim rechotem. Racja, nasi czytelnicy to żaden argument, bo przecież to nie są normalni ludzie.

To było ciekawe doświadczenie, ta dzisiejsza konferencja. Osobiście uważam, że odniosłem porażkę w starciu z urzędnikiem. Głównie z powodu niepewności, której konsekwencją stała się chaotyczność. Na zakładzie, paradoksalnie dzięki Małemu Popierdolowi, uważają natomiast zupełnie inaczej. Ciekawe co o tym sądzi nowy zastępca prezydenta? Nie wiem czy pachołek chciał mnie wykopać z konfy za nieudolność, czy za niewygodne pytania. Zakładając, że z tego drugiego powodu – odniosłem sukces jako dziennikarz (i to nie tylko tabloidu!). Jeśli to wynik pierwszego – jebnąłem kompromitujący postrzał we własne kolano. Jednak bez względu na wszystko, na własnej skórze odczułem dziś, że władza się nas boi!

Aforyzm Szefa na dziś:

To może być każdy. Nawet moja żona w peruce. Ale i tak moja ma lepsze cycki. Bo własne!

dick cheney is a robot!Centrala znów szarżuje. Jest dopiero 11:00 a oni już składają zamówienie na pięć kup i osiem szortów. Plus dwie kupy ekstra na kraj. Zapowiada się pracowity dzień. Tym bardziej, że na rejonie kompletnie nic się dziś nie dzieje. Oj, trzeba będzie fabrykować dzisiaj wiadomości…

Mówi się, że w pracy dziennikarza ważny jest polot i lekkie pióro. Bzdura! No, może jeśli pracuje się w jakimś piśmie literackim lub innym tematycznym magazynie. Redaktorzy dzienników udupieni są w kilku sztywnych formach poza które choćby się zesrali, wyjść nie mogą. Nie inaczej jest w przypadku tabloidu. Ba, większe ograniczenie formy niż tu, jest chyba tylko w agencjach prasowych, gdzie tłucze się wyłącznie newsy!

„Młody! Śpisz? Konferencja w magistracie za 15 min. Zostaw tę drobnicę i leć!” – szturcha mnie Szef. A to ci niespodzianka. W takich sytuacjach zazwyczaj czekam aż z kanciapy foto wynurzy się Mały Popierdol i burknie „Jedziemy”. Tym razem jednak kierownik Mordoru wyjątkowo nie potrzebuje zdjęć, a jedynie sprawozdania z konferencji. Popierdalam ile sił w nogach, bo czasu rzeczywiście jest mało. Docieram w ostatniej chwili, a jednocześnie dociera do mnie, że nie mam bladego, gdzie ta konfa jest, kto tam będzie, kto ją prowadzi i o czym ona w ogóle kurwa jest! W dotychczasowych misjach w magistracie towarzyszył mi zawsze foto, który nieświadomie stawał się moim psem przewodnikiem w eksploracji terenu. Grozi mi poważna zakładowa infamia, jeśli skoncę sprawę! Na szczęście jest jeszcze portier. Wbijam do sali konferencyjnej i rozglądam się za tym co najważniejsze – materiałami dla dziennikarzy. Są! Jeszcze ich hieny nie rozkradły. Potem siadam sobie na wolnym miejscu, spisuję nazwiska gości zza zielonego stolika i gra gitara. Zostaję do końca i nabieram tyle pewności siebie, że nawet przychodzi mi do głowy myśl, że chujowa ta konferencja, bo nie ma ciastek i napojów dla dziennikarzy. Spotykam pseudo znajomego z innej redakcji, gdzie robiłem kiedyś praktyki. Taki przemądrzały, włochaty klusek. Pyta gdzie się teraz bujam. „Uuu… Nieźle!” – kiwa tępym łbem z fałszywym uznaniem, gdy odpowiadam. „Nie bardzo” – również kiwam głową ale bez fałszywości. „Czemu? Jeszcze trochę i będziecie jedyną gazetą, która zostanie na rynku” – pod tym względem akurat ma rację, bo sytuacja rynku prasowego jest delikatnie mówiąc przejebana! Zawijam na zakład kończyć moje góry szortów i kup. Pierwszą, kompletnie solową, konfe w tabloidzie mam już na rozkładzie.

Kupa to coś w rodzaju informacji prasowej w innych redakcjach. Materiał do 600 znaków, czasem ze zdjęciem. Ostatnio panuje u nas tendencja do skracania kup. Piszemy nie dłuższe niż 450 znaków. Szorty to nic innego jak newsy. Małe informacje do 350 znaków. Przygotowywane na lokal, ukazują się na stronach lokalnego wydania. Oczywiście zawsze trzeba zrobić ich więcej, niż rzeczywiście się przydaje. Why? Po pierwsze, by redaktor prowadzący miał z czego wybierać, po drugie, bo nigdy nie wiadomo ile ostatecznie będzie miejsca w gazecie. Kupy na kraj, to informacje, które ukarzą się na stronach ogólnokrajowych. Prócz tzw. drobnicy muszę przygotowywać też przegląd prasy i informator. Ten pierwszy polega na przekablowaniu do centrali trzech głównych tematów z codziennego wydania naszej konkurencji. Ma to znaczenie o tyle, że w przeciwieństwie do tradycyjnych dzienników, tabloidy kierują się tzw. zasadą planowania. To branżowe niuanse. Generalnie chodzi o to, że zwyczajna gazeta wali od razu wszystko co ma, a tabloidy często zostawiają sobie jakieś tematy na potem, nie przejmując się ich dezaktualizacją. Co się tyczy informatora, to jest to jakoby „dodatek kulturalny”. Zaproszenie na jakiś film, koncert czy coś w tym stylu.

Inne formy w których jestem uwięziony to materiały do 1800, 1600, 1200 i czasem do 800 znaków. Zawsze poprzedza je ok. 450-znakowa zajawka, na podstawie której centrala decyduje na którą stronę bierze temat (jeśli w ogóle bierze). Tekst na tzw. czoło, to materiał, który ukarze się na pierwszej, zagospodarowywanej przez mój zakład stronie. Oczywiście wszystkie te teksty muszą być krojone według kilku określonych szablonów. „Uwaga mieszkańcy/ kierowcy/ emeryci”, „Zabili/ zgwałcili/ porwali mi syna!”, „Złodzieju/ bandyto/ zwyrodnialcu oddaj/ zabiłeś/ wróciłeś”, „Grzeją/ koszą/ sprzątają wszędzie tylko nie u nas” etc. Żadnej finezji, żadnego polotu, żadnej kurwa przestrzeni na coś ponad schemat! Po kilku takich materiałach człowiek ma wrażenie, że to jakiś pieprzony „Dzień Świstaka”! Każdy tekst zszywa się z tych samych składników: tytułu (krzykliwego i jadącego po emocjach), lidu (krótkiego wstępu, który musi walić mięsem po oczach) i tzw. liter, czyli zasadniczej treści. W literach musi się znaleźć cytat jakiegoś target i ewentualnie usprawiedliwiającego się urzędnika (ale w jednym tekście nie może pojawić się więcej niż trzech wypowiadających się ludzi!). Zamiast zakończenia daje się jakieś oburzone zdanie, zazwyczaj w formie pytania. Coś w stylu: „Ile jeszcze potrwa ten koszmar?/ Kiedy skończy się ten dramat?/ Czy będzie jeszcze gorzej?”. Pierwsze zdanie tekstu naturalnie również musi być krótkie i mocne. Słowa, bez których praktycznie żaden materiał się nie obejdzie to: szok, makabra, dramat, horror, uwaga, absurd, groza, wstrząsający, tragiczny i zaskakujący… Żadnych wyrazów obcych, środków stylistycznych innych niż hiperbole i związków frazeologicznych wykraczających poza frazesy. Jednym słowem mój warsztat pracy składa się z 150-200 słów i chuj, cipa, kurwa, dupa czyli koniec! Ta robota jest trudna nie ze względu na wysokie wymagania ale ze względu na, bliską heroizmowi, konieczność kreowania nieskończonej ilości materiałów ze skończonej ilości środków!

Pieniądze

zdradził szatana dla pieniędzySłyszę czasem różne dziwne historie o tym, ile to zarabiają redaktorzy tabloidów. Cóż, akurat w tym temacie rzeczywistość zatrudniającego mnie Mordoru nic a nic nie różni się od typowych dla Grajdoła realiów. Jak wszędzie, krawaty ze szczytów zakładowych list przebojów, zarabiają niebotyczne stawki. Natomiast ja, będąc na samym końcu tego finansowego łańcucha pokarmowego, czuję się jak zapasowy chuj na weselu!

Stukam swoje kupy i szorty. Nieśpiesznie, bo dziś nie ma ciśnienia. Leniwy dzień, żadnych akcji terenowych ani większych materiałów. Co jakiś czas, gdy widzę, że Szef pogrąża się w studiach nad annałami swojego Facebooka, zapuszczam żurawia do Interenetu w poszukiwaniu ofert pracy. Nie ukrywam przed nikim, że szukam innej lub drugiej roboty, bo płacą mi tu delikatnie mówiąc wąziutko…

Finansowo jestem tu na absolutnie końcowym końcu listy płac. Zarabiam 1500 zł netto. Wszystko oczywiście na mocy umowy o dzieło, bo jakżeby przecież inaczej? Nie byłaby to dla mnie zła stawka, gdybym dostawał ją 2-3 lata temu. Niestety, wówczas byłem na etapie pedalskich periodyków studenckich, które na rozkładzie powinienem mieć kolejne 2-3 lata wcześniej. To smutna reguła mojego życia – ze wszystkim spóźniam się 2-3 lata. Kurwa… Wracając do płac, trzeba przyznać, że cała działka tzw. dziennikarstwa prasowego staje się coraz bardziej jałową glebą. Tego typu media przeżywają od jakiegoś czasu głęboką zapaść rynkową i mam wrażenie, że jeszcze nie osiągnęły dna, więc może być tylko gorzej.

Jak zarabiają inni na zakładzie? Najlepiej stoi oczywiście Szef. Przytula 6 patyków. Prawda jest jednak taka, że siedzi w tej branży 12 lat i zna się na niej jak Einstein na fizyce! Co więcej, rok temu zdekapitowano mu płace o okrągły tysiak. W tym roku prawdopodobnie będzie tak samo. Why? „Bo pierdolony inwestor traktuje nas jak kolonizowanych murzynów! Gospodarczo firma jest stabilna i nie ma potrzeby obcinania jej budżetu. Ciecia służą temu, by mieć tyle samo z mniej, co jest najlepszym przykładem traktowania nas jak zdobyczne bydło!” – irytuje się Szef, gdy rozmawiamy o finansach. Jego odpowiednik, powiedzmy z Niemiec czy Anglii, zarabia jakieś piec razy tyle, ma służbową gablotę i po 8 godzinach pracy rzuca wszystko w pizu i idzie do domu.

Nieco niższą stawkę niż Szef przytula Antena. Ile dokładnie? Przyznam się że nie wiem, ale zgaduję, że ponad 3 kafelki. W sytuacji równie padaczkowej co ja znajduje się natomiast Piękna. Zarabia 2300 po ładnych kilku latach doświadczenia, z tym że jest dużo starsza ode mnie. Niedawno próbowała pertraktować podsypkę z krawatami ze szczytu. Sprawę postawiła bardzo blisko krawędzi noża. Co usłyszała? „Jeśli musisz odejść, to bardzo nam przykro ale proszę bardzo”. Piękna podobnie jak ja rozgląda się za inną robotą. Ona za wszelką cenę chce jednak pozostać w branży. A ta jest wyjątkowo już wyeksploatowana. „Ukochana gazeta wszystkich polaków” (do niedawna) płaci 2500 redaktorom z 10-letnim stażem! Kierownik największego działu naszego lokalnego konkurenta nie zarabia więcej niż 3 klocki… Najlepsze jest to, że Szef, Antena i Piękna tworzą prawdopodobnie jedną z najlepszych drużyn w tej firmie! Nie dalej jak dwa dni temu Szef przytaczał Pięknej swoją rozmowę z centralą „Rozmowa zakończyła się stwierdzeniem, tu cytuję: Ale masz w pytę zespół!” – przyznał rozbawiony. „Konsekwencje związane z tym stwierdzeniem, nie zaszły” – dodał rechocząc. W niewiele lepszej sytuacji ode mnie była dziewczyna, na której miejsce bezpośrednio wskoczyłem. Zarabiała 1800 kapsli na rękę ale wypełniając weekendowe dyżury, z których ja jestem zwolniony… oficjalnie.

„Siemano!” – wita się ze wszystkimi Mercedes. „Ooo! A niech mnie chuj strzeli!” – cieszy się Szef na jej widok. Mercedes pracowała tu za te same pieniądze co ja, gdy zdezerterowałem na trzy miesiące. Idą z Szefem na petko do kanciapy foto. Właśnie! Foto! To są goście, którzy w tym burdelu zarabiają naprawdę niezłą walutę! Jeśli ktoś, spoza kierownictwa, w tabloidach zarabia dobre pieniądze, to właśnie fotoreporterzy. Wprawdzie płacą im tylko od wykorzystanych zdjęć ale nie jest to zły układ. (W tym względzie też nie mogę narzekać, bo moja wypłata wprawdzie zależy od wierszówki – tego ile napiszę, ale Szef i centrala manipulują nią w taki sposób, że choćbym przez miesiąc nie napisał słowa, zawsze dostanę tyle samo). Jeszcze dwa lata temu foto zarabiali po 7-8 tysiaków! Teraz obcięli im stawki za zdjęcia o ok. 35-40%. Dziś wyciągają po 4-4,5 klocka. Szeleszczą na taką płacę, bo muszą z niej pokryć koszty wyjazdów na materiały, sprzętu i ZUS ale ja nie obraziłbym się na taką wypłatę. Tym bardziej, że siedzą na zakładzie tylko do 12-13, a potem działają ewentualnie na telefon! Kurwa, grzech narzekać na taką pracę! Oni mają jednak inne zdanie na ten temat – zapewne dlatego, że pamiętają czasy, gdy płacono im 300 zł za jedno zdjęcie! Nawet za targeta! Obłędna stawka!

„Trzymaj się i wpadaj do nas często!” – uradowany Szef żegna Mercedes. Siada za biurkiem i po chwili odzywa się do mnie „Młody, pamiętaj, że gdybyś znalazł coś innego, Mercedes bardzo chętnie wskoczy na twoje miejsce”. „Domyślam się” – mruczę tak, by kapnął się, że stawia mnie w dość chujowej sytuacji. „Nie żebym cię namawiał do odejścia” – reflektuje się. „Po prostu chce żebyś wiedział, że nie musisz mieć skrupułów, gdybyś chciał stąd wypierdalać.” Oj chętnie bym stąd wypierdalał i to naprawdę bez najmniejszych skrupułów – myślę sobie, wspominając jednocześnie wczorajszy wieczór. Spotkałem się ze znajomym na browara. Facio jest w moim wieku, skończył licencjat z jakiegoś gówna i zaczął pracować jako kierownik magazynu w firmie informatycznej. Teraz jest w niej informatykiem: garnie 4,5 kafla (drugie tyle dostaje za pracę w delegacjach, gdzie opłacają mu podróż, hotele, żarcie, dostaje służbową furę i jedyne na co wydaje to alkohol) i twierdzi, że to słabo jak na jego możliwości. Słuchając tego po trzecim piwie myślałem, że pójdę do kibla i popełnię samobójstwo waląc głową w klozet!

Siedzimy w milczeniu dłuższy czas. Słychać tylko stukanie w klawiatury. „Wiesz…” – przerywa milczenie Szef – „Powiem ci z perspektywy 12 lat doświadczenia, że takie zajebiste strzały jak ty i Mercedes zdarzają się naprawdę rzadko. I nie chodzi mi tu tylko o tabloidy ale o całą branże”. Kiwam głową w zamyśleniu, z miną jakby mi ktoś wsadził do mordy pół cytryny. Fajnie, tylko co z tego, skoro temu krajowi jesteśmy potrzebni jak ślepemu świerszczyki?

Złodzieju, oddaj nam najświętrzą panienkę„Młody, jest jakaś afera z kościołem i pogrzebami. Siądź no do neta i zobacz o co tam chodzi”. Chodzi o to co zawsze, czyli o irytującą tendencję do auto kompromitacji Polskiego Episkopatu z powodu braku jego jednomyślności. Części biskupów nie podoba się, że kremacja staje się coraz popularniejszym sposobem pochówku. Ci mniej konserwowi łagodzą „anty pogańskie perory” tych pierwszych. Efektem jest list episkopatu do wiernych (numer 10638211 w tym roku) na temat godnego pochówku ciała.

„Czyli co, kościół jest przeciwko kremacji?” – upraszcza wszystko Szef. „Z tego co ja wiem, to nie jest i nigdy nie był” – wzruszam ramionami. „Masz tu numer do przyjaznego nam klechy. Zapytaj go, a potem zadzwoń jeszcze do kurii”. Znajomy zakonnik potwierdza moją opinię. „Nie wiem co będzie w tym liście, bo będzie odczytany dopiero za dwa tygodnie, panie redaktorze” – mówi typowo kościelnym, lekko wykastrowanym głosem. Odczuwam lekki niesmak, gdy ktoś zwraca się do mnie per „redaktorze” w tej robocie. Ma to dla mnie podejrzanie sardoniczny zapach. „W każdym razie rozmawiałem niedawno z kolegą, rzecznikiem episkopatu, i zapewnił mnie, że ten list będzie bardzo pozytywny i wychodzący naprzeciw oczekiwaniom wiernych” – dodaje kastracyjnie zakonnik. Ściągam z niego numer do kolegi rzecznika. Coś tu nie gra, bo Internet aż huczy od domysłów na temat pogromu neo pogaństwa, jakim ma ociekać list. Gęsto cytuje się tam niektórych biskupów. Dzwonie do kurii ale tam jak zawsze grają na zwłokę, bo nic nie wiedzą. Rzecznik episkopatu zasłania się natomiast jakimiś tajemnicami kościelnymi i udaje mi się z niego wydusić tylko jedno, enigmatyczne zdanie oficjalnego komentarza. Panienko Przenajświętsza! Szybciej człowiek ocipieje, niż się czegoś dowie od tych naszych zdewociałych księżuniów!

Postanawiam jeszcze raz spróbować z zakonnikiem od którego zacząłem tą wędrówkę po labiryncie kościelnych stanowisk. Może od tej strony uda się zajrzeć biskupom w kieszeń. Kastrat pęka. „W tym liście nie będzie niczego nowego” – przyznaje. „Kościół po prostu przypomni swoje stanowisko: nie ma problemu z kremacją, jeśli tylko wcześniej odbędzie się nabożeństwo nad zwłokami, choć na to też zazwyczaj przymyka się oko”. Zatem nie ma tematu. Kościelni reakcjoniści się zbulwili, moderniści ich stonują i efekt będzie tradycyjny: przypomnienie nauki kościoła. Tym razem jednak zacietrzewione konserwy wyrwały się przed szereg i ofiarowały dziennikarzom tłusty kąsek w postaci emfatycznych zapowiedzi pogromu pogrzebowych urn. Stąd ta afera w sieci. Zagadka sfinksa rozwiązana. Streszczam wszystko Szefowi. „To chujowo” – podsumowuje. „Centrala uparła się na ten materiał”.

Szef tłumaczy przez telefon szefom wszystkich szefów istotę sprawy. Patrzę na jego minę i już wiem, że jest źle. „Acha. Więc tak chcecie to ująć… Nie, tylko nie bardzo mamy amunicję, by bronić takiej filozy. Dobra, spoko. Nie takie rzeczy się robiło” – odkłada słuchawkę. „Młody, siadaj i pisz” – poprawia pingle i zamyśla się na jakieś 0,02 sekundy. „Tytuł: Kościół zakaże kremacji! Podtytuł: Czy to dlatego, że będzie taniej?” – dyktuje mi niczym duce swoim wyznawcom. „Przecież to bzdury i nieprawda” – parskam śmiechem. „Chuj mnie obchodzi. Ty to wiesz, ja to wiem i oni to wiedzą” – mówi wskazując na telefon. „Ale to niczego kurwa nie zmienia. Siadaj i pisz 1800 znaków” – kończy orędzie łypiąc na mnie zza tych swoich wielkich bryli. Na razie ciągle jeszcze bawi mnie kuriozalność tej sytuacji. „Przecież to będzie apokryficzna bzdura” – protestuję. „Cały ten świat jest apokryficzny! Siadaj i pisz” – mach ręką, jakby odpędzał muchę. „Stawiaj w tekście dużo znaków zapytania, cytuj bezosobowo i udawaj, że robisz z tego kwestię problemową” – podpowiada, gdy już przestaję się śmiać. Dociera do mnie jawne kłamstwo, które muszę wypuścić spod palców.

Kluczę. Brodzę w domysłach i sieję gęsto znaki zapytania, by złagodzić nuklearną siłę rażenia skandalizującej konfabulacji w tytule. Kurwa, czuję się jakbym mylił trop uciekając z miejsca zbrodni! Kłamstwo miedzy zębami prześlizguje mi się z gracją spłoszonej świni szarżującej przez skład świątecznych bombek. Na piśmie jest tylko ciut lepiej. Staram się traktować tę tragikomedię jako ćwiczenie intelektualne. Zabawę w „jak postawić tezę w tytule, a potem niezobowiązująco uciec od niej w tekście”. Podskórnie jednak drażni mnie, że te wszystkie bohomazy i farmazony ukażą się po raz kolejny pod moim nazwiskiem. „Jak tam idzie?” – Szef z petem w gębie i talerzem parówek wynurza się z kanciapy foto. „Boli!” – odpowiadam kiwając głową. „Cierp Młody, cierp” – rechocze. „Gorsze rzeczy musiałem pisać, gdy byłem na twoim miejscu”. Wyobrażam sobie.

Skończyłem. Wyszedł mi wcale zgrabny, gówno warty, od początku do końca fałszywy tekst. Najgorsze jest to, że to materiał priorytetowy. W centrali już na niego czekają. Wysyłam więc mojego nowego moralnego czerniaka Szefowi. Dla poprawy nastroju zajmę się uczciwymi szortami na lokal. Zresztą, nawet wysmarowanie się galaretką i bieganie na golasa po mieście z transparentem „Lubię chleb ze smalcem” byłoby uczciwsze od tego tekstu.

Zbieram się do wyjścia. Szef przewala mój idiotyczny elaborat do centrali. „Zajebisty tekst Młody” – mówi żegnając się ze mną. „Nie zmieniłem ani słowa, naprawdę dobry” – dodaje. Jakoś kurwa nie umiem się ucieszyć z tej pochwały.

Aforyzm Szefa na dziś:

Seks z żywą kobietą pociąga jednak za sobą pewne konsekwencje.

Targety

nie śpię bo trzymam kredensCzyli mój niemalże codzienny, zasrany obowiązek. Zazwyczaj nie ma z nimi większego problemu, czasem jednak potrafią zepsuć człowiekowi cały dzień! Jeśli mogę sobie pozwolić na poetyckie porównanie, to powiem, że targety są jak defekacja. Normalna, codzienna procedura, ale jeśli trafi się obstrukcja lub biegunka – Krzyż Pański! Co to takiego ten target? W ponad 150-letniej historii tabloidów nie zmieniły się, i zapewne nigdy nie zmienią, tylko dwie rzeczy: gra na emocjach i apoteoza prostego człowieka. Owa apoteoza jest oczywiście bardzo instrumentalna, a targety są jej najlepszym przykładem. Target to nic innego, jak prosty człowiek z ulicy, wypowiadający się na jakiś temat. Tylko tyle, i aż tyle!

„To jest najbardziej przejebana robota jaka tylko może być i nie ukrywam, że zwalę ją na ciebie” – mówi Szef wręczając mi kartkę z, zapowiadanym od dwóch dni jako Armagedon najwyższego stopnia, zadaniem. „Bierzcie się ze Spiderem do roboty, macie na to dwa dni”. Misja to znalezienie 22 targetów do ogólnonarodowej sondy na temat sympatii politycznych. Oczywiście nie możemy wziąć pierwszych z brzegu dwóch tuzinów ludzi. Dyrektywa z centrali jest bezlitosna. Mamy znaleźć po dwie sztuki: emerytów, nauczycieli, studentów, fryzjerów, księży, policjantów, urzędników, budowlańców, lekarzy, sekretarek i rolników! Reakcję Spidera przytoczę jedynie w matematycznym skrócie: „kurwa mać” x250, „pojebało ich” x120, „popierdolone pomysły zza biurka” x70, „mam to w dupie” x45 i „małe, głupie cweliki” x17 (plus x3 „czemu zawsze pada na mnie?”).

Księży, za aprobatą Szefa, wykreślam z listy od razu. Stawiam kija przeciw gołej dupie, że jednego szukałbym tydzień! Policjantów, nauczycieli i lekarzy odstawiam na jutro. Spróbuję ustawić ich poprzez związki zawodowe. Ruszamy w miasto polować na resztę…

Gdy normalny dziennikarz zbiera materiały do artykułu, bardzo cennymi cegiełkami w tej budowli są ciekawe wypowiedzi zwyczajnych ludzi z którymi rozmawia. Natomiast dziennikarz tabloidu (tylko jako didaskalia odnotuję pytanie, czy dziennikarz tabloidu rzeczywiście jest dziennikarzem?) tak naprawdę ma głęboko w dupie to, co mówią ludzie z ulicy, których indaguje. Dziennikarz tabloidu nie potrzebuje ich wypowiedzi (bo sam je wymyśli). On potrzebuje ich zdjęcia! To, o co naprawdę chodzi w targetach to zdjęcie! Jeżeli interlokutor zgodzi się na fotkę – jesteśmy w domu i reszta jest nie ważna.

W praktyce wygląda to tak. Podbijam do ofiary i próbuję nawiązać rozmowę. Foto trzyma się z tyłu, by nie wystraszyć jej obiektywem. (To dzisiejsze realia. Jeszcze parę lat temu było tak, że foto nie czekał na jakąkolwiek łączność pomiędzy redaktorem, a targetem. Cykał zdjęcie gościowi na chama – bez pytania, zgody i jakiejkolwiek wazeliny. Na szczęście dla ludzkości, a na nieszczęście dla foto, te czasy już minęły.) Najskuteczniejsza gatka zaczepna, to przedstawienie się jako dziennikarz przeprowadzający sondę. Tu pada telegraficzny skrót tematu i pytanie, co pan/pani o tym sadzi. Najczęściej jest tak, że jeśli ktoś nie karze mi spadać w ciągu pierwszych 5 sekund rozmowy, udaje się go naciągnąć na wypowiedź. (Zdjęcie to odrębny rozdział w tej krótkiej historii). Ludzie, jeśli tylko się nie spieszą, chętnie biorą udział w sondach, bo (1) daje im to poczucie ważności; (2) mogą wyładować swoją frustrację na polityków/urzędników/sąsiadów/cały świat; (3) myślą, że pozostają przy tym anonimowi. Opinię targeta pobieżnie notuję sobie w kajeciku. Jeśli nie odpowiada złożonemu przez Szefa zamówieniu, staram się lekko naprowadzić ofiarę na „właściwe” tory. (Kiedyś o tym opowiem ale trzeba ci już teraz wiedzieć, drogi czytelniku, że biorąc się za temat, nie mam przedstawić rzeczywistości, tylko zrealizować ustalone przez Szefa lub centralę założenie. Dlatego zawsze dostaję zamówienie na konkretnego targeta, typu: „wkurwiony na dziury kierowca”, „wkurwiona na urzędników baba z dzieckiem”, „wkurwiony na służbę zdrowia emeryt”). 3/4 targetów musi być na coś wkurwionych. Pozostała 1/4 to hura optymiści, zachwyceni jakimś aspektem. Tak czy siak, muszą pozostawać skrajnie wyraziści. Zakładając, że ofiara zgodziła się na wypowiedź, rozpoczyna się najtrudniejsza część zadania, która składa się z trzech poziomów: zdobycie personaliów targeta, jego wieku i zdjęcia. Najważniejsze jest oczywiście zdjęcia. To sedno sprawy. Zaczynam jednak od nazwiska. Kieruję się taktyką „duży-wielki-malutki krok”. Ludzie mają oczywisty opór przeciwko podaniu swoich personaliów. Gdy ktoś staje okoniem (ale jeszcze nie ucieka) proponuję mu taki deal: „Oczywiście może pan/pani powiedzieć, że się nazywa Jan/Grażyna Kowalski/Kowalska, mi to nie przeszkadza, my robimy tylko sondę…”. To ośmiela targeta, który najczęściej podaje mimo wszystko prawdziwe dane. Teraz przychodzi kolej na „krok wielki”. Do akcji wkracza foto – o ile nie jest to Spider, bo on najczęściej wtrąca się już wcześniej. Akurat w jego przypadku jest to korzystne. Ma on bowiem niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktu z prostymi ludźmi. Dzięki niej umiejętnie rozładowuje napięcie, jakie pojawia się w chwili, gdy w polu widzenia targeta pojawia się celujący weń obiektyw. „To jeszcze kolega zrobi malutkie zdjęcie do dokumentacji” – ni to stwierdzam, ni pytam. Oczywiście większość ludzi protestuję. Czują jednak zobowiązanie konsekwencji, bo ich wypowiedź i nazwisko widnieje już w moim kajeciku. Wszystko musi rozgrywać się szybko, do póki człowiek nie ma czasu przemyśleć sytuacji. Foto zdjęcia robi na biegu, zanim target się rozmyśli. Następnie gremialnie dziękujemy ofierze za pomoc, a ja przechodzę do trzeciego, „malutkiego kroku”. „To jeszcze niech mi tylko pan/pani swój wiek poda…”. Wbrew pozorom ludzie bardzo często na tym etapie zaczynają się wycofywać rakiem. Szczególnie kobiety. Jeśli idzie ciężko, proponuję ten sam deal, co przy personaliach. Tym razem wiele osób idzie na układ…

Jak wiele jest targetów, tak wiele jest „sposobów na targeta”. Ja staram się zawsze brać ludzi na uśmiech, z jednoczesną szczyptą powagi i profesjonalizmu. Zdarza mi się też brać ich na litość. Nie lubię natomiast podejścia Małego Popierdola, który, chcąc mi zapewne pomóc, od razu wali człowiekowi w twarz, że potrzebujemy wypowiedź i zdjęcie. Naturalnie nie chodzi mu o uczciwość wobec targeta, tylko o to, by szybciej skończyć sprawę. Najczęstsze typy targetów to emeryt, młoda matka z wózkiem, kierowca za kółkiem, rodzic z dzieckiem i zwykły facet do 45 roku życia. Oczywiście zdarzają się też bardzo egzotyczne zamówienia typu „niewidomy emeryt bez lewej nogi, który nie może wejść po zepsutych ruchomych schodach z kundlem przewodnikiem i siatą zakupów”. Przy czym decydentów kompletnie nie obchodzi, w jaki szatański sposób wytrzasnę takiego targeta. Ma być, koniec i chuj! Każdorazowo przemowa motywacyjna jest podobna: „Jak to kurwa nie ma?! Tu mieszka 40 mln ludzi, na pewno gdzieś taki jest. Ruszcie dupy i go kurwa znajdźcie!” Dlatego w tej pracy bardzo przydaje się szerokie spektrum znajomych. Tu warto uściślić, znajomych, którzy zgodzą się dać sfotografować, gdy w zleceniu trafi się obstrukcja lub biegunka…

Oczywiście niepytany nigdy nie przyznaję się z jakiej jestem redakcji. Wiele indagowanych osób w ogóle o to nie pyta, co jest mi na rękę. Gdy pytanie padnie, mówię prawdę. Są oczywiście tacy, co to od razu mówią „dowidzenia” i biorą nogi za pas, gdy dowiedzą się kto i zacz jesteśmy. Są jednak i tacy, którzy z radością wrzeszczą „Super gazeta! Będę na zdjęciu, naprawdę?!”. Najczęściej są to pocieszni emeryci, którzy nagle dostają słowotoku… Target powinien dostać od nas do podpisania tzw. zgodę. Jest to dokument uprawniający nas do opublikowania jego wizerunku (i późniejsza podkładka w razie prawnych bulwersów). Najchętniej podtykałbym te zgody każdemu, bo jak cholera obawiam się wezwania z sądu (które w tej robocie są codziennością). Foto jebią mnie jednak każdorazowo, gdy sięgam po zgodę, bo obawiają się, że taregt ze wszystkiego się wycofa. Z tego punktu widzenia mają rację, bo w skali „trzech kroków”, podpisanie czegokolwiek jest dla targeta wyzwaniem równie wielkim co zgoda na zdjęcie.

„I jak poszło?” – pyta Szef, gdy powłócząc nogami wracam na zakład. Jak? Pomijając milion kilometrów po mieście z buciora i drugie tyle zaczepionych ludzi, to całkiem nieźle. Mam wszystkich z wyjątkiem księży, lekarzy, policjantów i nauczycieli. Najgorzej było z budowlańcami i golibrodami. Ci pierwsi spieprzali przed nami na rusztowania, a panie fryzjerki dały się dopaść dopiero w tysiąc siedemset trzydziestym dziewiątym odwiedzonym salonie. „Siadaj i dzwoń do związków zawodowych, a potem spisz mi wszystkich tych chujów w jednym pliku” – zarządza Szef. „Dlaczego nie możemy załatwić lekarzy i policjantów przez kontakty Pięknej?” – pytam już znad klawiatury. „Bo nie mam zamiaru nadużywać ich do tak chujowej roboty. Nie będę psuł sobie z nimi dobrych układów. Po prostu znajdź kogoś innego” – tłumaczy Wielkie Oko stojące za moimi plecami i ćmiąc fajka. „Jeszcze jakieś dobre wiadomości?” – pytam przekornie. „Tak, nie pobiję cię jeśli nie załatwisz wszystkich z listy” – mówi zupełnie poważnie i wychodzi.

Siedzę i wymyślam powody dla których ten czy tamten osobnik sympatyzuje z taką lub sraką opcją polityczną. Rozmawiając z ludźmi nie pytałem „dlaczego?”. Po pierwsze zniechęcało to rozmówców, po drugie, większość ludzi ma problem z racjonalizacją swoich decyzji. Poza tym, nikogo to de facto nie obchodzi! Prawda jest taka, że to co powie target muszę przerobić najpierw ja, potem Szef, a na koniec jeszcze centrala. Jak więc miałoby pozostać cokolwiek z jego oryginalnej wypowiedzi? Zresztą, daje sobie uciąć lewe jajo, że nie tylko w tabloidach tak się robi. Podkoloryzowanie wypowiedzi bohatera to praktyka wszystkich dziennikarzy i  to nie tylko w Grajdole! Piszę to wszystko tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś zaczepił cię na ulicy jakiś gość i zapytał czy weźmiesz udział w szybkiej sądzie…

Aforyzm Szefa na dziś:

Jestem niewyspany, więc jak chcesz mi coś powiedzieć, to używaj wielkich liter, prostych zdań i dużych odstępów.

Kręci mi się w głowie, czuję niemoc w nogach i permanentne mdłości. Drażnią mnie jaskrawe kolory, ostre światło i wszelki hałas głośniejszy niż moje własne okaleczone strzępki myśli. Czuję, jakby w mojej głowie panicznie trzepotał się ptak, który nie może się wydostać. Uparta białą mewa pustoszy mój mózg tupiąc niezwykle głośno i boleśnie. Do tego odkąd wstałem z wyra ciągle chce mi się rzygać. Obrazu żałości dopełniają wory pod oczami i bardzo powolne, posuwiste ruchy. „Co ci?” – pyta Szef zza zawalonego gazetami biurka. Wyjaśniam minimalną możliwą ilością słów, bo mam wrażenie, że zaraz pęknie mi dekiel i na wieki wieków amen zgaśnie światło. „Heheheeee! Ale zajebiście!” – cieszy się w odpowiedzi tym swoim rechotem, który zawsze budzi we mnie pozytywne emocje. „Ja też wczoraj pochlałem na mieście ale widzę, że ty ambitniej podszedłeś do tematu heheheee… Siadaj i zrób jakąś kupę na kraj, jak dasz radę”.

Nie daję rady. Siedzę, czytam te małe, uciekające mi spod palców literki i próbuję wstukać w klawiaturę jedno zdanie bez robienia przerwy na zebranie myśli. Co jakiś czas opatulam głowę ramionami i wyobrażam sobie, że to leczniczy dotyk Kaszpirowskiego lub innego Harry’ego z Tybetu. „Co ci jest?” – pyta Piękna wchodząc na zakład. W odpowiedzi podnoszę swe bolesne oblicze z blatu biurka. Moja gęba musi teraz wyglądać jak „Chrystus cierpiący” w wersji Witkacego, poprawiona przez Bosha i Daliego, bo Piękna tylko kiwa głową z politowaniem. „Obudź się już Młody, bo jest robota” – klepie mnie po ramieniu Szef.

Robota jest przejebana ale nie z tej strony, której się obawiałem. Jedziemy ze Spiderem do szpitala dziecięcego. Jakiś mały kajtek wpadł kilka miesięcy temu pod tira czy autobus. W szpitalu poskładali go do kupy jakąś ultra innowacyjną metodą. To ponoć czwarta taka operacja na świecie. Musimy zrobić zdjęcia, pogadać z lekarzem i rodzicami dzieciaka. Na szczęście ma to być materiał pozytywny, w stylu „Lekarze ocalili mi dziecko”. Trzeba jednak uważać, bo ten format bardzo łatwo niechcący zmienić na „Jak pilnowaliście dziecka, zwyrodnialcy!?”. Przynajmniej w mojej robocie, bo normalny dziennikarz nie brałby tego nawet pod uwagę. W każdym razie, z rodzicami zawsze trzeba ostrożnie… „Masz” – mówi Szef dając mi gumę do żucia. „Żebyś nie ział alkoholem biednemu dziecku w twarz heheheee”.

Pomijając cierpienie na kacu, byłem szczęśliwy jadąc na ten materiał. Moja radość wynikała z faktu, że nie muszę przy tej okazji pasożytować na czyjejś tragedii. Nie będzie płaczu matki, okaleczonego dziecka i bezradnie rozkładającego ręce lekarza. Będą uśmiechy, życzenia i ogólna radość istnienia. Radość trwała do momentu znalezienia się na oddziale…

„Ja pierdolę, kurwa mać”. Ten prostacki acz szczery akt strzelisty nie opuszczał moich myśli przez cały czas pobytu w szpitalu. Pomijam już podziwu godną plątaninę korytarzy, przejść i zakrętów którymi prowadziła nas rzeczniczka tego przybytku. (Po 45 sekundach marszu nie byłbym w stanie trafić do wyjścia i wcale nie byłaby to wina kaca!) To co zobaczyłem na oddziale totalnie mnie sparaliżowało. Dziesiątki dzieciaków, kroplówki, wózki, kule, pluszaki, kolorowanki i dziecięce rysunki na ścianach. Nagle znalazłem się w globalnym centrum niezawinionego cierpienia! Sanktuarium dziecięcego bólu przytłoczyło mnie kontrastem uśmiechniętych brzdąców i przejeżdżających korytarzem wózków i łóżek, wracających z pourazówki. Dziecięca bezbronność, radość i niewinność przeplatały się w tym miejscu z kalectwem, cierpieniem i śmiercią.

Mały Michałek nie był specjalnie zainteresowany naszymi odwiedzinami. Młodziuteńka mama natomiast chętnie z nami pogadała, choć widać było, że nie ma bladego pojęcia o tym co się wydarzyło. Ot, prosta dziewczyna z jakiejś wioski zapomnianej przez świat, ludzi i Boga. Pan doktor za to bardzo obficie raczył nas szczegółami arcyunikalnej operacji. Dokładniej mówiąc raczył nimi Spidera. Ja zajęty byłem notowaniem. Poza tym, co zauważyłem już wcześniej, pracując ze Spiderem w zasadzie tylko się mu przeszkadza. Doskonale dogaduje się z ludźmi i nigdy nie zapomina poruszyć żadnej z koniecznych kwestii. Gdyby tylko chciało mu się wszystko potem spisywać, spokojnie mógłby być samowystarczalny foto-redaktorem…

Siadam do spisywania tematu. W głowie ciągle mam obraz dziecięcego oddziału i dziewczynki z kulą, która podeszła do nas, gdy czekaliśmy na kogoś, kto wyprowadzi nas z tego szpitalnego labiryntu. „Przepraszam, a kiedy ukarze się ten artykuł o Michałku?”. Ja pierdolę! Odpędzam te myśli. Muszę się teraz skupić na odtworzeniu opowieści lekarza. Do tego co przeżyłem wewnątrz siebie wrócę wieczorem. „Młody, pojedziecie ze Spiderem w teren. Jest dziś jeszcze jedna obsługa” – komunikuje mi w międzyczasie Szef.

Choć już popołudnie, nadal mam kaca. Napierdala mnie bania i ciągle chce mi się rzygać. W tym stanie muszę znaleźć pięcioro targetów. Czworo to nie problem, piaty jest prawdopodobnie najbardziej przejebanym targetem jaki dotychczas przyszło mi robić! Mamy zrobić mini sondę dla centrali. Potrzebują dwóch targetów do kwestii „ile powinien zarabiać premier” i dwóch analogicznych do tematu, „ile powinni zarabiać posłowie”. Zaczynamy jednak od targeta do prowokacji wymyślonej przez Szefa i Antenę. Akcja polega na tym, by udowodnić, że nie sposób umówić się na spotkanie z posłami, którzy to rzekomo robią wszystko dla swoich wyborców. Zadanie z pozoru jest banalne. Trzeba znaleźć biuro poselskie określonego darmozjad i zrobić zdjęcia, jak bogu ducha winny człowiek próbuje sforsować zamknięte na trzy spusty drzwi. Problem pojawi się po dotarciu na miejsce. Biuro leży w dość odludnym miejscu na jakimś zadupiu. Do tego znajduje się w hotelu i to na pierwszym piętrze. Mało tego. Okazuje się, że jego drzwi stoją otwarte na oścież. Posła wprawdzie rzeczywiście nie ma ale upierdliwa sekretareczka pilnie odbiera wszelkich interesantów. Kurwa! Dzwonię do Szefa i pytam co dalej. „Chuj mnie to obchodzi, że jest otwarte. Zróbcie tak, by było zamknięte!” – koniec dyrektyw. Zmiana biura poselskiego naturalnie nie wchodzi w rachubę.

Kurwa, kurrrwa, kurrrrwaaaa! Stoimy przed hotelem w opustoszałej okolicy. „Nie wiem jak to zrobisz ale znajdź kogoś. I to szybko, bo nie mam zamiaru marnować tu czasu i tkwić jak jakiś chuj, by realizować czyjś zjebany pomysł” – ciska się Spider. I co teraz? Kurwa, muszę znaleźć łosia, który da się wciągnąć obcemu facetowi do hotelu, na pierwsze piętro i zgodzi się przypozwać z głupią miną do zdjęcia przy „zamkniętych” drzwiach, które de facto są otwarte! Ja pierdolę, jestem udupiony! Nie ma na świecie idioty, który by się na to zgodził… Nie pozostaje mi jednak nic innego jak ruszać na łowy.

Podbijam do pierwszego typa na przystanku. Na oko 25-letni robol z lekkim wąsikiem. Gatka standard i pytanie czy weźmie udział w sądzie na temat posłów. Od czegoś muszę przecież zacząć. Nie powiem mu od razu, że potrzebuje jelenia do fikcyjnego zdjęcia. Koleś się zgadza. Idę krok dalej. Pytam czy zgodzi się na zdjęcie. O dziwo koleżka przytakuję. Pytam wreszcie czy zdjęcie moglibyśmy zrobić w pobliskim hotelu. Facio traci zapał i wygląda jakby chciał uciekać ale po chwili namysłu mówi, że jeśli tylko nie spóźni się na autobus, to ok. Kurwa, nie wierzę! W uniżonych słowach i przymilnej gadce prowadzę go pośpiesznie do hotelu. Spider zrywa się na nasz widok i skręca obiektywy. Koleś może nam zwiać w każdej chwili. Wchodząc po schodach na piętro pytam gościa czy zdjęcie moglibyśmy zrobić przy tamtych drzwiach. Facet wzrusza ramionami i mówi „dobra”. Wszedł już za głęboko w układ, by się teraz wycofać. Spider tłumaczy mu jak i co ma udawać przed drzwiami. Koleżka domyśla się już chyba, że coś tu nie gra, ale doszedł z nami aż tu, więc głupio mu się wycofać. Pstryk-pstryk i mamy co chcieliśmy! Dziękuję gościowi i odprowadzam go na przystanek. Staram się tłumaczyć na okrętkę czemu przy drzwiach i co 15 sekund dziękuję mu, że zgodził się nam pomóc.

Ja pierdolę! Załatwiłem tego targeta pierwszym strzałem! Sam w to kurwa nie wierzę! Co za fart, że trafiłem na tego gościa. Normalnie tkwilibyśmy tu do usranej w pizdu śmierci! Entuzjazm szybko ustępuje jednak miejsca, wbijającemu się w serce jak gwóźdź, wyrzutowi sumienia. Oszukałem faceta… Zrobiłem go w jajo półprawdami, by ułatwić sobie zadanie… Ja pierdolę, czuję się jak społeczny judasz i moralna szmata bez zasad. Oszukałem bogu ducha winną chłopinę. To są właśnie chwile, w których szczerze nienawidzę tej roboty. By zaspokoić idiotyczne i apodyktyczne „pomysły zza biurka” jakiegoś barana, muszę uciekać się do matactw, kłamstw i oszustw wobec niewinnych i niczego nie świadomych osób. To zawsze sprawia, że czuję się fałszywym chujem o skorodowanym sumieniu tabloidycznej hieny! Facet myślał, że bierze udział w ulicznej sądzie. Za dwa dni zobaczy swoje zdjęcie w gazecie, jako głównego bohatera materiału na zupełnie inny temat. Moralny upadek i notowań nagły spadek, jak śpiewa Peja. Duma z poradzenia sobie z zadaniem miesza się we mnie z poczuciem kompletnej porażki. „Jak sobie Szef wymyśla takie materiały, to niech potem odbiera telefony od wkurwionych ludzi” – komentuje Spider wsiadając do gabloty. Boże, spieprzajmy już stąd. Jest mi niedobrze. Prócz standardowego kaca, męczy mnie kac moralny i wspomnienia cierpiących dzieciaków ze szpital. Niech ten dzień się już kurwa skończy…

Ufo mnie oszukałoZanosi się na to, że dziś nie będzie żadnej roboty w terenie. Siedzę na zakładzie już kilka godzin i wykonuję kolejne zlecenia kierownika tego Mordoru. Wielkie Oko, czyli Szef, zasypuje mnie drobnicą na lokal. Ocipieli tam w tej Centrali! Od trzech dni chcą po osiem szortów i pięć kup dziennie. Pisanie idzie mi wolno, bo jak zawsze rozprasza mnie ćwierkające telejajo. Ewidentnie nic się dziś w Grajdole nie dzieje, bo TVN24 od rana wałkuje te same trzy tematy. Kroję kupę z jakichś dramatycznych opóźnień remontowych przebudowywanego ronda i podwyżek na kolei. Sprokurowałem też dwa szorty o trupach. Koleś, oczywiście niechcący, zaciukał swoją kochankę pilnikiem do paznokci, a drugi zwyrol po pijaku poderżnął gardło własnej matce. Tu ważna informacja na marginesie: nie zmyślam tych wszystkich historii, jak zapewne sądzi większość z Was. Tabloidy zasadniczo nie zmyślają sobie tematów. One jedynie je wyolbrzymiają. Opowiem o tym innym razem.

„Weź no zostaw na razie tę drobnice i skończ mi ten materiał o plakatach” – przerywa mi Wielkie Oko. Muszę zatem na biegu skleić 1600 znaków na temat wyborczych ulotek, tablic, plakatów i innych śmieci. Chodzi o dowalenie po równo wszystkim politykom na raz. Całość trzeba oczywiście utrzymać w niezwykle wstrząsającym i skrajnie oburzonym tonie. Jednym słowem, wszystkie dane, fakty i informacje trzeba wyolbrzymić, rozdmuchać i przesadzić. Ot, standardowa praktyka tabloidu. Wkurza mnie jednak to, że każdy tekst zawsze buduje z tych samych 150-200 słów. Szybko, zwięźle i bez sensu. Nie mówię, że chciałbym tworzyć jakąś szarżę intelektualną ale mam już powyżej uszu tej minimalistycznej nowomowy i literackiego kąkolu, który tu produkuję. Może uda mi się jakoś rozruchać ten pancerny schemat…

„Coś ty tu Młody napisał? Co to jest kurwa Jardim Gramacho?!” – zapowietrza się Szef 15 minut później. „Śmietnisko w Brazylii, największe na świecie… nie bardzo?” – pytam, znając tak naprawdę odpowiedź względem mojego przeintelektualizowanego porównania. „Dziewczyny, wytłumaczcie Młodemu gdzie popełnił nietakt” – przewracając oczami sapie na wydechu Szef. „Dobra, dobra, wiem…” – przerywam ten rozpędzający się festiwal ogólno redakcyjnych podśmiechujek z najmłodszego stażem. „Chciałem wprowadzić trochę finezji…” – usprawiedliwiam się mimowolnie, choć doskonale wiem, że nie ma to sensu i tylko pogarsza moją sytuację. „Co chciałeś!?” – Szef wywala gały w rozbawieniu i robi głupią minę – „Powtórz no, bo chyba niedosłyszałem”. „Nie, nic…” – odpycham się nogami i dojeżdżam na krześle prosto do swojego biurka, żałując, że w ogóle otworzyłem japę. „Młody, kurwa, teraz to mnie zabiłeś. Heheheee… Ja cię proszę, ty nie zapominaj gdzie pracujesz” – rechocze za moimi plecami, szczerze ubawione Wielkie Oko.

W sumie to dziwne, że nie ma dziś żadnego wyjazdu w teren. Antena leży w szpitalu, a Małego Popierdola gdzieś wywiało. Przy takim zdziesiątkowaniu składu byłem pewien, że czeka mnie cały dzień na mieście. Tymczasem roboty jest mniej niż zwykle. Wielkie Oko filuje mi zza pleców treść ostatnich szortów i daje zielone światło. Klikam „zapisz”, „wyślij” i w sumie jest po zawodach. Gadamy trochę z Szefem przed moim wyjściem. Jest nas tylko dwóch, bo reszta już zdezerterowała do domów. (W takiej konstelacji rozmawia mi się z nim najlepiej. Gdy jesteśmy sami i nie ma przed kim mi dosrywać, łapiemy bardzo interesujący dla mnie kontakt.) Kierownik nie ukrywa, że chciałby, bym szybko określił się co do mojej przyszłości na zakładzie. Opcje są dwie: krócej (czyli pół roku) lub dłużej (rok). Jeśli szybko spasuję, może jeszcze ściągnąć ponownie Mercedes, zanim ta uwikła się w jakąś inną fuchę. Rozmawiamy też trochę o mojej bezpośredniej poprzedniczce – Patyku. Dowiaduję się dlaczego ostatecznie wypieprzyła stąd z hukiem po niespełna miesiącu. Jak nie trudno się domyślić, w podjęciu tej decyzji pomógł jej Mały Popierdol. „Zwyzywał ją od kurew na materiale i się obraziła” – z rozbrajająco szczerym uśmiechem opowiada Szef. „Sam wiesz, że z nim nie pracuje się łatwo. Ale sorry, nie będę rezygnował z jednego z najlepszych w Polsce fotoreporterów dla redakcyjnej piętnastej wody po trzecim kisielu” – dodaje.

Wychodzę. Pytam Szefa czy mogę wziąć dzisiejszy numer gazety. Chce sprawdzić ile zmienili w moim wczorajszym tekście. Przez cały dzień jakoś nie było kiedy. „A weź sobie tę szmatę. Chociaż nie wiem po co” – macha mi na „do jutra”. Chyba nie spotkałem jeszcze kogoś, kto z równym mu zaangażowaniem oddawałby się swojej robocie, a jednocześnie miał do niej tak zdrowy dystans. Przy całym swym chamstwie, Szef jest niebywale intrygującym człowiek. Więcej niż człowiekiem – osobą! Ja zaś wlokę się ulicą, otulam kapturem przed wiatrem i pogrążam w zadumie. Jak długo tu jeszcze popracuję? Sam nie wiem…

Bush on cocaineNie ma zasadniczej różnicy pomiędzy zwykłym dziennikarzem, a dziennikarze tabloidu, jeśli chodzi o rolę, jaką alkohol pełni w ich pracy. Jest ona mniej więcej taka sama, jak w życiu wszystkich obywateli tego Grajdoła! Jednym słowem, rzeczywistość na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Zazwyczaj jednak jakiekolwiek „spożycie” na terenie zakładu, a już szczególnie w godzinach pracy, zakrawa na zbrodnię przeciwko moralności… Wszak nie tu.

Wkraczam dziarsko i z rozpędu na zakład o 9:05. Pierwszą rzeczą jaką widzę, są leżące na biurku zwłoki Szefa, czule obejmujące maślankę truskawkową. Na „cześć” odpowiada mi, pełne bólu, cierpienia i dezorientacji, nieprzytomne spojrzenie zza przekrzywionych oprawek. Oho, ktoś tu jest na kacku gigancie.

Praca z Szefem, gdy jest na kacu, w brew pozorom nie jest uciążliwa. Oczywiście pod warunkiem, że da się mu święty spokój i nie dręczy zbędnymi pytaniami. Cierpi sobie wówczas w cichości, nie wtrącając się w życie redakcji, z rzadka tylko pojękując nad swym losem, przypominając tym samym, że jeszcze dycha. W przypadkach bardziej ekstremalnych, takich jak kacyk gigant, Szef znika na dłuższy czas w kanciapie foto, gdzie zalega na rozkładanej kanapie i normalnie wali w kime! Nie przeszkadza mu wówczas ani słuchany przez Spidera black metal, ani oglądane przez Małego Popierdola filmy, ani nawet „Świat według Kiepskich” męczony w kółko i bez końca przez Bułę. Facet, najzwyczajniej w świecie, śpi na kacu (w godzinach pracy) i ma ten hałas w dupie.

Na terenie zakładu zabrania się spożywania alkoholu przed godziną… ruchomą. Zazwyczaj pierwsze piwko lub kolejka przetoczy się przez redakcję około wczesnego popołudnia. Jej prowodyrem najczęściej jest Antena. Szef aprobuje 9/10 jej suplikacji, a w 8/10 sam aktywnie uczestniczy. Co się tyczy Pięknej, to nie pije ona browarów w ogóle. Zwyczajnie (choć w Grajdole nie jest to zwyczajne) ich nie lubi. Foto również nie piją w robocie ale tylko dlatego, że każdorazowo przyjeżdżają na zakład furami. Ja natomiast staram się uszanować tutejsze zwyczaje i jeśli nie muszę, nie odmawiam.

Wiąże się z tym niezwykle odpowiedzialna rola, jaką pełnię na zakładzie. Jako najmłodszy stażem, jestem „etatowym biegłym” redakcji, to znaczy etatowo biegam po alkohol do sklepu. Zresztą, funkcja ta towarzyszy mi tu od drugiego dnia pobytu, kiedy to po raz pierwszy usłyszałem, wielokroć później powtarzane polecenie służbowe: „Młody, skocz mi po fajki”.

Więc jako biegły, o ile tylko jestem na zakładzie, jestem wysyłany po alkohol. Kitram go zawsze do torby lub plecaka, by ukryć przed oczami biurowych sąsiadów i potencjalnych redakcyjnych petentów. Po powrocie zamykam drzwi na skobelek i tym samym oficjalnie redakcja kończy pracę. Najwcześniej zdarzyło się nam skończyć w ten sposób robotę o 11:30… Zaryglowanie drzwi nie oznacza oczywiście fizycznego końca pracy. Ten następuje dla mnie dopiero po wystukaniu odpowiedniej ilości kup, szortów, zajawek i innych, utrzymanych we wstrząsającym tonie, materiałów. Tu trzeba przyznać, że pierwsze dwa piwa bywają bardzo pomocne, przynosząc wielorakie pomysły na konstelację tych samych 150 słów, których zmuszony jestem używać. Z każdym kolejnym bronksem jest już jednak coraz trudniej. Szef na zakładzie zostaje nawet do 21. Trudno zatem się dziwić, że do roboty zdarza mu się przychodzi na solidnej, wczorajszej bańce.

Alkohol grubszego kalibru zawsze kitramy w biurku Szefa. Tam też (swoją drogą na oczach przełożonego z centrali) trafiła kiedyś wóda, którą przyniosłem żegnając się z tym burdelem. Prawda jest taka, że bardzo wówczas zapulsowałem, zarówno w oczach Szefa, jak i przedstawiciela centrali. Dlaczego? Bo w tym fachu w gaźnik walą wszyscy! Kto nie pije, ten jest podejrzany. Przełożony również! Tym bardziej ja. Dlatego moje (sporadyczne) poranki na kacu w redakcji spotykają się ze zrozumieniem i sympatią – szczególnie ze strony Szefa. I jak praca tu może być „normalną pracą”?

Foto, choć nie piją z nami na co dzień, także walą w mandarynę na zakładowych imprezach. Te jednak zdarzają się tylko od czasu do czasu. (Codzienna konsumpcja nie zalicza się w ich poczet…). Dlaczego? Ponieważ pomiędzy foto, a nami – redaktorami, przebiega pewna zasadnicza różnica. To jednak zbyt antropologiczno-ontologiczna kwestia, by wspominać o niej przy tak plebejskim temacie jak alkohol. (Prawda jest bowiem taka, że nie ma żadnej filozofii picia. Jest tylko technika picia).

 

CapoAforyzm Szefa na dziś:

Największą tajemnicą jest dla mnie, jak ja się w tym stanie dałem radę kurwa umyć i ogolić sobie mordę!?

Hillary Clinton adopts alien baby„Tam się pewnie nic kurwa nie dzieje, ale idź sprawdzić” – mruczy do mnie pod nosem Mały Popierdol. Stoimy pod Urzędem Pracy. Szef wymyślił sobie, byśmy przy okazji materiału w terenie sprawdzili, czy w urzędzie są kolejki. (Ludzie w kolejce = gotowy temat!) W wejściu mijam lekko podśmierdziały margines społeczny. Zagłębiam się w obskurne korytarze i już wiem, że oto właśnie staję przed ciężkim dylematem. Ludzi jest oczywiście w pizdu! Ale wiem to tylko ja…

Zasadniczo moim przełożonym jest tylko Szef. W terenie to ja mam decydować co i jak robimy, a foto powinni mnie słuchać. Jako jednak, że są milion razy bardziej doświadczeni (i z racji tego, że mniej lub bardziej mną gardzą), to ja muszę słuchać ich. A ich imperatyw jest jeden: narobić się jak najmniej. Prowadzi to do bardzo chujowej sytuacji, w której znajduję się pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem (via dupą a sedesem)! Czemu? Ponieważ Szefowi zależy na tym, by wydusić temat ze wszystkiego. Nawet jeśli tematu de facto nie ma, trzeba kombinować tak, by powstał z niego materiał (tzw. kreowanie rzeczywistości na potrzeby gazety). Szef siedzi jednak za biurkiem na zakładzie. A w samochodzie w terenie siedzi ze mną foto. On natomiast ma wszystko gdzieś i chce jak najszybciej skończyć robotę. Dochodzi do tego, że foto tną Szefa w chuja przy każdej możliwej okazji i omijają tyle zleceń, ile się tylko da. Zaś zlecenie „sprawdźcie, czy coś się nie dzieje…” jest już najwygodniejszym do olania ze wszystkich! Zawsze można przecież powiedzieć, że nic się nie działo… Notorycznie znajduję się więc w potrzasku pomiędzy lojalnością wobec Szefa i solidarnością z foto (bezpośrednimi współpracownikami). To także potrzask pomiędzy zjebką z jednej lub z drugiej strony, bo jeśli cokolwiek się spierdoli, zawsze będzie to moja wina. Jeśli olejemy temat, a okaże się, że dało się z niego wykręcić materiał – Szefa będzie się pruł dwa dni. Jeśli się uprę i zaciągnę foto na jakieś zadupie, a żadnego materiału nie uda się tam wykręcić – mam przejebane u nich…

To jednak tylko jedna strona medalu. Lub w zasadzie tylko dwie. Jest bowiem jeszcze trzecia: moja własna! Paradoksalnie, mojego interesu nauczył mnie kiedyś Spider, i pośrednio Mały Popierdol (jeżdżąc po mnie jak po burej suce). Jaki jest sens dodawania sobie roboty? Może uda się namierzyć gdzieś przy okazji grubszy temat ale, po pierwsze: jest to mało prawdopodobne, po drugie: co z tego wyniknie? Odpowiedź jest równie prosta co druzgocząca – nic! Jakikolwiek temat wymyślę, muszę przecedzić go przez sito tabloidycznej formy. Efekt? Koniec końców napiszę takie samo gówno jak zawsze. Nie warto się dla niego narażać na ryzyko zjebki od foto, przy wyjątkowo cherlawym prawdopodobieństwie pochwały od Szefa. Prawda jest taka, że na dyskretnie olanym temacie nikt nie jest stratny! Ja nie, bo przecież pracuje w tabloidzie, więc nie czuję, bym przy takiej okazji mógł stracić potencjalne opus magnum działalności dziennikarskiej. Foto nie, bo raz, że i tak mają to wszystko w dupie i najchętniej wrócili by już do redakcji oglądać filmy i klipy na youtube, a dwa, że taki temat dołoży im jedynie roboty. Szef też nie, bo bez problemu wymyśli inny materiał, który zrealizuję przy użyciu googli i telefonu. Jednym słowem: poco dodawać sobie roboty, skoro nikt tego nie doceni, zjebka jest bardzo prawdopodobna, a brakujące 1300 znaków w gazecie bez trudu wypełni się materiałem „zza biurka”?

„Ni chuja, nic się tam nie dzieje” – melduję Małemu Popierdolowi wsiadając do samochodu. „Wiedziałem… bez sensu o tej porze tu przyjeżdżać” – burczy pod nosem foto. Zjeżdżamy z powrotem na zakład…