Obama sex scandal explodesDziś znów zaczynam dzień od konferencji prasowej w magistracie. Prezydent prezentuje nowego urzędnika wyższej rangi – swojego zastępcę do spraw edukacji. Sytuacja ciekawa, bo babik, który bierze tę fuchę, całe życie robił w prywatnym szkolnictwie. Szef zaleca mi ostrzeliwanie nowego zastępcy właśnie z tej amunicji. „Słuchaj co będzie mówić. Jak nie wspomni o przedszkolach, żłobkach i zmianach w szkolnictwie, to zapytaj jaki ma na to pomysł” – Szef, gdy zleca mi takie zadania wygląda jak wypisz wymaluj Wielkie Oko – niepodzielny, autorytarny i despotyczny władca Mordoru! „Niestety w tym mieście pełnym dziennikarzy może się zdarzyć, że żaden baran nie wpadnie na pomysł by o to zapytać” – dodaje. Pozostaje mi tylko zasalutować i wymaszerować z koszar.

Rzeczywiście wydaje mi się niebywale logicznym zapytać o to, jaki pomysł na szkolnictwo publiczne ma ktoś, kto całe życie robił w sektorze prywatnym. Stojąc naprzeciw nowego zastępcy prezydenta i słuchając pytań innych dziennikarzy, zauważam, że nikt nie porusza niewygodnych kwestii. Wygląda to jak taniec godowy, w którym władza i opinia publiczna ciumkają, gruchają, kadzą i nawzajem się kokietują, usilnie dbając, by przypadkiem nikt nikomu nie przydepnął frędzla przy sukienusi! Co jest do chuja? Przecież z dossier tej raszpli jasno wynika, że baba w życiu nie pracowała w instytucji publicznej! Nikt nie ma zamiaru o to zapytać? Wygląda na to, że nie, bo słyszę tylko: „Jakie będą pani pierwsze decyzje?”, „Jak się pani czuje na nowym stanowisku?”, „Co myśli pani o dorobku poprzednika?”… Kurwa, co za kiła! Będę musiał sam zadać to pytanie i rozwikłać tę tajemnicę poliszynela. Miałem wielką nadzieję, że ktoś mnie wyręczy i nie będę musiał się wychylać. Ustawiam się zatem w kolejce za głupkowatą pizdą z Radia Złamany Chuj i czuję, że łapie mnie silna trema. To będzie moje pierwsze starcie z urzędnikiem na solo. Może nie być łatwo, bo baba wygląda na hardą sukę, a ja nie znam dobrze tematu, by wdawać się w przepychanki.

Podchodzi do mnie pachołek, który prowadzi konfe i pyta skąd jestem, bo mnie nie kojarzy. Grzecznie się przedstawiam. Przychodzi moja kolej, ale zanim otwieram gębę, pachołek bierze na słówko nową urzędniczkę. Ha! Gołym okiem widać, że ostrzega ją przede mną lub raczej (by sobie nie schlebiać) przed moim pracodawcą. Raszpla patrzy na mnie z chłodem równym morenie czołowej lodowca i czeka na pytanie. Więc jadę. Ale idzie mi słabo, bo się stresuję. Trochę opisowo i na okrętkę – zdecydowanie kurwa za długo i zbyt rozwlekle. Uprzedzona przez pachołka, że pytania na pewno będą niewygodne, baba broni się kontr pytaniem. Dobrze trafia, bo de facto nie mam bladego o branży, o którą ją pytam. Ale bronię się na tyle dzielnie, że zmuszam ją do odpowiedzi. Naturalnie rozpyla ogólniki i pustosłowia. Chwytam pierwszy z brzegu frazes i próbuję przycisnąć babika do muru. Ale robię to kurde za delikatnie i pluskwa wymyka mi się luźnymi uwagami. Zbija mnie tym nieco z tropu, co lodowata morena czołowa od razu zauważa i atakuje. Kurwa, teraz to ja jestem w opałach i obydwoje o tym wiemy. Przyjmuję kontr pytanie na klatę – boli. Jest jeden do jednego. Staram się odgryźć pytaniem na inny temat. Raszpla odpuszcza klincz i odpowiada jeszcze kilkoma ogólnikowymi pierdami. Wychodzimy na remis i nie mam ochoty szarżować na nią w końcówce meczu. Nie naciskam, bo widzę, że pachołek już od jakiegoś czasu czai się, by wyprowadzić mnie z sali za kołnierz. Kurtuazja, podziękowania, pożegnania i wypierdalamy.

Mały Popierdol uśmiecha się chytrze, gdy wychodzimy. Chyba był świadkiem mojej nieudolności i jak znam życie, zaraz wybebeszy mnie szyderstwem. „O coś ją kurwa pytał?” – rzuca ze swoim firmowym uśmiechem osiedlowego gangstera. Odpowiadam wymijająco. „Myślałem, że pachołek zaraz cię wyjebie z sali heheee. Zadawałeś złe pytania heheee”. Nie wiem czy to pochwałą czy żart sytuacyjny. Ważne, że chyba jednak nie słyszał mojej zamotki na polu walki. Na zakładzie przewija Szefowi całą akcję. Ten patrzy na mnie z zadowoleniem i mówi tonem ojca-wikinga gratulującego synowi pierwszej wymordowanej wsi: „Dobrze Młody, dobrze…”.

Zapewne powiedziałby coś więcej, ale zajmuje go teraz przysłany donos. Ktoś przysłał jakieś rozmazane zdjęcia i upiera się, że jest na nich Angelina Jolie zwiedzająca miejskie muzeum. „Chuja tu widać ale kto wie…” – Szef wpatruje się w nie z miną tybetańskiego mistrza medytacji. „Eeee, to w ogóle możliwe, by pojawiła się w Polsce incognito?” – pyta Antena. „Wszystko jest kurwa możliwe!” – odpowiada porywczo Szef. „Kilka lat temu namierzyli tu Mela Gibsona, jak w bluzie z kapturem modlił się w którymś z kościołów” – dodaje spacerując po redakcji jak Napoleon. „Serio?” – dziwi się Antena podgryzając jakiegoś wafla. „No mówię ci. Widzieli go normalni ludzie” – rzuca poważnie Szef. „Nie tylko nasi czytelnicy” – dodaje, wybuchając swoim szyderczo-żabim rechotem. Racja, nasi czytelnicy to żaden argument, bo przecież to nie są normalni ludzie.

To było ciekawe doświadczenie, ta dzisiejsza konferencja. Osobiście uważam, że odniosłem porażkę w starciu z urzędnikiem. Głównie z powodu niepewności, której konsekwencją stała się chaotyczność. Na zakładzie, paradoksalnie dzięki Małemu Popierdolowi, uważają natomiast zupełnie inaczej. Ciekawe co o tym sądzi nowy zastępca prezydenta? Nie wiem czy pachołek chciał mnie wykopać z konfy za nieudolność, czy za niewygodne pytania. Zakładając, że z tego drugiego powodu – odniosłem sukces jako dziennikarz (i to nie tylko tabloidu!). Jeśli to wynik pierwszego – jebnąłem kompromitujący postrzał we własne kolano. Jednak bez względu na wszystko, na własnej skórze odczułem dziś, że władza się nas boi!

Aforyzm Szefa na dziś:

To może być każdy. Nawet moja żona w peruce. Ale i tak moja ma lepsze cycki. Bo własne!

Advertisements