Kręci mi się w głowie, czuję niemoc w nogach i permanentne mdłości. Drażnią mnie jaskrawe kolory, ostre światło i wszelki hałas głośniejszy niż moje własne okaleczone strzępki myśli. Czuję, jakby w mojej głowie panicznie trzepotał się ptak, który nie może się wydostać. Uparta białą mewa pustoszy mój mózg tupiąc niezwykle głośno i boleśnie. Do tego odkąd wstałem z wyra ciągle chce mi się rzygać. Obrazu żałości dopełniają wory pod oczami i bardzo powolne, posuwiste ruchy. „Co ci?” – pyta Szef zza zawalonego gazetami biurka. Wyjaśniam minimalną możliwą ilością słów, bo mam wrażenie, że zaraz pęknie mi dekiel i na wieki wieków amen zgaśnie światło. „Heheheeee! Ale zajebiście!” – cieszy się w odpowiedzi tym swoim rechotem, który zawsze budzi we mnie pozytywne emocje. „Ja też wczoraj pochlałem na mieście ale widzę, że ty ambitniej podszedłeś do tematu heheheee… Siadaj i zrób jakąś kupę na kraj, jak dasz radę”.

Nie daję rady. Siedzę, czytam te małe, uciekające mi spod palców literki i próbuję wstukać w klawiaturę jedno zdanie bez robienia przerwy na zebranie myśli. Co jakiś czas opatulam głowę ramionami i wyobrażam sobie, że to leczniczy dotyk Kaszpirowskiego lub innego Harry’ego z Tybetu. „Co ci jest?” – pyta Piękna wchodząc na zakład. W odpowiedzi podnoszę swe bolesne oblicze z blatu biurka. Moja gęba musi teraz wyglądać jak „Chrystus cierpiący” w wersji Witkacego, poprawiona przez Bosha i Daliego, bo Piękna tylko kiwa głową z politowaniem. „Obudź się już Młody, bo jest robota” – klepie mnie po ramieniu Szef.

Robota jest przejebana ale nie z tej strony, której się obawiałem. Jedziemy ze Spiderem do szpitala dziecięcego. Jakiś mały kajtek wpadł kilka miesięcy temu pod tira czy autobus. W szpitalu poskładali go do kupy jakąś ultra innowacyjną metodą. To ponoć czwarta taka operacja na świecie. Musimy zrobić zdjęcia, pogadać z lekarzem i rodzicami dzieciaka. Na szczęście ma to być materiał pozytywny, w stylu „Lekarze ocalili mi dziecko”. Trzeba jednak uważać, bo ten format bardzo łatwo niechcący zmienić na „Jak pilnowaliście dziecka, zwyrodnialcy!?”. Przynajmniej w mojej robocie, bo normalny dziennikarz nie brałby tego nawet pod uwagę. W każdym razie, z rodzicami zawsze trzeba ostrożnie… „Masz” – mówi Szef dając mi gumę do żucia. „Żebyś nie ział alkoholem biednemu dziecku w twarz heheheee”.

Pomijając cierpienie na kacu, byłem szczęśliwy jadąc na ten materiał. Moja radość wynikała z faktu, że nie muszę przy tej okazji pasożytować na czyjejś tragedii. Nie będzie płaczu matki, okaleczonego dziecka i bezradnie rozkładającego ręce lekarza. Będą uśmiechy, życzenia i ogólna radość istnienia. Radość trwała do momentu znalezienia się na oddziale…

„Ja pierdolę, kurwa mać”. Ten prostacki acz szczery akt strzelisty nie opuszczał moich myśli przez cały czas pobytu w szpitalu. Pomijam już podziwu godną plątaninę korytarzy, przejść i zakrętów którymi prowadziła nas rzeczniczka tego przybytku. (Po 45 sekundach marszu nie byłbym w stanie trafić do wyjścia i wcale nie byłaby to wina kaca!) To co zobaczyłem na oddziale totalnie mnie sparaliżowało. Dziesiątki dzieciaków, kroplówki, wózki, kule, pluszaki, kolorowanki i dziecięce rysunki na ścianach. Nagle znalazłem się w globalnym centrum niezawinionego cierpienia! Sanktuarium dziecięcego bólu przytłoczyło mnie kontrastem uśmiechniętych brzdąców i przejeżdżających korytarzem wózków i łóżek, wracających z pourazówki. Dziecięca bezbronność, radość i niewinność przeplatały się w tym miejscu z kalectwem, cierpieniem i śmiercią.

Mały Michałek nie był specjalnie zainteresowany naszymi odwiedzinami. Młodziuteńka mama natomiast chętnie z nami pogadała, choć widać było, że nie ma bladego pojęcia o tym co się wydarzyło. Ot, prosta dziewczyna z jakiejś wioski zapomnianej przez świat, ludzi i Boga. Pan doktor za to bardzo obficie raczył nas szczegółami arcyunikalnej operacji. Dokładniej mówiąc raczył nimi Spidera. Ja zajęty byłem notowaniem. Poza tym, co zauważyłem już wcześniej, pracując ze Spiderem w zasadzie tylko się mu przeszkadza. Doskonale dogaduje się z ludźmi i nigdy nie zapomina poruszyć żadnej z koniecznych kwestii. Gdyby tylko chciało mu się wszystko potem spisywać, spokojnie mógłby być samowystarczalny foto-redaktorem…

Siadam do spisywania tematu. W głowie ciągle mam obraz dziecięcego oddziału i dziewczynki z kulą, która podeszła do nas, gdy czekaliśmy na kogoś, kto wyprowadzi nas z tego szpitalnego labiryntu. „Przepraszam, a kiedy ukarze się ten artykuł o Michałku?”. Ja pierdolę! Odpędzam te myśli. Muszę się teraz skupić na odtworzeniu opowieści lekarza. Do tego co przeżyłem wewnątrz siebie wrócę wieczorem. „Młody, pojedziecie ze Spiderem w teren. Jest dziś jeszcze jedna obsługa” – komunikuje mi w międzyczasie Szef.

Choć już popołudnie, nadal mam kaca. Napierdala mnie bania i ciągle chce mi się rzygać. W tym stanie muszę znaleźć pięcioro targetów. Czworo to nie problem, piaty jest prawdopodobnie najbardziej przejebanym targetem jaki dotychczas przyszło mi robić! Mamy zrobić mini sondę dla centrali. Potrzebują dwóch targetów do kwestii „ile powinien zarabiać premier” i dwóch analogicznych do tematu, „ile powinni zarabiać posłowie”. Zaczynamy jednak od targeta do prowokacji wymyślonej przez Szefa i Antenę. Akcja polega na tym, by udowodnić, że nie sposób umówić się na spotkanie z posłami, którzy to rzekomo robią wszystko dla swoich wyborców. Zadanie z pozoru jest banalne. Trzeba znaleźć biuro poselskie określonego darmozjad i zrobić zdjęcia, jak bogu ducha winny człowiek próbuje sforsować zamknięte na trzy spusty drzwi. Problem pojawi się po dotarciu na miejsce. Biuro leży w dość odludnym miejscu na jakimś zadupiu. Do tego znajduje się w hotelu i to na pierwszym piętrze. Mało tego. Okazuje się, że jego drzwi stoją otwarte na oścież. Posła wprawdzie rzeczywiście nie ma ale upierdliwa sekretareczka pilnie odbiera wszelkich interesantów. Kurwa! Dzwonię do Szefa i pytam co dalej. „Chuj mnie to obchodzi, że jest otwarte. Zróbcie tak, by było zamknięte!” – koniec dyrektyw. Zmiana biura poselskiego naturalnie nie wchodzi w rachubę.

Kurwa, kurrrwa, kurrrrwaaaa! Stoimy przed hotelem w opustoszałej okolicy. „Nie wiem jak to zrobisz ale znajdź kogoś. I to szybko, bo nie mam zamiaru marnować tu czasu i tkwić jak jakiś chuj, by realizować czyjś zjebany pomysł” – ciska się Spider. I co teraz? Kurwa, muszę znaleźć łosia, który da się wciągnąć obcemu facetowi do hotelu, na pierwsze piętro i zgodzi się przypozwać z głupią miną do zdjęcia przy „zamkniętych” drzwiach, które de facto są otwarte! Ja pierdolę, jestem udupiony! Nie ma na świecie idioty, który by się na to zgodził… Nie pozostaje mi jednak nic innego jak ruszać na łowy.

Podbijam do pierwszego typa na przystanku. Na oko 25-letni robol z lekkim wąsikiem. Gatka standard i pytanie czy weźmie udział w sądzie na temat posłów. Od czegoś muszę przecież zacząć. Nie powiem mu od razu, że potrzebuje jelenia do fikcyjnego zdjęcia. Koleś się zgadza. Idę krok dalej. Pytam czy zgodzi się na zdjęcie. O dziwo koleżka przytakuję. Pytam wreszcie czy zdjęcie moglibyśmy zrobić w pobliskim hotelu. Facio traci zapał i wygląda jakby chciał uciekać ale po chwili namysłu mówi, że jeśli tylko nie spóźni się na autobus, to ok. Kurwa, nie wierzę! W uniżonych słowach i przymilnej gadce prowadzę go pośpiesznie do hotelu. Spider zrywa się na nasz widok i skręca obiektywy. Koleś może nam zwiać w każdej chwili. Wchodząc po schodach na piętro pytam gościa czy zdjęcie moglibyśmy zrobić przy tamtych drzwiach. Facet wzrusza ramionami i mówi „dobra”. Wszedł już za głęboko w układ, by się teraz wycofać. Spider tłumaczy mu jak i co ma udawać przed drzwiami. Koleżka domyśla się już chyba, że coś tu nie gra, ale doszedł z nami aż tu, więc głupio mu się wycofać. Pstryk-pstryk i mamy co chcieliśmy! Dziękuję gościowi i odprowadzam go na przystanek. Staram się tłumaczyć na okrętkę czemu przy drzwiach i co 15 sekund dziękuję mu, że zgodził się nam pomóc.

Ja pierdolę! Załatwiłem tego targeta pierwszym strzałem! Sam w to kurwa nie wierzę! Co za fart, że trafiłem na tego gościa. Normalnie tkwilibyśmy tu do usranej w pizdu śmierci! Entuzjazm szybko ustępuje jednak miejsca, wbijającemu się w serce jak gwóźdź, wyrzutowi sumienia. Oszukałem faceta… Zrobiłem go w jajo półprawdami, by ułatwić sobie zadanie… Ja pierdolę, czuję się jak społeczny judasz i moralna szmata bez zasad. Oszukałem bogu ducha winną chłopinę. To są właśnie chwile, w których szczerze nienawidzę tej roboty. By zaspokoić idiotyczne i apodyktyczne „pomysły zza biurka” jakiegoś barana, muszę uciekać się do matactw, kłamstw i oszustw wobec niewinnych i niczego nie świadomych osób. To zawsze sprawia, że czuję się fałszywym chujem o skorodowanym sumieniu tabloidycznej hieny! Facet myślał, że bierze udział w ulicznej sądzie. Za dwa dni zobaczy swoje zdjęcie w gazecie, jako głównego bohatera materiału na zupełnie inny temat. Moralny upadek i notowań nagły spadek, jak śpiewa Peja. Duma z poradzenia sobie z zadaniem miesza się we mnie z poczuciem kompletnej porażki. „Jak sobie Szef wymyśla takie materiały, to niech potem odbiera telefony od wkurwionych ludzi” – komentuje Spider wsiadając do gabloty. Boże, spieprzajmy już stąd. Jest mi niedobrze. Prócz standardowego kaca, męczy mnie kac moralny i wspomnienia cierpiących dzieciaków ze szpital. Niech ten dzień się już kurwa skończy…

Reklamy