Złodzieju, oddaj nam najświętrzą panienkę„Młody, jest jakaś afera z kościołem i pogrzebami. Siądź no do neta i zobacz o co tam chodzi”. Chodzi o to co zawsze, czyli o irytującą tendencję do auto kompromitacji Polskiego Episkopatu z powodu braku jego jednomyślności. Części biskupów nie podoba się, że kremacja staje się coraz popularniejszym sposobem pochówku. Ci mniej konserwowi łagodzą „anty pogańskie perory” tych pierwszych. Efektem jest list episkopatu do wiernych (numer 10638211 w tym roku) na temat godnego pochówku ciała.

„Czyli co, kościół jest przeciwko kremacji?” – upraszcza wszystko Szef. „Z tego co ja wiem, to nie jest i nigdy nie był” – wzruszam ramionami. „Masz tu numer do przyjaznego nam klechy. Zapytaj go, a potem zadzwoń jeszcze do kurii”. Znajomy zakonnik potwierdza moją opinię. „Nie wiem co będzie w tym liście, bo będzie odczytany dopiero za dwa tygodnie, panie redaktorze” – mówi typowo kościelnym, lekko wykastrowanym głosem. Odczuwam lekki niesmak, gdy ktoś zwraca się do mnie per „redaktorze” w tej robocie. Ma to dla mnie podejrzanie sardoniczny zapach. „W każdym razie rozmawiałem niedawno z kolegą, rzecznikiem episkopatu, i zapewnił mnie, że ten list będzie bardzo pozytywny i wychodzący naprzeciw oczekiwaniom wiernych” – dodaje kastracyjnie zakonnik. Ściągam z niego numer do kolegi rzecznika. Coś tu nie gra, bo Internet aż huczy od domysłów na temat pogromu neo pogaństwa, jakim ma ociekać list. Gęsto cytuje się tam niektórych biskupów. Dzwonie do kurii ale tam jak zawsze grają na zwłokę, bo nic nie wiedzą. Rzecznik episkopatu zasłania się natomiast jakimiś tajemnicami kościelnymi i udaje mi się z niego wydusić tylko jedno, enigmatyczne zdanie oficjalnego komentarza. Panienko Przenajświętsza! Szybciej człowiek ocipieje, niż się czegoś dowie od tych naszych zdewociałych księżuniów!

Postanawiam jeszcze raz spróbować z zakonnikiem od którego zacząłem tą wędrówkę po labiryncie kościelnych stanowisk. Może od tej strony uda się zajrzeć biskupom w kieszeń. Kastrat pęka. „W tym liście nie będzie niczego nowego” – przyznaje. „Kościół po prostu przypomni swoje stanowisko: nie ma problemu z kremacją, jeśli tylko wcześniej odbędzie się nabożeństwo nad zwłokami, choć na to też zazwyczaj przymyka się oko”. Zatem nie ma tematu. Kościelni reakcjoniści się zbulwili, moderniści ich stonują i efekt będzie tradycyjny: przypomnienie nauki kościoła. Tym razem jednak zacietrzewione konserwy wyrwały się przed szereg i ofiarowały dziennikarzom tłusty kąsek w postaci emfatycznych zapowiedzi pogromu pogrzebowych urn. Stąd ta afera w sieci. Zagadka sfinksa rozwiązana. Streszczam wszystko Szefowi. „To chujowo” – podsumowuje. „Centrala uparła się na ten materiał”.

Szef tłumaczy przez telefon szefom wszystkich szefów istotę sprawy. Patrzę na jego minę i już wiem, że jest źle. „Acha. Więc tak chcecie to ująć… Nie, tylko nie bardzo mamy amunicję, by bronić takiej filozy. Dobra, spoko. Nie takie rzeczy się robiło” – odkłada słuchawkę. „Młody, siadaj i pisz” – poprawia pingle i zamyśla się na jakieś 0,02 sekundy. „Tytuł: Kościół zakaże kremacji! Podtytuł: Czy to dlatego, że będzie taniej?” – dyktuje mi niczym duce swoim wyznawcom. „Przecież to bzdury i nieprawda” – parskam śmiechem. „Chuj mnie obchodzi. Ty to wiesz, ja to wiem i oni to wiedzą” – mówi wskazując na telefon. „Ale to niczego kurwa nie zmienia. Siadaj i pisz 1800 znaków” – kończy orędzie łypiąc na mnie zza tych swoich wielkich bryli. Na razie ciągle jeszcze bawi mnie kuriozalność tej sytuacji. „Przecież to będzie apokryficzna bzdura” – protestuję. „Cały ten świat jest apokryficzny! Siadaj i pisz” – mach ręką, jakby odpędzał muchę. „Stawiaj w tekście dużo znaków zapytania, cytuj bezosobowo i udawaj, że robisz z tego kwestię problemową” – podpowiada, gdy już przestaję się śmiać. Dociera do mnie jawne kłamstwo, które muszę wypuścić spod palców.

Kluczę. Brodzę w domysłach i sieję gęsto znaki zapytania, by złagodzić nuklearną siłę rażenia skandalizującej konfabulacji w tytule. Kurwa, czuję się jakbym mylił trop uciekając z miejsca zbrodni! Kłamstwo miedzy zębami prześlizguje mi się z gracją spłoszonej świni szarżującej przez skład świątecznych bombek. Na piśmie jest tylko ciut lepiej. Staram się traktować tę tragikomedię jako ćwiczenie intelektualne. Zabawę w „jak postawić tezę w tytule, a potem niezobowiązująco uciec od niej w tekście”. Podskórnie jednak drażni mnie, że te wszystkie bohomazy i farmazony ukażą się po raz kolejny pod moim nazwiskiem. „Jak tam idzie?” – Szef z petem w gębie i talerzem parówek wynurza się z kanciapy foto. „Boli!” – odpowiadam kiwając głową. „Cierp Młody, cierp” – rechocze. „Gorsze rzeczy musiałem pisać, gdy byłem na twoim miejscu”. Wyobrażam sobie.

Skończyłem. Wyszedł mi wcale zgrabny, gówno warty, od początku do końca fałszywy tekst. Najgorsze jest to, że to materiał priorytetowy. W centrali już na niego czekają. Wysyłam więc mojego nowego moralnego czerniaka Szefowi. Dla poprawy nastroju zajmę się uczciwymi szortami na lokal. Zresztą, nawet wysmarowanie się galaretką i bieganie na golasa po mieście z transparentem „Lubię chleb ze smalcem” byłoby uczciwsze od tego tekstu.

Zbieram się do wyjścia. Szef przewala mój idiotyczny elaborat do centrali. „Zajebisty tekst Młody” – mówi żegnając się ze mną. „Nie zmieniłem ani słowa, naprawdę dobry” – dodaje. Jakoś kurwa nie umiem się ucieszyć z tej pochwały.

Aforyzm Szefa na dziś:

Seks z żywą kobietą pociąga jednak za sobą pewne konsekwencje.

Advertisements