Czuję się jak maratończyk, któremu ktoś ukradł metę sprzed nosa i kazał biec cały dystans jeszcze raz. Są takie dni, które zwyczajnie nie mają końca. Gdy się już zaczną, nie sposób dobrnąć do finiszu. Usilnie zamykam i otwieram oczy ale ten dzień jest, jest i ciągle nie chce się gnój zakończyć!

Na dobry początek dostaję obsługę w terenie. Trzeba przysłuchać się jakiejś konferencji prasowej, na której urzędnicy chwalą się osiągnięciami. Zanim jednak pojadę szukać dziury w całym, odbieram zjebkę od Małego Popierdola. Nie wysłałem mu mailem opisów do wczorajszych zdjęć. Jakoś nie przypominam sobie, by mi o tym wspominał. Trudno, a bo to pierwszy raz mnie łaja? Ruszamy do magistratu. W samochodzie atmosfera taka jak zazwyczaj, czyli milcząca. Konferencja jest krótka – dla nas, bo Mały Popierdol robi na biegu zdjęcia notabli futrujących ciastka i temat gotowy: „Władza opycha się za nasze pieniądze!”. Notuję kilka zdań zasłyszanych w harmidrze rozmów i zjeżdżamy na zakład. Siadam do kompa i kończę przegląd prasy. Szef siedzi za biurkiem niczym Szeloba w swojej pajęczynie i strzela we mnie kolejnymi zleceniami. Dziś pracujemy tylko we dwóch, więc roboty mam po pachy. „Młody, dwaj jakieś kupy na kraj i cztery szorty na lokal!” Zwijam się jak mogę. „Jeszcze sześć kup na lokal!” Napieprzam w klawiaturę jak opętany. „Przerwij to i pisz mi szybko ten tekst z wczoraj, o tych remontach!” Cieknie ze mnie jak ze starej kurwy, a Szef co i rusz dokłada do pieca. Sprawdź to, znajdź tamto, wydzwoń tamtego! „Dobra zostaw to na razie. Bierz Spidera i jedźcie na miasto, potrzebuję trzy targety”.

Trzy targety zajmują nam półtorej godziny. Bynajmniej nie z powodu ich oporu. Spiderowi siadły zamki w samochodzie i musimy ładować się do środka przez bagażnik! Wygląda to komicznie i tylko czekam, aż ktoś wezwie straż miejską. Po powrocie spisuję zeznania ofiar i wracam do mojej listy zadań. Powinienem dostać tytuł przodownika pracy, bo wyrabiam dziś z 500% normy, a czuję, że to jeszcze nie jest koniec. Gdy tylko skończę jakieś zlecenie, Szeloba oplata mnie kolejną pajęczyną zobowiązań. „Młody, fajnie by było gdybyś mógł dziś posiedzieć dłużej” – bardziej mnie informuje niż pyta Szef. „Musze wyjść, a ktoś musi tu siedzieć, aż centrala skończy rysowanie gazety” – tłumaczy. Kiwam głową, wiedząc, że opór jest bezcelowy. „Powinni skończyć gdzieś pomiędzy 18 a 20. Po prostu siedź tu i filuj na podglądzie wydania czy wszystko gra. Ewentualnie będą dzwonić, za jakąś dodatkową kupą czy szortem”.

Kończę tekst o remontach i od razu spada na mnie następny – z dzisiejszej konferencji. „1600 znaków skandalizującego materiału o nieróbstwie urzędników, Młody. I wyjdźcie jeszcze raz na miasto ze Spiderem zrobić target do tego. Najlepiej wkurwionego dziadka lub babę z dzieckiem” – komenderuje obersturmbannführer Szeloba! Kurwa, zapierdalam dziś jak murzyn na posyłki, a ten tylko siedzi za biurkiem! Spider oczywiście marudzi, bo chce już zawijać się do domu. Tym bardziej, że przed firmą ma samochód, którego nie może zamknąć i do którego mus wsiadać przez bagażnik.  Idziemy ostatecznie zapolować jeszcze raz tego dnia. Na szczęście targeta dojeżdżamy szybko. Ludzie lubią narzekać na władzę i urzędników, bo wiedzą, że cokolwiek wymyślą, trafią w punkt. Urzędnicy to cel wielki jak stodoła, w który nie sposób chybić uwagami. Robimy więc pięknego emeryta grożącego burżujskim nierobom laską.

„Młody, kurwa, myśl trochę! Tysiąc razy powtarzam: robić speakouty pod tekstem! Kurwa!” – Szef wita mnie kolejną dziś zjebką. Mea culpa, w tym natłoku zleceń zapomniałem o speakoucie pod tekstem o remontach. Speakout to wypowiedź, targeta lub urzędnika, którego zdjęcie znajdzie się obok tekstu. Co dzieje się potem? No co? Oczywiście dostaję następny tekst do napisania! Dziś chce mi się już rzygać od pisania… Siadam do wstrząsającego materiału o remontowanym dworcu i zaczynam mrugać oczami, z nadzieją, że uda mi się przyspieszyć koniec tego dnia.

Mały Popierdol wychodzi wyjątkowo późno jak na niego. „W imię ojca, syna i Arka Gdynia!” – warczy na pożegnanie. „Kurwa świnia!” – odkrzykuje mu Szef, który kończy swoją szychtę. A idźcie wszyscy w pizdu! Dostaję pakiet dyrektyw na wszelkie okoliczności i zostaję na zakładzie sam. Wyłączam wszystkie ćwierkające odbiorniki, od których puchnie mi kora mózgowa. Dobranoc TVN24, goodbye RMF24 etc. Robi się cicho, słychać tylko szum wiatraczka w komputerze. Jestem zmęczony i czuję się wymiętolony jak stara ściera. Najchętniej walnąłbym w kimono. Ale zdejmuję tylko buty i spaceruję boso w kółko po redakcji. Od siedzenia za biurkiem plecy jebią mnie jak starego ramola. Co jakiś czas podglądam rysowanie gazety w centrali. Postanawiam sprawdzić, co (prócz ton gazet i papierów) kryją redakcyjne szafach. O kurde! Czego tu nie ma! Sanki, szpachelka murarska, fartuch lekarski, pacynki, kręgle drogowe i dziesiątki innych gratów. Wszystko przywleczone oczywiście na potrzeby zdjęć terenowych. Wszędzie poupychane są też zepsute aparaty telefoniczne. Znalazłem ich chyba z osiem. Wreszcie dzwoni centrala. Pytają czy wszystko na podglądzie wszystko się zgadza. A i owszem, wszystko gra. Czekam jeszcze 15 minut na wszelki wypadek i opuszczam ten Mordor. Jest 19:30. Dziś to ja gaszę światło i zamykam drzwi tego burdelu…

Aforyzm Szefa na dziś:

Czy Beata Kozidrak i zespół Bajm mogliby uczynić mi przysługę i umrzeć, uschnąć, oblać się kwasem lub zwyczajnie ochujeć? Jednym słowem: rozpaść się już w próchno ze starości i wypierdalać ze sceny? Jak długo oni, Perfect, Budka Suflera i reszta tych starych chujów ma zamiar jeszcze istnieć!? To zwyczajnie nie fair… zwyczajnie nie fair!

Advertisements