dick cheney is a robot!Centrala znów szarżuje. Jest dopiero 11:00 a oni już składają zamówienie na pięć kup i osiem szortów. Plus dwie kupy ekstra na kraj. Zapowiada się pracowity dzień. Tym bardziej, że na rejonie kompletnie nic się dziś nie dzieje. Oj, trzeba będzie fabrykować dzisiaj wiadomości…

Mówi się, że w pracy dziennikarza ważny jest polot i lekkie pióro. Bzdura! No, może jeśli pracuje się w jakimś piśmie literackim lub innym tematycznym magazynie. Redaktorzy dzienników udupieni są w kilku sztywnych formach poza które choćby się zesrali, wyjść nie mogą. Nie inaczej jest w przypadku tabloidu. Ba, większe ograniczenie formy niż tu, jest chyba tylko w agencjach prasowych, gdzie tłucze się wyłącznie newsy!

„Młody! Śpisz? Konferencja w magistracie za 15 min. Zostaw tę drobnicę i leć!” – szturcha mnie Szef. A to ci niespodzianka. W takich sytuacjach zazwyczaj czekam aż z kanciapy foto wynurzy się Mały Popierdol i burknie „Jedziemy”. Tym razem jednak kierownik Mordoru wyjątkowo nie potrzebuje zdjęć, a jedynie sprawozdania z konferencji. Popierdalam ile sił w nogach, bo czasu rzeczywiście jest mało. Docieram w ostatniej chwili, a jednocześnie dociera do mnie, że nie mam bladego, gdzie ta konfa jest, kto tam będzie, kto ją prowadzi i o czym ona w ogóle kurwa jest! W dotychczasowych misjach w magistracie towarzyszył mi zawsze foto, który nieświadomie stawał się moim psem przewodnikiem w eksploracji terenu. Grozi mi poważna zakładowa infamia, jeśli skoncę sprawę! Na szczęście jest jeszcze portier. Wbijam do sali konferencyjnej i rozglądam się za tym co najważniejsze – materiałami dla dziennikarzy. Są! Jeszcze ich hieny nie rozkradły. Potem siadam sobie na wolnym miejscu, spisuję nazwiska gości zza zielonego stolika i gra gitara. Zostaję do końca i nabieram tyle pewności siebie, że nawet przychodzi mi do głowy myśl, że chujowa ta konferencja, bo nie ma ciastek i napojów dla dziennikarzy. Spotykam pseudo znajomego z innej redakcji, gdzie robiłem kiedyś praktyki. Taki przemądrzały, włochaty klusek. Pyta gdzie się teraz bujam. „Uuu… Nieźle!” – kiwa tępym łbem z fałszywym uznaniem, gdy odpowiadam. „Nie bardzo” – również kiwam głową ale bez fałszywości. „Czemu? Jeszcze trochę i będziecie jedyną gazetą, która zostanie na rynku” – pod tym względem akurat ma rację, bo sytuacja rynku prasowego jest delikatnie mówiąc przejebana! Zawijam na zakład kończyć moje góry szortów i kup. Pierwszą, kompletnie solową, konfe w tabloidzie mam już na rozkładzie.

Kupa to coś w rodzaju informacji prasowej w innych redakcjach. Materiał do 600 znaków, czasem ze zdjęciem. Ostatnio panuje u nas tendencja do skracania kup. Piszemy nie dłuższe niż 450 znaków. Szorty to nic innego jak newsy. Małe informacje do 350 znaków. Przygotowywane na lokal, ukazują się na stronach lokalnego wydania. Oczywiście zawsze trzeba zrobić ich więcej, niż rzeczywiście się przydaje. Why? Po pierwsze, by redaktor prowadzący miał z czego wybierać, po drugie, bo nigdy nie wiadomo ile ostatecznie będzie miejsca w gazecie. Kupy na kraj, to informacje, które ukarzą się na stronach ogólnokrajowych. Prócz tzw. drobnicy muszę przygotowywać też przegląd prasy i informator. Ten pierwszy polega na przekablowaniu do centrali trzech głównych tematów z codziennego wydania naszej konkurencji. Ma to znaczenie o tyle, że w przeciwieństwie do tradycyjnych dzienników, tabloidy kierują się tzw. zasadą planowania. To branżowe niuanse. Generalnie chodzi o to, że zwyczajna gazeta wali od razu wszystko co ma, a tabloidy często zostawiają sobie jakieś tematy na potem, nie przejmując się ich dezaktualizacją. Co się tyczy informatora, to jest to jakoby „dodatek kulturalny”. Zaproszenie na jakiś film, koncert czy coś w tym stylu.

Inne formy w których jestem uwięziony to materiały do 1800, 1600, 1200 i czasem do 800 znaków. Zawsze poprzedza je ok. 450-znakowa zajawka, na podstawie której centrala decyduje na którą stronę bierze temat (jeśli w ogóle bierze). Tekst na tzw. czoło, to materiał, który ukarze się na pierwszej, zagospodarowywanej przez mój zakład stronie. Oczywiście wszystkie te teksty muszą być krojone według kilku określonych szablonów. „Uwaga mieszkańcy/ kierowcy/ emeryci”, „Zabili/ zgwałcili/ porwali mi syna!”, „Złodzieju/ bandyto/ zwyrodnialcu oddaj/ zabiłeś/ wróciłeś”, „Grzeją/ koszą/ sprzątają wszędzie tylko nie u nas” etc. Żadnej finezji, żadnego polotu, żadnej kurwa przestrzeni na coś ponad schemat! Po kilku takich materiałach człowiek ma wrażenie, że to jakiś pieprzony „Dzień Świstaka”! Każdy tekst zszywa się z tych samych składników: tytułu (krzykliwego i jadącego po emocjach), lidu (krótkiego wstępu, który musi walić mięsem po oczach) i tzw. liter, czyli zasadniczej treści. W literach musi się znaleźć cytat jakiegoś target i ewentualnie usprawiedliwiającego się urzędnika (ale w jednym tekście nie może pojawić się więcej niż trzech wypowiadających się ludzi!). Zamiast zakończenia daje się jakieś oburzone zdanie, zazwyczaj w formie pytania. Coś w stylu: „Ile jeszcze potrwa ten koszmar?/ Kiedy skończy się ten dramat?/ Czy będzie jeszcze gorzej?”. Pierwsze zdanie tekstu naturalnie również musi być krótkie i mocne. Słowa, bez których praktycznie żaden materiał się nie obejdzie to: szok, makabra, dramat, horror, uwaga, absurd, groza, wstrząsający, tragiczny i zaskakujący… Żadnych wyrazów obcych, środków stylistycznych innych niż hiperbole i związków frazeologicznych wykraczających poza frazesy. Jednym słowem mój warsztat pracy składa się z 150-200 słów i chuj, cipa, kurwa, dupa czyli koniec! Ta robota jest trudna nie ze względu na wysokie wymagania ale ze względu na, bliską heroizmowi, konieczność kreowania nieskończonej ilości materiałów ze skończonej ilości środków!

Advertisements