Archive for Październik, 2011


Targety

nie śpię bo trzymam kredensCzyli mój niemalże codzienny, zasrany obowiązek. Zazwyczaj nie ma z nimi większego problemu, czasem jednak potrafią zepsuć człowiekowi cały dzień! Jeśli mogę sobie pozwolić na poetyckie porównanie, to powiem, że targety są jak defekacja. Normalna, codzienna procedura, ale jeśli trafi się obstrukcja lub biegunka – Krzyż Pański! Co to takiego ten target? W ponad 150-letniej historii tabloidów nie zmieniły się, i zapewne nigdy nie zmienią, tylko dwie rzeczy: gra na emocjach i apoteoza prostego człowieka. Owa apoteoza jest oczywiście bardzo instrumentalna, a targety są jej najlepszym przykładem. Target to nic innego, jak prosty człowiek z ulicy, wypowiadający się na jakiś temat. Tylko tyle, i aż tyle!

„To jest najbardziej przejebana robota jaka tylko może być i nie ukrywam, że zwalę ją na ciebie” – mówi Szef wręczając mi kartkę z, zapowiadanym od dwóch dni jako Armagedon najwyższego stopnia, zadaniem. „Bierzcie się ze Spiderem do roboty, macie na to dwa dni”. Misja to znalezienie 22 targetów do ogólnonarodowej sondy na temat sympatii politycznych. Oczywiście nie możemy wziąć pierwszych z brzegu dwóch tuzinów ludzi. Dyrektywa z centrali jest bezlitosna. Mamy znaleźć po dwie sztuki: emerytów, nauczycieli, studentów, fryzjerów, księży, policjantów, urzędników, budowlańców, lekarzy, sekretarek i rolników! Reakcję Spidera przytoczę jedynie w matematycznym skrócie: „kurwa mać” x250, „pojebało ich” x120, „popierdolone pomysły zza biurka” x70, „mam to w dupie” x45 i „małe, głupie cweliki” x17 (plus x3 „czemu zawsze pada na mnie?”).

Księży, za aprobatą Szefa, wykreślam z listy od razu. Stawiam kija przeciw gołej dupie, że jednego szukałbym tydzień! Policjantów, nauczycieli i lekarzy odstawiam na jutro. Spróbuję ustawić ich poprzez związki zawodowe. Ruszamy w miasto polować na resztę…

Gdy normalny dziennikarz zbiera materiały do artykułu, bardzo cennymi cegiełkami w tej budowli są ciekawe wypowiedzi zwyczajnych ludzi z którymi rozmawia. Natomiast dziennikarz tabloidu (tylko jako didaskalia odnotuję pytanie, czy dziennikarz tabloidu rzeczywiście jest dziennikarzem?) tak naprawdę ma głęboko w dupie to, co mówią ludzie z ulicy, których indaguje. Dziennikarz tabloidu nie potrzebuje ich wypowiedzi (bo sam je wymyśli). On potrzebuje ich zdjęcia! To, o co naprawdę chodzi w targetach to zdjęcie! Jeżeli interlokutor zgodzi się na fotkę – jesteśmy w domu i reszta jest nie ważna.

W praktyce wygląda to tak. Podbijam do ofiary i próbuję nawiązać rozmowę. Foto trzyma się z tyłu, by nie wystraszyć jej obiektywem. (To dzisiejsze realia. Jeszcze parę lat temu było tak, że foto nie czekał na jakąkolwiek łączność pomiędzy redaktorem, a targetem. Cykał zdjęcie gościowi na chama – bez pytania, zgody i jakiejkolwiek wazeliny. Na szczęście dla ludzkości, a na nieszczęście dla foto, te czasy już minęły.) Najskuteczniejsza gatka zaczepna, to przedstawienie się jako dziennikarz przeprowadzający sondę. Tu pada telegraficzny skrót tematu i pytanie, co pan/pani o tym sadzi. Najczęściej jest tak, że jeśli ktoś nie karze mi spadać w ciągu pierwszych 5 sekund rozmowy, udaje się go naciągnąć na wypowiedź. (Zdjęcie to odrębny rozdział w tej krótkiej historii). Ludzie, jeśli tylko się nie spieszą, chętnie biorą udział w sondach, bo (1) daje im to poczucie ważności; (2) mogą wyładować swoją frustrację na polityków/urzędników/sąsiadów/cały świat; (3) myślą, że pozostają przy tym anonimowi. Opinię targeta pobieżnie notuję sobie w kajeciku. Jeśli nie odpowiada złożonemu przez Szefa zamówieniu, staram się lekko naprowadzić ofiarę na „właściwe” tory. (Kiedyś o tym opowiem ale trzeba ci już teraz wiedzieć, drogi czytelniku, że biorąc się za temat, nie mam przedstawić rzeczywistości, tylko zrealizować ustalone przez Szefa lub centralę założenie. Dlatego zawsze dostaję zamówienie na konkretnego targeta, typu: „wkurwiony na dziury kierowca”, „wkurwiona na urzędników baba z dzieckiem”, „wkurwiony na służbę zdrowia emeryt”). 3/4 targetów musi być na coś wkurwionych. Pozostała 1/4 to hura optymiści, zachwyceni jakimś aspektem. Tak czy siak, muszą pozostawać skrajnie wyraziści. Zakładając, że ofiara zgodziła się na wypowiedź, rozpoczyna się najtrudniejsza część zadania, która składa się z trzech poziomów: zdobycie personaliów targeta, jego wieku i zdjęcia. Najważniejsze jest oczywiście zdjęcia. To sedno sprawy. Zaczynam jednak od nazwiska. Kieruję się taktyką „duży-wielki-malutki krok”. Ludzie mają oczywisty opór przeciwko podaniu swoich personaliów. Gdy ktoś staje okoniem (ale jeszcze nie ucieka) proponuję mu taki deal: „Oczywiście może pan/pani powiedzieć, że się nazywa Jan/Grażyna Kowalski/Kowalska, mi to nie przeszkadza, my robimy tylko sondę…”. To ośmiela targeta, który najczęściej podaje mimo wszystko prawdziwe dane. Teraz przychodzi kolej na „krok wielki”. Do akcji wkracza foto – o ile nie jest to Spider, bo on najczęściej wtrąca się już wcześniej. Akurat w jego przypadku jest to korzystne. Ma on bowiem niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktu z prostymi ludźmi. Dzięki niej umiejętnie rozładowuje napięcie, jakie pojawia się w chwili, gdy w polu widzenia targeta pojawia się celujący weń obiektyw. „To jeszcze kolega zrobi malutkie zdjęcie do dokumentacji” – ni to stwierdzam, ni pytam. Oczywiście większość ludzi protestuję. Czują jednak zobowiązanie konsekwencji, bo ich wypowiedź i nazwisko widnieje już w moim kajeciku. Wszystko musi rozgrywać się szybko, do póki człowiek nie ma czasu przemyśleć sytuacji. Foto zdjęcia robi na biegu, zanim target się rozmyśli. Następnie gremialnie dziękujemy ofierze za pomoc, a ja przechodzę do trzeciego, „malutkiego kroku”. „To jeszcze niech mi tylko pan/pani swój wiek poda…”. Wbrew pozorom ludzie bardzo często na tym etapie zaczynają się wycofywać rakiem. Szczególnie kobiety. Jeśli idzie ciężko, proponuję ten sam deal, co przy personaliach. Tym razem wiele osób idzie na układ…

Jak wiele jest targetów, tak wiele jest „sposobów na targeta”. Ja staram się zawsze brać ludzi na uśmiech, z jednoczesną szczyptą powagi i profesjonalizmu. Zdarza mi się też brać ich na litość. Nie lubię natomiast podejścia Małego Popierdola, który, chcąc mi zapewne pomóc, od razu wali człowiekowi w twarz, że potrzebujemy wypowiedź i zdjęcie. Naturalnie nie chodzi mu o uczciwość wobec targeta, tylko o to, by szybciej skończyć sprawę. Najczęstsze typy targetów to emeryt, młoda matka z wózkiem, kierowca za kółkiem, rodzic z dzieckiem i zwykły facet do 45 roku życia. Oczywiście zdarzają się też bardzo egzotyczne zamówienia typu „niewidomy emeryt bez lewej nogi, który nie może wejść po zepsutych ruchomych schodach z kundlem przewodnikiem i siatą zakupów”. Przy czym decydentów kompletnie nie obchodzi, w jaki szatański sposób wytrzasnę takiego targeta. Ma być, koniec i chuj! Każdorazowo przemowa motywacyjna jest podobna: „Jak to kurwa nie ma?! Tu mieszka 40 mln ludzi, na pewno gdzieś taki jest. Ruszcie dupy i go kurwa znajdźcie!” Dlatego w tej pracy bardzo przydaje się szerokie spektrum znajomych. Tu warto uściślić, znajomych, którzy zgodzą się dać sfotografować, gdy w zleceniu trafi się obstrukcja lub biegunka…

Oczywiście niepytany nigdy nie przyznaję się z jakiej jestem redakcji. Wiele indagowanych osób w ogóle o to nie pyta, co jest mi na rękę. Gdy pytanie padnie, mówię prawdę. Są oczywiście tacy, co to od razu mówią „dowidzenia” i biorą nogi za pas, gdy dowiedzą się kto i zacz jesteśmy. Są jednak i tacy, którzy z radością wrzeszczą „Super gazeta! Będę na zdjęciu, naprawdę?!”. Najczęściej są to pocieszni emeryci, którzy nagle dostają słowotoku… Target powinien dostać od nas do podpisania tzw. zgodę. Jest to dokument uprawniający nas do opublikowania jego wizerunku (i późniejsza podkładka w razie prawnych bulwersów). Najchętniej podtykałbym te zgody każdemu, bo jak cholera obawiam się wezwania z sądu (które w tej robocie są codziennością). Foto jebią mnie jednak każdorazowo, gdy sięgam po zgodę, bo obawiają się, że taregt ze wszystkiego się wycofa. Z tego punktu widzenia mają rację, bo w skali „trzech kroków”, podpisanie czegokolwiek jest dla targeta wyzwaniem równie wielkim co zgoda na zdjęcie.

„I jak poszło?” – pyta Szef, gdy powłócząc nogami wracam na zakład. Jak? Pomijając milion kilometrów po mieście z buciora i drugie tyle zaczepionych ludzi, to całkiem nieźle. Mam wszystkich z wyjątkiem księży, lekarzy, policjantów i nauczycieli. Najgorzej było z budowlańcami i golibrodami. Ci pierwsi spieprzali przed nami na rusztowania, a panie fryzjerki dały się dopaść dopiero w tysiąc siedemset trzydziestym dziewiątym odwiedzonym salonie. „Siadaj i dzwoń do związków zawodowych, a potem spisz mi wszystkich tych chujów w jednym pliku” – zarządza Szef. „Dlaczego nie możemy załatwić lekarzy i policjantów przez kontakty Pięknej?” – pytam już znad klawiatury. „Bo nie mam zamiaru nadużywać ich do tak chujowej roboty. Nie będę psuł sobie z nimi dobrych układów. Po prostu znajdź kogoś innego” – tłumaczy Wielkie Oko stojące za moimi plecami i ćmiąc fajka. „Jeszcze jakieś dobre wiadomości?” – pytam przekornie. „Tak, nie pobiję cię jeśli nie załatwisz wszystkich z listy” – mówi zupełnie poważnie i wychodzi.

Siedzę i wymyślam powody dla których ten czy tamten osobnik sympatyzuje z taką lub sraką opcją polityczną. Rozmawiając z ludźmi nie pytałem „dlaczego?”. Po pierwsze zniechęcało to rozmówców, po drugie, większość ludzi ma problem z racjonalizacją swoich decyzji. Poza tym, nikogo to de facto nie obchodzi! Prawda jest taka, że to co powie target muszę przerobić najpierw ja, potem Szef, a na koniec jeszcze centrala. Jak więc miałoby pozostać cokolwiek z jego oryginalnej wypowiedzi? Zresztą, daje sobie uciąć lewe jajo, że nie tylko w tabloidach tak się robi. Podkoloryzowanie wypowiedzi bohatera to praktyka wszystkich dziennikarzy i  to nie tylko w Grajdole! Piszę to wszystko tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś zaczepił cię na ulicy jakiś gość i zapytał czy weźmiesz udział w szybkiej sądzie…

Aforyzm Szefa na dziś:

Jestem niewyspany, więc jak chcesz mi coś powiedzieć, to używaj wielkich liter, prostych zdań i dużych odstępów.

Kręci mi się w głowie, czuję niemoc w nogach i permanentne mdłości. Drażnią mnie jaskrawe kolory, ostre światło i wszelki hałas głośniejszy niż moje własne okaleczone strzępki myśli. Czuję, jakby w mojej głowie panicznie trzepotał się ptak, który nie może się wydostać. Uparta białą mewa pustoszy mój mózg tupiąc niezwykle głośno i boleśnie. Do tego odkąd wstałem z wyra ciągle chce mi się rzygać. Obrazu żałości dopełniają wory pod oczami i bardzo powolne, posuwiste ruchy. „Co ci?” – pyta Szef zza zawalonego gazetami biurka. Wyjaśniam minimalną możliwą ilością słów, bo mam wrażenie, że zaraz pęknie mi dekiel i na wieki wieków amen zgaśnie światło. „Heheheeee! Ale zajebiście!” – cieszy się w odpowiedzi tym swoim rechotem, który zawsze budzi we mnie pozytywne emocje. „Ja też wczoraj pochlałem na mieście ale widzę, że ty ambitniej podszedłeś do tematu heheheee… Siadaj i zrób jakąś kupę na kraj, jak dasz radę”.

Nie daję rady. Siedzę, czytam te małe, uciekające mi spod palców literki i próbuję wstukać w klawiaturę jedno zdanie bez robienia przerwy na zebranie myśli. Co jakiś czas opatulam głowę ramionami i wyobrażam sobie, że to leczniczy dotyk Kaszpirowskiego lub innego Harry’ego z Tybetu. „Co ci jest?” – pyta Piękna wchodząc na zakład. W odpowiedzi podnoszę swe bolesne oblicze z blatu biurka. Moja gęba musi teraz wyglądać jak „Chrystus cierpiący” w wersji Witkacego, poprawiona przez Bosha i Daliego, bo Piękna tylko kiwa głową z politowaniem. „Obudź się już Młody, bo jest robota” – klepie mnie po ramieniu Szef.

Robota jest przejebana ale nie z tej strony, której się obawiałem. Jedziemy ze Spiderem do szpitala dziecięcego. Jakiś mały kajtek wpadł kilka miesięcy temu pod tira czy autobus. W szpitalu poskładali go do kupy jakąś ultra innowacyjną metodą. To ponoć czwarta taka operacja na świecie. Musimy zrobić zdjęcia, pogadać z lekarzem i rodzicami dzieciaka. Na szczęście ma to być materiał pozytywny, w stylu „Lekarze ocalili mi dziecko”. Trzeba jednak uważać, bo ten format bardzo łatwo niechcący zmienić na „Jak pilnowaliście dziecka, zwyrodnialcy!?”. Przynajmniej w mojej robocie, bo normalny dziennikarz nie brałby tego nawet pod uwagę. W każdym razie, z rodzicami zawsze trzeba ostrożnie… „Masz” – mówi Szef dając mi gumę do żucia. „Żebyś nie ział alkoholem biednemu dziecku w twarz heheheee”.

Pomijając cierpienie na kacu, byłem szczęśliwy jadąc na ten materiał. Moja radość wynikała z faktu, że nie muszę przy tej okazji pasożytować na czyjejś tragedii. Nie będzie płaczu matki, okaleczonego dziecka i bezradnie rozkładającego ręce lekarza. Będą uśmiechy, życzenia i ogólna radość istnienia. Radość trwała do momentu znalezienia się na oddziale…

„Ja pierdolę, kurwa mać”. Ten prostacki acz szczery akt strzelisty nie opuszczał moich myśli przez cały czas pobytu w szpitalu. Pomijam już podziwu godną plątaninę korytarzy, przejść i zakrętów którymi prowadziła nas rzeczniczka tego przybytku. (Po 45 sekundach marszu nie byłbym w stanie trafić do wyjścia i wcale nie byłaby to wina kaca!) To co zobaczyłem na oddziale totalnie mnie sparaliżowało. Dziesiątki dzieciaków, kroplówki, wózki, kule, pluszaki, kolorowanki i dziecięce rysunki na ścianach. Nagle znalazłem się w globalnym centrum niezawinionego cierpienia! Sanktuarium dziecięcego bólu przytłoczyło mnie kontrastem uśmiechniętych brzdąców i przejeżdżających korytarzem wózków i łóżek, wracających z pourazówki. Dziecięca bezbronność, radość i niewinność przeplatały się w tym miejscu z kalectwem, cierpieniem i śmiercią.

Mały Michałek nie był specjalnie zainteresowany naszymi odwiedzinami. Młodziuteńka mama natomiast chętnie z nami pogadała, choć widać było, że nie ma bladego pojęcia o tym co się wydarzyło. Ot, prosta dziewczyna z jakiejś wioski zapomnianej przez świat, ludzi i Boga. Pan doktor za to bardzo obficie raczył nas szczegółami arcyunikalnej operacji. Dokładniej mówiąc raczył nimi Spidera. Ja zajęty byłem notowaniem. Poza tym, co zauważyłem już wcześniej, pracując ze Spiderem w zasadzie tylko się mu przeszkadza. Doskonale dogaduje się z ludźmi i nigdy nie zapomina poruszyć żadnej z koniecznych kwestii. Gdyby tylko chciało mu się wszystko potem spisywać, spokojnie mógłby być samowystarczalny foto-redaktorem…

Siadam do spisywania tematu. W głowie ciągle mam obraz dziecięcego oddziału i dziewczynki z kulą, która podeszła do nas, gdy czekaliśmy na kogoś, kto wyprowadzi nas z tego szpitalnego labiryntu. „Przepraszam, a kiedy ukarze się ten artykuł o Michałku?”. Ja pierdolę! Odpędzam te myśli. Muszę się teraz skupić na odtworzeniu opowieści lekarza. Do tego co przeżyłem wewnątrz siebie wrócę wieczorem. „Młody, pojedziecie ze Spiderem w teren. Jest dziś jeszcze jedna obsługa” – komunikuje mi w międzyczasie Szef.

Choć już popołudnie, nadal mam kaca. Napierdala mnie bania i ciągle chce mi się rzygać. W tym stanie muszę znaleźć pięcioro targetów. Czworo to nie problem, piaty jest prawdopodobnie najbardziej przejebanym targetem jaki dotychczas przyszło mi robić! Mamy zrobić mini sondę dla centrali. Potrzebują dwóch targetów do kwestii „ile powinien zarabiać premier” i dwóch analogicznych do tematu, „ile powinni zarabiać posłowie”. Zaczynamy jednak od targeta do prowokacji wymyślonej przez Szefa i Antenę. Akcja polega na tym, by udowodnić, że nie sposób umówić się na spotkanie z posłami, którzy to rzekomo robią wszystko dla swoich wyborców. Zadanie z pozoru jest banalne. Trzeba znaleźć biuro poselskie określonego darmozjad i zrobić zdjęcia, jak bogu ducha winny człowiek próbuje sforsować zamknięte na trzy spusty drzwi. Problem pojawi się po dotarciu na miejsce. Biuro leży w dość odludnym miejscu na jakimś zadupiu. Do tego znajduje się w hotelu i to na pierwszym piętrze. Mało tego. Okazuje się, że jego drzwi stoją otwarte na oścież. Posła wprawdzie rzeczywiście nie ma ale upierdliwa sekretareczka pilnie odbiera wszelkich interesantów. Kurwa! Dzwonię do Szefa i pytam co dalej. „Chuj mnie to obchodzi, że jest otwarte. Zróbcie tak, by było zamknięte!” – koniec dyrektyw. Zmiana biura poselskiego naturalnie nie wchodzi w rachubę.

Kurwa, kurrrwa, kurrrrwaaaa! Stoimy przed hotelem w opustoszałej okolicy. „Nie wiem jak to zrobisz ale znajdź kogoś. I to szybko, bo nie mam zamiaru marnować tu czasu i tkwić jak jakiś chuj, by realizować czyjś zjebany pomysł” – ciska się Spider. I co teraz? Kurwa, muszę znaleźć łosia, który da się wciągnąć obcemu facetowi do hotelu, na pierwsze piętro i zgodzi się przypozwać z głupią miną do zdjęcia przy „zamkniętych” drzwiach, które de facto są otwarte! Ja pierdolę, jestem udupiony! Nie ma na świecie idioty, który by się na to zgodził… Nie pozostaje mi jednak nic innego jak ruszać na łowy.

Podbijam do pierwszego typa na przystanku. Na oko 25-letni robol z lekkim wąsikiem. Gatka standard i pytanie czy weźmie udział w sądzie na temat posłów. Od czegoś muszę przecież zacząć. Nie powiem mu od razu, że potrzebuje jelenia do fikcyjnego zdjęcia. Koleś się zgadza. Idę krok dalej. Pytam czy zgodzi się na zdjęcie. O dziwo koleżka przytakuję. Pytam wreszcie czy zdjęcie moglibyśmy zrobić w pobliskim hotelu. Facio traci zapał i wygląda jakby chciał uciekać ale po chwili namysłu mówi, że jeśli tylko nie spóźni się na autobus, to ok. Kurwa, nie wierzę! W uniżonych słowach i przymilnej gadce prowadzę go pośpiesznie do hotelu. Spider zrywa się na nasz widok i skręca obiektywy. Koleś może nam zwiać w każdej chwili. Wchodząc po schodach na piętro pytam gościa czy zdjęcie moglibyśmy zrobić przy tamtych drzwiach. Facet wzrusza ramionami i mówi „dobra”. Wszedł już za głęboko w układ, by się teraz wycofać. Spider tłumaczy mu jak i co ma udawać przed drzwiami. Koleżka domyśla się już chyba, że coś tu nie gra, ale doszedł z nami aż tu, więc głupio mu się wycofać. Pstryk-pstryk i mamy co chcieliśmy! Dziękuję gościowi i odprowadzam go na przystanek. Staram się tłumaczyć na okrętkę czemu przy drzwiach i co 15 sekund dziękuję mu, że zgodził się nam pomóc.

Ja pierdolę! Załatwiłem tego targeta pierwszym strzałem! Sam w to kurwa nie wierzę! Co za fart, że trafiłem na tego gościa. Normalnie tkwilibyśmy tu do usranej w pizdu śmierci! Entuzjazm szybko ustępuje jednak miejsca, wbijającemu się w serce jak gwóźdź, wyrzutowi sumienia. Oszukałem faceta… Zrobiłem go w jajo półprawdami, by ułatwić sobie zadanie… Ja pierdolę, czuję się jak społeczny judasz i moralna szmata bez zasad. Oszukałem bogu ducha winną chłopinę. To są właśnie chwile, w których szczerze nienawidzę tej roboty. By zaspokoić idiotyczne i apodyktyczne „pomysły zza biurka” jakiegoś barana, muszę uciekać się do matactw, kłamstw i oszustw wobec niewinnych i niczego nie świadomych osób. To zawsze sprawia, że czuję się fałszywym chujem o skorodowanym sumieniu tabloidycznej hieny! Facet myślał, że bierze udział w ulicznej sądzie. Za dwa dni zobaczy swoje zdjęcie w gazecie, jako głównego bohatera materiału na zupełnie inny temat. Moralny upadek i notowań nagły spadek, jak śpiewa Peja. Duma z poradzenia sobie z zadaniem miesza się we mnie z poczuciem kompletnej porażki. „Jak sobie Szef wymyśla takie materiały, to niech potem odbiera telefony od wkurwionych ludzi” – komentuje Spider wsiadając do gabloty. Boże, spieprzajmy już stąd. Jest mi niedobrze. Prócz standardowego kaca, męczy mnie kac moralny i wspomnienia cierpiących dzieciaków ze szpital. Niech ten dzień się już kurwa skończy…

Ufo mnie oszukałoZanosi się na to, że dziś nie będzie żadnej roboty w terenie. Siedzę na zakładzie już kilka godzin i wykonuję kolejne zlecenia kierownika tego Mordoru. Wielkie Oko, czyli Szef, zasypuje mnie drobnicą na lokal. Ocipieli tam w tej Centrali! Od trzech dni chcą po osiem szortów i pięć kup dziennie. Pisanie idzie mi wolno, bo jak zawsze rozprasza mnie ćwierkające telejajo. Ewidentnie nic się dziś w Grajdole nie dzieje, bo TVN24 od rana wałkuje te same trzy tematy. Kroję kupę z jakichś dramatycznych opóźnień remontowych przebudowywanego ronda i podwyżek na kolei. Sprokurowałem też dwa szorty o trupach. Koleś, oczywiście niechcący, zaciukał swoją kochankę pilnikiem do paznokci, a drugi zwyrol po pijaku poderżnął gardło własnej matce. Tu ważna informacja na marginesie: nie zmyślam tych wszystkich historii, jak zapewne sądzi większość z Was. Tabloidy zasadniczo nie zmyślają sobie tematów. One jedynie je wyolbrzymiają. Opowiem o tym innym razem.

„Weź no zostaw na razie tę drobnice i skończ mi ten materiał o plakatach” – przerywa mi Wielkie Oko. Muszę zatem na biegu skleić 1600 znaków na temat wyborczych ulotek, tablic, plakatów i innych śmieci. Chodzi o dowalenie po równo wszystkim politykom na raz. Całość trzeba oczywiście utrzymać w niezwykle wstrząsającym i skrajnie oburzonym tonie. Jednym słowem, wszystkie dane, fakty i informacje trzeba wyolbrzymić, rozdmuchać i przesadzić. Ot, standardowa praktyka tabloidu. Wkurza mnie jednak to, że każdy tekst zawsze buduje z tych samych 150-200 słów. Szybko, zwięźle i bez sensu. Nie mówię, że chciałbym tworzyć jakąś szarżę intelektualną ale mam już powyżej uszu tej minimalistycznej nowomowy i literackiego kąkolu, który tu produkuję. Może uda mi się jakoś rozruchać ten pancerny schemat…

„Coś ty tu Młody napisał? Co to jest kurwa Jardim Gramacho?!” – zapowietrza się Szef 15 minut później. „Śmietnisko w Brazylii, największe na świecie… nie bardzo?” – pytam, znając tak naprawdę odpowiedź względem mojego przeintelektualizowanego porównania. „Dziewczyny, wytłumaczcie Młodemu gdzie popełnił nietakt” – przewracając oczami sapie na wydechu Szef. „Dobra, dobra, wiem…” – przerywam ten rozpędzający się festiwal ogólno redakcyjnych podśmiechujek z najmłodszego stażem. „Chciałem wprowadzić trochę finezji…” – usprawiedliwiam się mimowolnie, choć doskonale wiem, że nie ma to sensu i tylko pogarsza moją sytuację. „Co chciałeś!?” – Szef wywala gały w rozbawieniu i robi głupią minę – „Powtórz no, bo chyba niedosłyszałem”. „Nie, nic…” – odpycham się nogami i dojeżdżam na krześle prosto do swojego biurka, żałując, że w ogóle otworzyłem japę. „Młody, kurwa, teraz to mnie zabiłeś. Heheheee… Ja cię proszę, ty nie zapominaj gdzie pracujesz” – rechocze za moimi plecami, szczerze ubawione Wielkie Oko.

W sumie to dziwne, że nie ma dziś żadnego wyjazdu w teren. Antena leży w szpitalu, a Małego Popierdola gdzieś wywiało. Przy takim zdziesiątkowaniu składu byłem pewien, że czeka mnie cały dzień na mieście. Tymczasem roboty jest mniej niż zwykle. Wielkie Oko filuje mi zza pleców treść ostatnich szortów i daje zielone światło. Klikam „zapisz”, „wyślij” i w sumie jest po zawodach. Gadamy trochę z Szefem przed moim wyjściem. Jest nas tylko dwóch, bo reszta już zdezerterowała do domów. (W takiej konstelacji rozmawia mi się z nim najlepiej. Gdy jesteśmy sami i nie ma przed kim mi dosrywać, łapiemy bardzo interesujący dla mnie kontakt.) Kierownik nie ukrywa, że chciałby, bym szybko określił się co do mojej przyszłości na zakładzie. Opcje są dwie: krócej (czyli pół roku) lub dłużej (rok). Jeśli szybko spasuję, może jeszcze ściągnąć ponownie Mercedes, zanim ta uwikła się w jakąś inną fuchę. Rozmawiamy też trochę o mojej bezpośredniej poprzedniczce – Patyku. Dowiaduję się dlaczego ostatecznie wypieprzyła stąd z hukiem po niespełna miesiącu. Jak nie trudno się domyślić, w podjęciu tej decyzji pomógł jej Mały Popierdol. „Zwyzywał ją od kurew na materiale i się obraziła” – z rozbrajająco szczerym uśmiechem opowiada Szef. „Sam wiesz, że z nim nie pracuje się łatwo. Ale sorry, nie będę rezygnował z jednego z najlepszych w Polsce fotoreporterów dla redakcyjnej piętnastej wody po trzecim kisielu” – dodaje.

Wychodzę. Pytam Szefa czy mogę wziąć dzisiejszy numer gazety. Chce sprawdzić ile zmienili w moim wczorajszym tekście. Przez cały dzień jakoś nie było kiedy. „A weź sobie tę szmatę. Chociaż nie wiem po co” – macha mi na „do jutra”. Chyba nie spotkałem jeszcze kogoś, kto z równym mu zaangażowaniem oddawałby się swojej robocie, a jednocześnie miał do niej tak zdrowy dystans. Przy całym swym chamstwie, Szef jest niebywale intrygującym człowiek. Więcej niż człowiekiem – osobą! Ja zaś wlokę się ulicą, otulam kapturem przed wiatrem i pogrążam w zadumie. Jak długo tu jeszcze popracuję? Sam nie wiem…

Bush on cocaineNie ma zasadniczej różnicy pomiędzy zwykłym dziennikarzem, a dziennikarze tabloidu, jeśli chodzi o rolę, jaką alkohol pełni w ich pracy. Jest ona mniej więcej taka sama, jak w życiu wszystkich obywateli tego Grajdoła! Jednym słowem, rzeczywistość na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Zazwyczaj jednak jakiekolwiek „spożycie” na terenie zakładu, a już szczególnie w godzinach pracy, zakrawa na zbrodnię przeciwko moralności… Wszak nie tu.

Wkraczam dziarsko i z rozpędu na zakład o 9:05. Pierwszą rzeczą jaką widzę, są leżące na biurku zwłoki Szefa, czule obejmujące maślankę truskawkową. Na „cześć” odpowiada mi, pełne bólu, cierpienia i dezorientacji, nieprzytomne spojrzenie zza przekrzywionych oprawek. Oho, ktoś tu jest na kacku gigancie.

Praca z Szefem, gdy jest na kacu, w brew pozorom nie jest uciążliwa. Oczywiście pod warunkiem, że da się mu święty spokój i nie dręczy zbędnymi pytaniami. Cierpi sobie wówczas w cichości, nie wtrącając się w życie redakcji, z rzadka tylko pojękując nad swym losem, przypominając tym samym, że jeszcze dycha. W przypadkach bardziej ekstremalnych, takich jak kacyk gigant, Szef znika na dłuższy czas w kanciapie foto, gdzie zalega na rozkładanej kanapie i normalnie wali w kime! Nie przeszkadza mu wówczas ani słuchany przez Spidera black metal, ani oglądane przez Małego Popierdola filmy, ani nawet „Świat według Kiepskich” męczony w kółko i bez końca przez Bułę. Facet, najzwyczajniej w świecie, śpi na kacu (w godzinach pracy) i ma ten hałas w dupie.

Na terenie zakładu zabrania się spożywania alkoholu przed godziną… ruchomą. Zazwyczaj pierwsze piwko lub kolejka przetoczy się przez redakcję około wczesnego popołudnia. Jej prowodyrem najczęściej jest Antena. Szef aprobuje 9/10 jej suplikacji, a w 8/10 sam aktywnie uczestniczy. Co się tyczy Pięknej, to nie pije ona browarów w ogóle. Zwyczajnie (choć w Grajdole nie jest to zwyczajne) ich nie lubi. Foto również nie piją w robocie ale tylko dlatego, że każdorazowo przyjeżdżają na zakład furami. Ja natomiast staram się uszanować tutejsze zwyczaje i jeśli nie muszę, nie odmawiam.

Wiąże się z tym niezwykle odpowiedzialna rola, jaką pełnię na zakładzie. Jako najmłodszy stażem, jestem „etatowym biegłym” redakcji, to znaczy etatowo biegam po alkohol do sklepu. Zresztą, funkcja ta towarzyszy mi tu od drugiego dnia pobytu, kiedy to po raz pierwszy usłyszałem, wielokroć później powtarzane polecenie służbowe: „Młody, skocz mi po fajki”.

Więc jako biegły, o ile tylko jestem na zakładzie, jestem wysyłany po alkohol. Kitram go zawsze do torby lub plecaka, by ukryć przed oczami biurowych sąsiadów i potencjalnych redakcyjnych petentów. Po powrocie zamykam drzwi na skobelek i tym samym oficjalnie redakcja kończy pracę. Najwcześniej zdarzyło się nam skończyć w ten sposób robotę o 11:30… Zaryglowanie drzwi nie oznacza oczywiście fizycznego końca pracy. Ten następuje dla mnie dopiero po wystukaniu odpowiedniej ilości kup, szortów, zajawek i innych, utrzymanych we wstrząsającym tonie, materiałów. Tu trzeba przyznać, że pierwsze dwa piwa bywają bardzo pomocne, przynosząc wielorakie pomysły na konstelację tych samych 150 słów, których zmuszony jestem używać. Z każdym kolejnym bronksem jest już jednak coraz trudniej. Szef na zakładzie zostaje nawet do 21. Trudno zatem się dziwić, że do roboty zdarza mu się przychodzi na solidnej, wczorajszej bańce.

Alkohol grubszego kalibru zawsze kitramy w biurku Szefa. Tam też (swoją drogą na oczach przełożonego z centrali) trafiła kiedyś wóda, którą przyniosłem żegnając się z tym burdelem. Prawda jest taka, że bardzo wówczas zapulsowałem, zarówno w oczach Szefa, jak i przedstawiciela centrali. Dlaczego? Bo w tym fachu w gaźnik walą wszyscy! Kto nie pije, ten jest podejrzany. Przełożony również! Tym bardziej ja. Dlatego moje (sporadyczne) poranki na kacu w redakcji spotykają się ze zrozumieniem i sympatią – szczególnie ze strony Szefa. I jak praca tu może być „normalną pracą”?

Foto, choć nie piją z nami na co dzień, także walą w mandarynę na zakładowych imprezach. Te jednak zdarzają się tylko od czasu do czasu. (Codzienna konsumpcja nie zalicza się w ich poczet…). Dlaczego? Ponieważ pomiędzy foto, a nami – redaktorami, przebiega pewna zasadnicza różnica. To jednak zbyt antropologiczno-ontologiczna kwestia, by wspominać o niej przy tak plebejskim temacie jak alkohol. (Prawda jest bowiem taka, że nie ma żadnej filozofii picia. Jest tylko technika picia).

 

CapoAforyzm Szefa na dziś:

Największą tajemnicą jest dla mnie, jak ja się w tym stanie dałem radę kurwa umyć i ogolić sobie mordę!?

Becikowe pod presją

Rano tradycyjnie piszę drobnicę. Nic specjalnego. Kilka szortów i jakaś kupa na lokal, plus coś ekstra na kraj. Potem dostaję od Szefa misję w terenie. „Pojedziecie na porodówkę zrobić babę z dzieckiem do materiału o becikowym. Dzwoń do Pięknej, wyjaśni ci szczegóły.” Więc dzwonię. Kobietę po porodzie ma nam wystawi pani dyrektor szpital. „Tylko pamiętaj, że musisz jej powiedzieć kilka komplementów, bo strasznie jest wrażliwa na tym punkcie” – tłumaczy w pośpiechu i się rozłącza. Mały Popierdol już na mnie łypie stojąc w drzwiach, więc nie mam czasu by sprawdzić w necie jakiś background.

Nie lubię takich akcji, bo na nich najłatwiej się wyłożyć. Im mniej wiesz o temacie w który wchodzisz, tym większą można dać plamę i tym większy wpierdol zebrać. Wiem, to truizm. Ale boleśnie prawdziwy. Nie chodzi tu wszak o to, co ostatecznie napiszę (dramatyczny materiał o przymierających głodem rodzicach z małym dzieckiem, którym miasto chce zabrać becikowe). Jeśli niczego nie zaimprowizuję, baty zbiorę w terenie, od Małego Popierdola. Problem jak zawsze polega na tym, że zarówno on, jak i Szef to rutyniarze. Robili takie rzeczy milion razy. Ja ciągle jestem na etapie tych bolesnych „pierwszych razów”…

Idziemy korytarzem. Czuję presję obecności Małego Popierdola. Nerwowo powtarzam w głowie plan działania, warianty rozmowy i nazwiska. Z nazwiskami zawsze jest najgorzej. Pomylisz jakieś i już jest pozamiatane. Łapczywie czytam wszystkie tabliczki na mijanych drzwiach. Stresuje mnie nie ta robota ale bezlitosna apodyktyczność Małego Popierdola, który czyha na moje najmniejsze zawahanie. Zupełnie inaczej pracuje się ze Spiderem. Napieprza się czasem ze mnie ale zawsze mogę liczyć na wsparcie ogniowe w postaci artylerii jego doświadczenia. Teraz, oczami wyobraźni, widzę jednak jakąś wtopę i sadzącego się Małego Popierdola. „Kurwa, Młody, powinieneś to wiedzieć. Powinieneś się do chuja przygotować przed robotą!” Ciekawe tylko kiedy…

Kadzę pani dyrektor i rozmawiamy trochę o wyborach. Stara, spróchniała rura, z arystokratycznym grzybem na mózgu, wzywa wreszcie pielęgniarkę, która zabiera nas na oddział. Nie cierpię szpitali. Po minie Małego Popierdola widzę, że on też. Nieoczekiwanie nawiązuje się między nami nić porozumienia, oparta na wzajemnej niechęci do otaczającej nas sytuacji. Pielęgniarka na raty znajduje nam ofiarę. Wbijamy ostatecznie do małego, zielonego i dusznego pokoiku. W środku dwa łóżka, dwa nosidełka dla noworodków i sześcioro ludzkich istnień: dwóch ojców, dwie ledwo żywe matki na pryczach i dwa oseski w pieluchach. Aż mnie skręca na widok tych kobiet. Widać, że są wykończone porodami a siłę czerpią tylko z bliskości niemowląt. Zmęczone, rozkojarzone oczy, sklejone zaschniętym potem włosy i na przemian blade i czerwone plamy na skórze. Zawstydzone uśmiechy zdradzają, że wiedzą jak wyglądają. My też jesteśmy zawstydzeni. To są chwile, gdy przy kobiecie powinien być tylko jej mąż. My nie chcemy ich oglądać, a one nie chcą być oglądane przez nas. Ale jesteśmy w robocie, wiec nie ma miejsca na wrażliwość…

Wychodzimy ze szpitala. W zasadzie to wypierdalamy stamtąd w trymiga! Mały Popierdol ciężko wzdycha. „Nienawidzę takich zdjęć” – mówi. „Te dzieciaki, te rozpieprzone kobiety… Jeszcze gdyby tam wejść z jakąś babką, ale tak: dwóch facetów, kurwa…”. Widziałem po nim, tam w zielonym pokoiku, że stracił połowę pewności siebie robiąc zdjęcia. Ja nie byłem lepszy, bo zapytałem obie matki o takie banały, że aż mi było wstyd, że przeszkadzam im w dochodzeniu do siebie takimi pierdami! „Na co najczęściej wydaje się becikowe?” Kurwa, jestem pewien, że gdyby nie ciekło z nich wszystkimi fizjologicznymi otworami, zabiłyby mnie śmiechem!

Zadziwiająco dużo rozmawiam z Małym Popierdolem (lub raczej on ze mną). Już wczoraj zauważyłem, że traktuje mnie jakoś inaczej, jak… człowieka. Nie jak równego sobie rzecz jasna, ale jak człowieka – nie jak gówno! Raz nawet zwrócił się do mnie po imieniu… Z jednej strony mnie to fascynuje, z drugiej niepokoi, bo silnie zbija z tropu. Na razie nie ufam temu ociepleniu, bo wiem do czego jest zdolny ukrywający się w nim Hannibal Lecter.

Hillary Clinton adopts alien baby„Tam się pewnie nic kurwa nie dzieje, ale idź sprawdzić” – mruczy do mnie pod nosem Mały Popierdol. Stoimy pod Urzędem Pracy. Szef wymyślił sobie, byśmy przy okazji materiału w terenie sprawdzili, czy w urzędzie są kolejki. (Ludzie w kolejce = gotowy temat!) W wejściu mijam lekko podśmierdziały margines społeczny. Zagłębiam się w obskurne korytarze i już wiem, że oto właśnie staję przed ciężkim dylematem. Ludzi jest oczywiście w pizdu! Ale wiem to tylko ja…

Zasadniczo moim przełożonym jest tylko Szef. W terenie to ja mam decydować co i jak robimy, a foto powinni mnie słuchać. Jako jednak, że są milion razy bardziej doświadczeni (i z racji tego, że mniej lub bardziej mną gardzą), to ja muszę słuchać ich. A ich imperatyw jest jeden: narobić się jak najmniej. Prowadzi to do bardzo chujowej sytuacji, w której znajduję się pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem (via dupą a sedesem)! Czemu? Ponieważ Szefowi zależy na tym, by wydusić temat ze wszystkiego. Nawet jeśli tematu de facto nie ma, trzeba kombinować tak, by powstał z niego materiał (tzw. kreowanie rzeczywistości na potrzeby gazety). Szef siedzi jednak za biurkiem na zakładzie. A w samochodzie w terenie siedzi ze mną foto. On natomiast ma wszystko gdzieś i chce jak najszybciej skończyć robotę. Dochodzi do tego, że foto tną Szefa w chuja przy każdej możliwej okazji i omijają tyle zleceń, ile się tylko da. Zaś zlecenie „sprawdźcie, czy coś się nie dzieje…” jest już najwygodniejszym do olania ze wszystkich! Zawsze można przecież powiedzieć, że nic się nie działo… Notorycznie znajduję się więc w potrzasku pomiędzy lojalnością wobec Szefa i solidarnością z foto (bezpośrednimi współpracownikami). To także potrzask pomiędzy zjebką z jednej lub z drugiej strony, bo jeśli cokolwiek się spierdoli, zawsze będzie to moja wina. Jeśli olejemy temat, a okaże się, że dało się z niego wykręcić materiał – Szefa będzie się pruł dwa dni. Jeśli się uprę i zaciągnę foto na jakieś zadupie, a żadnego materiału nie uda się tam wykręcić – mam przejebane u nich…

To jednak tylko jedna strona medalu. Lub w zasadzie tylko dwie. Jest bowiem jeszcze trzecia: moja własna! Paradoksalnie, mojego interesu nauczył mnie kiedyś Spider, i pośrednio Mały Popierdol (jeżdżąc po mnie jak po burej suce). Jaki jest sens dodawania sobie roboty? Może uda się namierzyć gdzieś przy okazji grubszy temat ale, po pierwsze: jest to mało prawdopodobne, po drugie: co z tego wyniknie? Odpowiedź jest równie prosta co druzgocząca – nic! Jakikolwiek temat wymyślę, muszę przecedzić go przez sito tabloidycznej formy. Efekt? Koniec końców napiszę takie samo gówno jak zawsze. Nie warto się dla niego narażać na ryzyko zjebki od foto, przy wyjątkowo cherlawym prawdopodobieństwie pochwały od Szefa. Prawda jest taka, że na dyskretnie olanym temacie nikt nie jest stratny! Ja nie, bo przecież pracuje w tabloidzie, więc nie czuję, bym przy takiej okazji mógł stracić potencjalne opus magnum działalności dziennikarskiej. Foto nie, bo raz, że i tak mają to wszystko w dupie i najchętniej wrócili by już do redakcji oglądać filmy i klipy na youtube, a dwa, że taki temat dołoży im jedynie roboty. Szef też nie, bo bez problemu wymyśli inny materiał, który zrealizuję przy użyciu googli i telefonu. Jednym słowem: poco dodawać sobie roboty, skoro nikt tego nie doceni, zjebka jest bardzo prawdopodobna, a brakujące 1300 znaków w gazecie bez trudu wypełni się materiałem „zza biurka”?

„Ni chuja, nic się tam nie dzieje” – melduję Małemu Popierdolowi wsiadając do samochodu. „Wiedziałem… bez sensu o tej porze tu przyjeżdżać” – burczy pod nosem foto. Zjeżdżamy z powrotem na zakład…

Mały Popierdol

Zabił, bosmierdziały mu nogiNienawidzę pracować z tym gościem. Wracam na zakład po trzymiesięcznej przerwie i od wczoraj śni mi się on: Mały Popierdol! Mały Popierdol jest fotoreporterem. Ja jestem redaktorem ale moje stanowisko jest poważniejsze tylko z brzmienia.

W wejściu spotykam Spidera. Oddaje mi dwie dychy za zeszłoroczny „wypad na trupa” za miastem. To była moja pierwsza sprawa z umarlakiem w roli głównej. Spider bardzo mi wtedy pomógł – bynajmniej nie bezinteresownie. W każdym razie zapomniałem już o tych pieniądzach. On nie…

Szef wita mnie więcej niźli ciepło. Szybko dogadujemy się co do nowych warunków współpracy. Czuję, że mocno idzie mi na rękę, zwłaszcza w kwestii porannych zajęć na uczelni. Klawo! Gadamy trochę o tym co działo się w branży przez ostatnie trzy miechy, a działo się kurwa więcej niż dużo! Przegapiłem kilka naprawdę grubych akcji. „Ostatnie dwa miech robiliśmy wszystko w dwie osoby. To był kurwa koszmar! Cały czas coś się działo. W chuj bieżączki: samo podpalenia, katastrofa lotnicza, seryjniak i dwóch psychopatów: pirotechnik i nożownik. A tu akurat Piękna na urlopie, a Antena w gipsie. Wszystko robiliśmy do spółki z Mercedesem.” – Na jego twarzy widzę autentyczne zmęczenie psychiczne i ani śladu dumy z tego, że cztery materiały weszły im na okładkę. Gość jest niesamowity! Choć praca z nim bywa „więcej niż niełatwa”, facet jest dla mnie zawodowym autorytetem. To chuj, że jest bezlitosną tabloidyczna hieną. Chłop zna się kurwa na swoje robocie, jak nikt inny na świecie!

Odwaliłem na biegu pańszczyznę na kraj: kupę (o tym, jak to przypadkowy przechodzień cudem unikną śmierci pod oberwanym gzymsem remontowanej kamienicy) i kilka banalnych szortów na lokal. O co chodzi z „kupą”, „szortem” i „lokalem”? Wyjaśnię z czasem… Ważniejsze jest to, że Szef zaraz posłał mnie w teren. Z kim? (Werble: Tadam-tadam-tadam!) No oczywiście z Małym Popierdolem! To najlepszy dowód na to, że czarnowidztwo stygmatyzuje rzeczywistość. „Chodź młody” – tyle słyszę od niego na dzień dobry i wielce wątpię, bym kiedykolwiek usłyszał coś milszego.

Jeśli ta redakcja jest Mordorem, to Mały Popierdol jest Królem Nazguli. Każdy „skurwiel”, „złamany chuj” czy „zawszony ludzki pestycyd” wyrecytowany pod jego adresem, trafia w samo sedno sprawy. Przez całą moją dotychczasową karierę tutaj kierowałem się czymś w rodzaju Tao Unikania Małego Popierdola. To typ gościa, którego zasób słownictwa nie wykracza poza 3000 wyrazów i który nie jest w stanie skonstruować zdania bez posiłkowania się „kurwami”. To jeden z tych aroganckich, zadufanych w sobie dupków, przy których człowiek zawsze czuje się stłamszony. To także jeden z tych wściekłych psów, który nawet do Szefa potrafi powiedzieć „spierdalaj chuju!”. Jako że jest jednym z najlepszych „tabloidycznych” fotoreporterów w Polsce, pracę z kimś takim jak ja traktuje jako dyshonor. (Przy czym zapewne nie zna tego słowa). Nie zaszczyca mnie żadnym zbędnym słowem, wymaga natychmiastowego i perfekcyjnego wykonywania poleceń i jebie za wszystko z góry na dół przy każdej okazji. Ma doświadczenie współpracy z najlepszymi w branży i mierzy człowieka kategoriami dokładnie z tego poziomu. Mówiąc krótko, traktuje mnie jak gówno. Prócz powyższego, Małego Popierdola charakteryzują jeszcze dwie rzeczy, moim zdaniem bezpośrednio ze sobą związane. Po pierwsze, jest małym i chudym konusem, a po drugie jeździ samochodem jak wariat! Ze swoim zaczesem oldschoolowego alfonsa jest ode mnie niższy o głowę. Natomiast jadąc samochodem przypomina ciężko wkurwionego pit bulla, który ma głęboko w dupie wszystkie przepisy! Nie używa kierunkowskazów, nie uznaje czegoś takiego jak linie czy pasy jazdy i średnio dwukrotnie przebija dopuszczalne prędkości. Żaden ze mnie Burrhus Frederic Skinner ale widzę tu zależność drugiego od pierwszego…

Najpierw jedziemy „zrobić” zakorkowany wiadukt. Ja nie mam tu nic do roboty, bo Szef chce tylko zdjęcia. Mały Popierdol, na potrzeby materiału, wyczarował korek, którego normalnie o tej porze nie ma. Norma, jakkolwiek bym go nie lubił, musze przyznać, że zdjęcia robić umie! Potem jedziemy pod miejską bileterię, gdzie kolejka studentów po bilet okresowy ma chyba z 70 metrów! Stosunkowo szybko udaje mi się ustawić targeta – całkiem ładną dziewczynę. Jestem z siebie dumny (nie chodzi o dziewczynę ale o to, że szybko udało mi się ją namówić na zdjęcia). Stamtąd popierdalamy co koń wyskoczy pod Magistrat, gdzie kolejnych 40 metrów studentów czeka po pozwolenie na głosowanie poza miejscem zamieszkania. Tu targeta załatwiam pierwszym strzałem: młody, lekko zamulony chłopak o przystojnej twarzy. Nabieram wiatru w żagle, a Mały Popierdol nawet nie ma się do czego przywalić. O dziwo gadamy trochę w samochodzie w drodze powrotnej.

Pogawędkę przerywa nam straż miejska. Mały Popierdol wjechał swoim Mincuperem na obcych blachach w Zakazaną Strefę, co nie umknęło ich uwadze. Problem polega na tym, że nie mamy z sobą tzw. „plajtki”, czyli dziennikarskiego zezwolenia na wjazd wszędzie. Organ władzy pręży się przed nami i pyta Małego Popierdola, czy był już notowany. „Oczywiście – burczy Mały Popierdol – nie wiem czy ktokolwiek w tym mieście nie był jeszcze przez was notowany”. Kończy się na odmowie przyjęcia mandatu i sprawie w sądzie. „Norma” – mówi Mały Popierdol gdy strażnicy już nas puszczają – „Przefaksuję im plajtę i chuj, nie będzie żadnej sprawy sądowej. Odpierdolą się, miałem już tak cztery razy”.

Wracam na zakład i siadam do pisania tekstu o „skandalicznym upodlaniu studentów przez urzędników”. Pytam Szefa czy coś się zmieniło w polityce gazety przez ostatnie trzy miesiące. „Nie” – odpowiada mi zza kompa, trzymając peta w niedogolonej gębie – „robimy to samo gówno co zawsze. Wiesz co masz robić.” Taaa, wiem bardzo dobrze…

„Jak dobrze cię widzieć!” – wita mnie Piękna. Odpowiadam jej głupim uśmiechem znad klawiatury, bo nie widziałem jak wchodzi i wzięła mnie trochę z zaskoczenia. „Nie mogłeś wrócić trochę wcześniej? Wiesz jaki tu mieliśmy chaos?” Coś tam już słyszałem. Słyszałem też niestety, że w związku z tym mam „nasłuch” we wszystkie soboty do końca miesiąca. „Może żaden pojeb się już nie podpali” – pociesza mnie Piękna. Tuż przed wyjściem Szef sprzedaje mi wiadomość roku: nominalnie pracuje w dueciee z Małym Popierdolem. Do odwołania…

Złamałem kręgosłup o krowi zadekJak to się stało, że jestem tym kim jestem? Najkrócej mówiąc – jakoś tak wyszło. Nie będę jednak nudził Cię na wstępie historią, jak doszło to do tego, że zostałem dziennikarzem tabloidu. Jeśli naprawdę chcesz się tego dowiedzieć, musisz czytywać ten pamiętnik regularnie. Informacje będę cedził w małych dawkach…